Newsletter

Ile empatii w feministce?

Aleksandra Łojek, 30.05.2014
Kobieta z dzieckiem wypada z obiegu nie tylko jako pracownik czy koleżanka, ale jako feministka

Strona 1

Kobieta z dzieckiem wypada z obiegu nie tylko jako pracownik czy koleżanka, ale jako feministka

CC-BY-SA-2.0

Feministki walczą o to, by kobieta miała wolny wybór. Czyli między innymi, by mogła mieć dzieci lub ich nie mieć. Potem jednak milkną, gdy dzieci te już się pojawią. Albo też zabierają głos wyłącznie na niwie akademickiej, z perspektywy katedr, trendów, niań, zatrudnienia i wykresów. Pomijają całą warstwę emocjonalną, jakby ta część była tematem tabu; jakby macierzyństwo i powiązane z nim ograniczenia narzucał zły świat, a nie stanowiło wyboru tych samych matek i feministek.

Bo przecież można, jeśli się tylko ma pieniądze, wynająć zaufaną nianię i wrócić do tego, co się robiło wcześniej. Tyle że całkiem spora liczba kobiet niekoniecznie tego pragnie. I wcale nie dlatego, że nie może sobie na to pozwolić. Dlatego zaś, że ich wyborem (jeśli nie ekonomicznym przymusem) staje się właśnie świadome macierzyństwo. I dobrze by było, gdyby polski feminizm to zauważył. To mianowicie, że feministka może być kochającą matką, która dziecku robi codziennie inne purée, bawi się z nim i ze zmęczoną radością towarzyszy w jego pierwszych dniach, miesiącach, latach. By, być może, wieczorami – jeśli nie „pada na twarz” – realizować swoje pasje. I to jej wyborem będzie, czy ograniczenie wywołane zmęczeniem i nową rolą przyjmie z akceptacją, czy też będzie się buntować i szukać innych rozwiązań. Byle na tym nie ucierpiało dziecko i ona sama.

Dziecko, czyli zmiana

Jestem mamą dziesięciomiesięcznego chłopczyka. Skończyłam pisać książkę. Wróciłam do pracy – na szczęście tylko na część etatu – po dziewięciu miesiącach urlopu macierzyńskiego. Nie stać mnie na nianię ani na żłobek, ale faktem jest, że nie wpadłam w szał gruntownego badania możliwości, gdzie by tu podrzucić syna. Nie bardzo chcę, przynajmniej na razie, oddalać go od domu i rodziny. To się zmieni, kiedy uznamy, że będzie dla niego lepiej, by powoli w jego świat wkraczali obcy ludzie. Na razie zajmujemy się nim na zmianę: mój partner i ja. Jesteśmy wykończeni, bo mieszkamy na obczyźnie, co oznacza też brak dziadków i babć.

Nigdy nie byłam kobietą, którą interesowałyby wielogodzinne rozmowy o niemowlętach, macierzyństwie, pieluszkach i rodzajach wysypek. Realizowałam się twórczo najpierw jako studentka, potem aktywistka, wreszcie: zawodowo. Jeździłam po świecie, pisałam artykuły naukowe, organizowałam warsztaty wielokulturowe.

Pragnienie posiadania dziecka pojawiło się późno, grubo po trzydziestce. Nie stanowiło ono osi mojego życia. Syna urodziłam w wieku czterdziestu lat i zrewolucjonizował moje życie w sposób przewidywalny (mój czas nie należy już do mnie) i zarazem zaskakujący. Oto bowiem odkryłam w sobie pokłady cierpliwości, której nigdy wobec nikogo nie miałam i siły, o której istnieniu nie wiedziałam. Ale jednocześnie dostrzegłam, że matki są spychane na margines życia często przez feminizm właśnie, co jest największą zdradą kobiety przez jej „własny nurt”. Kobieta z dzieckiem wypada z obiegu nie tylko jako pracownik czy koleżanka, ale jako feministka. Bo jej świat staje się niekompatybilny ze światem feminizmu.

Ginie gdzieś ostrość formułowanych opinii, chyba że na tematy zasadnicze. Bolą inne sprawy, pojawia się pewne rozedrganie – przynajmniej u mnie – które nakazuje patrzeć na innych ludzi, nawet stosunkowo ohydnych, jak na czyjeś dzieci i trudne historie. Skąd to się bierze? Z macierzyństwa. Z tego innego stanu świadomości.

Wielu feministkom brakuje… empatii. W walce o równe dla kobiet prawa zabrakło tego najbardziej istotnego aspektu, tj. współodczuwania. Skoro działamy wspólnie, to dlaczego nagle, gdy któraś z nas dokonuje wolnego wyboru, staje się wyrzutkiem? Gdzie solidarność? Gdzie walka o to, by matki mogły iść bez wyrzutów sumienia na zwolnienie, by mogły trochę spowolnić, pogodzić dwa życia, jakie prowadzą: bardzo intensywne życie domowe i, jeśli podjęły taką decyzję, życie zawodowe?

Na polskich forach czytałam ataki kobiet na matki, że wykorzystują swoje prawa, pobierają świadczenia; że w ciąży chodzą na zwolnienia. Że jak to tak, im za dobrze, machają swoim macierzyństwem niczym buławą…

Ciąża nie jest light

Sprawiłyśmy, że z oczywistej diagnozy, iż ciąża to nie choroba, wykluło się jakieś aberracyjne przekonanie, że kobieta w ciąży nie różni się niczym od kobiety nie w ciąży. A zatem nie trzeba jej ustępować miejsca, pomagać, podnosić ciężkich rzeczy itp. Myślę, że tylko kobieta, która nigdy nie była w ciąży lub też kobieta, która rodziła jako dwudziestolatka i była wzorem zdrowia, mogła wymyślić taką tezę. Albo mężczyzna, który powielał wzorce domowe, gdzie matka zaharowywała się na śmierć, a ojciec czytał gazetę przed telewizorem w oczekiwaniu na obiad.

Nic bardziej mylnego. Wiele kobiet w ciąży męczy się szybciej, kiepsko śpi i zdecydowanie nie powinno dźwigać czegokolwiek. Z tym że z pewnością nie mają one ochoty na to, by informować o tym cały świat i prosić o pomoc. Zwłaszcza że część świata męsko-feministycznego (oto, jakie zawarto nieświadomie przymierze w izolowaniu świadomych matek) żyje w przekonaniu, że ciąża to stan lekki i przyjemny. Uznanie, że tak nie jest, jest zamachem na godność matki. I na domniemanie jej siły, jak w opowieściach o kobietach, co to na polu rodziły i do pracy wracały.

Domyślam się też, że w Polsce należy udawać, że ciąża to stan lekki i przyjemny. By nie zostać zwolnioną z pracy. Ja straciłam swoją w czwartym miesiącu – skończył się projekt, przy realizacji którego byłam zatrudniona. Wpadłam z czarną rozpacz, ponieważ myślałam polskimi kategoriami, że przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zatrudni ciężarnej kobiety. Tymczasem na pracę czekałam trzy tygodnie i odpowiadała ona dokładnie mojemu doświadczeniu i kwalifikacjom.

Presja, by robić dobrą minę do złej gry, jest dość duża. I niestety, wywierają ją głównie polscy pracodawcy. Ale i kobiety (i to bezdzietne albo wielodzietne), nauczone, że nie wolno pokazywać swojej słabości. Że na tym właśnie polega nasza równość.

Dlatego wielki szum w brytyjskiej prasie wywołało zdjęcie ciężarnej posłanki w parlamencie, która stała obok siedzących polityków. Żaden z nich nie podniósł się, by zaoferować jej miejsce, zresztą z obawy przed kpinami innych panów. Sama zainteresowana następnego dnia udzieliła wywiadu, że nigdy by tego nie oczekiwała – i poparły ją feministyczne głosy. Wszak równość, wszak to nie choroba etc.