Newsletter

Wolę Dickensa

Leszek Koczanowicz, 22.08.2011
Klub Pickwicka” był moja miłością od pierwszej lektury, ale czytałem tę książkę jako rodzaj baśni opowiadającej o nieistniejącym nigdy świecie

„Wolę Dickensa od Dostojewskiego”
Wisława Szymborska „Możliwości”

Z dobrymi książkami, a za dobre uważam te, do których wciąż się wraca, jest jak z ulubionymi krajobrazami. Każde spotkanie ujawnia ich nowe oblicze, nie są nigdy czymś stałym, za każdym razem nas zaskakują. Jeżeli więc miałbym pisać o swej ulubionej lekturze, a za przedmiot rozważań wybrałem „Klub Pickwicka” Karola Dickensa, to chciałbym nie tyle zachęcać do lektury, ile opowiedzieć, co w niej odnajduję właśnie teraz. Najpierw jednak parę słów o poprzednich wcieleniach tej powieści w mojej pamięci. Powieść Dickensa „odkryłem” pewno w ostatnich klasach podstawówki lub pierwszych liceum. Czytałem wtedy dużo, może najwięcej w moim życiu, trochę bez ładu i składu, przedzierając się przez poważne dzieła filozoficzne czy historyczne, ale też połykając wiele powieści, z których większości już nie pamiętam. „Klub Pickwicka” był moja miłością od pierwszej lektury, ale czytałem tę książkę jako rodzaj baśni opowiadającej o nieistniejącym nigdy świecie. Jak w każdej baśni rzecz dobrze się kończyła, a okropności pojawiały się tylko po to, by tym bardziej uwypuklić dobro. Tak czytana powieść była odtrutką na nudę prowincjonalnego życia w gomułkowskiej Polsce, obrazem innej nierealnej rzeczywistości. Czytałem tę powieść wiele razy, szczególnie w smutniejszych momentach życia, czerpiąc przyjemność z pogodnej witalności bohaterów, którzy wydają się niepoddani żadnym ziemskim przypadłościom. Pamiętam, że jakimś potwierdzeniem takiej lektury była scena z „Szeptów i krzyków” Bergmana, kiedy to umierająca bohaterka każe czytać sobie właśnie fragment „Klubu Pickwicka’ i jest to jeden z niewielu momentów radości w tym ponurym filmie.

Nie umiem powiedzieć dokładnie, kiedy zacząłem inaczej czytać tę powieść, ale na pewno zbiegło się to z przemianami po 1989 roku.  Wtedy postacie i pojęcia pojawiające się w powieści nabrały innego znaczenia. To, co Dickens opisywał w późnych latach trzydziestych XIX wieku było wszak opisem, niezwykle trafnym i subtelnym kapitalistycznej nowoczesności. Oczywiście więzienie za długi traci sens w nowoczesnej gospodarce, ale widmo bankructwa pozostaje wciąż realnym zagrożeniem. Ludzie walczący o przetrwanie w dżungli wielkiego miasta, kontrasty społeczne i niewydolny system sądowy wszystko oczywiście oddalone i karykaturalne jednak jakoś pasowało do nowej rzeczywistości. Najbardziej jednak uderzało mnie i wciąż uderza opis demokracji. Kiedy Dickens pisał „Klub Pickwicka” w Anglii tworzyły się zręby nowoczesnego systemu demokratycznego. Wielokrotnie czytałem opis wyborów w niewielkim miasteczku i zastanawiałem się, jak bardzo pasuje do tego, co rozgrywa się teraz za naszymi oknami. