Newsletter

Gdzie dwóch się bije

Weronika Przecherska, 10.06.2014
Debata nad wyborem szefa Komisji Europejskiej to wbrew pozorom nie tylko dyskusja o personaliach

Debata nad wyborem szefa Komisji Europejskiej to wbrew pozorom nie tylko dyskusja o personaliach

CC-BY-SA-3.0 Niemcy. Aut. Sebastian Zwez

Podgrzać ducha rywalizacji, zaangażować wyborców, spersonalizować walkę wyborczą – wprowadzenie do europejskiej kampanii wyborczej tzw. Spitzenkandidaten (kandydaci pierwsi na listach partyjnych lub partyjni liderzy) miało swoje jasno określone cele. Oczywiście, był to projekt obliczony na lata i nikt nie oczekiwał, że nowy system zakorzeni się w świadomości wyborców (traktujących, co tu dużo mówić, wybory europejskie jak wybory drugiej kategorii) już w pierwszym roku funkcjonowania. Wręcz przeciwnie – można było spodziewać się żmudnego i długotrwałego procesu przyzwyczajania Europejczyków do zmienionych reguł gry.

Mało europejska kampania

Nic więc dziwnego, że właściwie w całej Europie kampania miała raczej mało europejski charakter, a zainteresowanie i świadomość istnienia czołowych przedstawicieli partii były znikome (to już tradycja!). W pamięci Europejczyków bardziej zapisali się szefowie rządów (wystarczy powołać się na badania Ipsos) lub wojujący eurosceptycy niż przedstawiciele największych europejskich frakcji. I to te pierwsze postaci mieli w pamięci obywatele, gdy skreślali nazwiska na kartach wyborczych. Ich głos był zaś w dużo większym stopniu głosem sprzeciwu (lub poparcia) dla polityki krajowej niż opowiedzeniem się za konkretną wizją Europy.

Teoretycznie rzecz biorąc, nie inaczej było w Niemczech. Niemcy niespecjalnie interesowali się kampanią i małą uwagę przykładali do europejskiego wyboru. Jednak świadomość istnienia Spitzenkandidaten była zdecydowanie wyższa niż w innych krajach europejskich. Dlaczego? Niemieckojęzyczność obu kandydatów, rozpoznawalność Martina Schulza na niemieckiej scenie politycznej czy odbywające się w najlepszym czasie antenowym (choć osiągające kiepskie wyniki oglądalności) debaty kandydatów największych frakcji sprawiły, że politycy mieli przynajmniej cień szansy stać się dla przeciętnego Niemca „twarzami” swoich partii i reprezentowanych przez nie idei. Tyle że zdaniem analityków (choćby niemieckiej fundacji politycznej Konrada Adenauera) wyłonienie czołowych kandydatów nie powinno mieć dla wyborców specjalnego znaczenia.

Tuż po wyborach okazało się zaś, że niewybranie zwycięskiego kandydata chadecji Jean-Claude Junckera może niemieckiej scenie politycznej – od prawa do lewa – odbić się przysłowiową czkawką.

„Nie” Camerona, pat Merkel

Już kilkadziesiąt godzin po zamknięciu lokali wyborczych w całej Europie potwierdziło się to, o czym spekulowano na głos przed wyborami. Sprzeciw m.in. Wielkiej Brytanii i wahanie kanclerz Merkel były wyraźnymi symbolami zażartej dyskusji za brukselskimi drzwiami, szefowanie Komisji Europejskiej przez Junckera stanęło zaś pod niemałym znakiem zapytania. Gromkie „nie!” premiera Camerona (dla którego Juncker jest uosobieniem dążenia do federalnej Europy) i groźby wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii sprawiły, że Merkel znalazła się w patowej sytuacji.

Co znamienne, sama najprawdopodobniej tę sytuację przewidziała. Powszechnie wiadomo, że nigdy nie była entuzjastką idei Spitzenkandidaten; w skomplikowanej układance europejskich i narodowych interesów ten pomysł miał prawo się nie sprawdzić. Albo przynajmniej wywołać małą polityczną burzę.

