Newsletter

Kaczyński i AWS-bis?

Tomasz Mincer, 30.05.2014
Jak to wczorajsi wrogowie bratać się poczęli

Jeszcze farba na wyborczym afiszu nie wyschła, jeszcze nie opadło uniesienie w sztabach, a już co poniektórzy wczorajsi rywale „na śmierć i życie”, a przynajmniej „na program”, bratać się poczęli. Tak się poczęli bratać, że inni im się przypatrujący snują plany o możliwych sojuszach.

Jednym z takich planów na przyszłość jest AWS-bis pod batutą Jarosława Kaczyńskiego. Prawicowa lokomotywa PiS pociągnęłaby wagoniki Solidarnej Polski, Polski Razem Jarosława Gowina, a być może także odpryski z Ruchu Narodowego. Zresztą swoistym palaczem w takim składzie zostałby nie kto inny, co Janusz Korwin-Mikke.

Czy jednak wagoniki – trzymając się tej metafory – o różnych gabarytach i innych nieprzystających do siebie parametrach dałyby radę pojechać jednym torem?

I tu pojawiają się pierwsze wątpliwości. Bo o ile osobowości tak wyraziste w jednym ugrupowaniu wydają się być przeszkodą nie do pokonania (np. Zbigniew Ziobro z J. Kaczyńskim), o tyle programowo może nastąpić jeszcze większy rozjazd.

Miniona kampania do europarlamentu upłynęła wszak – zwłaszcza dla nowicjuszy takich jak Polska Razem, ale też dla odrobinę bardziej okrzepłych ugrupowań jak partia Zbigniewy Ziobry – pod znakiem polityki krajowej. Była to pierwsza dobra okazja, by sprzedać swój polityczny profil, a niekoniecznie dzielić się pomysłami dotyczącymi przyszłości Unii Europejskiej.

Trzeba więc było odróżnić się od najbliżej stojącego przeciwnika. Pokazać że w pewnych, zwłaszcza światopoglądowych i gospodarczych kwestiach, jest się bardziej prawicowym od rywala. Solidarna Polska przybrała więc szatki kościelnej ortodoksji skropionej wodą ze źródeł ojca Rydzyka, Gowin i Korwin-Mikke zaś rozdawali certyfikaty, kto jest większym socjalistą i etatystą.

I teraz ci wszyscy panowie, ot tak, mieliby ze sobą dojść do ładu? Mieliby stworzyć nową jakość, zakopać topór wojenny i udać się na Jasną Górę pod przewodnictwem zakonnika z Torunia? Zanieść przed ołtarz porozumienie o koalicji pod nazwą „Deklaracja prawicy”, wykute na kamiennych tablicach niczym słynna już „Deklaracja Wiary” lekarzy?

Komu by się to opłaciło? Kanapowcom. Kto by stracił? Najwięcej – Kaczyński, tu występujący w roli Mojżesza mającej się zhomogenizować „prawicowej prawicy”. Dlatego, że musiałby podzielić się przywództwem. Czyniąc tak, otworzyłby drogę dla przyszłego Brutusa, który w sprzyjających okolicznościach nie zawahałby się obalić dyktatora. Ten wariant nie wchodzi więc w grę.

Kaczyński mógłby za to podkraść rozpadającym się właśnie kanapowym partiom niektórych dawnych „zdrajców PiS-u”. Pod swe skrzydła niczym dobry ojciec przyjąłby synów marnotrawnych. Ale musiałby postawić granicę, np. na Korwin-Mikkem i Ruchu Narodowym. Pokazać się tym samym jako bardziej umiarkowany (było), stonowany w wypowiedziach (było) prawicowiec. Tylko czy schowa do teczki „Smoleńsk” (było), a Antoniego Macierewicza skutecznie ukryje w szafie (było)? Znają Państwo odpowiedź.

Tak, polska polityka bywa przewidywalna.