Mimo że sama Merkel po kilku dniach w końcu ugięła się pod krytyką płynącą ze strony zarówno niemieckiej opozycji, jak i własnej partii, i wyraźnie poparła Junckera, jej zdecydowanie nie oznacza, że to on zostanie szefem Komisji. To kolejny etap dyskusji nieustającej w Niemczech od wyborów europejskich. Zanim bowiem kanclerz wsparła swojego kandydata, debata o szefie Komisji rozgrzała niemiecką opinię publiczną do czerwoności. Komentowali politycy, dziennikarze, filozofowie. Głos zabrał nawet szef koncernu medialnego Axel Springer, oceniając, że w przypadku niewybrania Junckera cały proces wyborczy będzie jedną wielką farsą.

Przeciąganie liny

Choć europejski traktat rzeczywiście zakłada, że żaden ze Spitzenkandidaten nie musi zostać szefem Komisji – tak jak próbowała to z początku tłumaczyć kanclerz – próba rozszyfrowania przez przeciętnego wyborcę, dlaczego tak miałoby się stać, jest mało prawdopodobna. Dla niego to obraz o wiele prostszy niż skomplikowane zasady: głos oddany na Junckera – wygrana Junckera – niewybranie Junckera na szefa Komisji. Właśnie dlatego ewentualna porażka Luksemburczyka nie będzie problemem, który skończy się tylko zagorzałą dyskusją na pierwszych stronach gazet. Przynajmniej w Niemczech.

Pat wokół szefa Komisji to nad Renem problem zarówno dla rządzącej chadecji, jak i dla opozycyjnej socjaldemokracji. Merkel, która w kryzysie wyrosła na najpotężniejszego polityka Europy, za wszelką cenę będzie chciała uniknąć porażki wizerunkowej. W końcu, mimo niechęci do samej idei, stanęła murem za swoim kandydatem – Juncker stał się zaś automatycznie kandydatem Merkel.

Przeciąganie liny w sprawie Junckera naturalnie staje się też próbą sił między Cameronem i Merkel. Nic dziwnego, że każde z nich chce z tego testu wyjść zwycięsko.  Decyzja ws. szefa Komisji jest przecież dla obojga przywódców próbą zbijania politycznego kapitału także na ich narodowych poletkach.

Jeśli Juncker przegra…

Paradoksalnie, niewybranie Junckera może stać się także problemem dla przegranej socjaldemokracji. Kampania socjaldemokratów była w zdecydowanie większym stopniu oparta na czołowym kandydacie.  Jak podkreślają analitycy, w SPD panowało przekonanie co do kandydatury Schulza i stąd mogło się wziąć duże zaangażowanie w kampanię partyjnej bazy oraz wyborców. Gdyby okazało się, że system nie zadziałał, trudno byłoby partii jeszcze raz zachęcić się do takiej mobilizacji.

Fakt, kto zostanie szefem Komisji, może być w różny sposób wykorzystywany przy okazji następnych wyborów. I będzie kartą w rękach zarówno wyborców (przynajmniej tych świadomych, którzy mogą się poczuć zlekceważeni), osadzonych w systemie politycznym partii, jak i eurosceptyków (trudno o lepszy argument na rzecz tezy, że europejska demokracja nie działa i najlepiej rozwalić ją od środka). Ewentualna porażka Junckera może stać się przede wszystkim kolejnym obciążeniem dla idei wspólnej Europy. Debata nad nominacją szefa Komisji Europejskiej to w końcu nie tylko dyskusja o personaliach, lecz przede wszystkim o idei budowania europejskiej demokracji i odzyskania zaufania wyborców. Niewsłuchanie się w ich głos może okazać się katastrofalne w skutkach. Trudno byłoby chociaż wyobrazić sobie kolejną kampanię ze Spitzenkandidaten na czele. Jaka byłaby ich wiarygodność w oczach wyborców? Jak mieliby z pełnym zaangażowaniem przekonywać do swoich kandydatur?

Miejmy nadzieję, że nie trzeba będzie odpowiadać na te pytania.

Korzystałam z analizy „Europawahl in Deustchland. Am 25. Mai 2014” autorstwa dr Violi Neu. Całość w języku niemieckim dostępna tutaj.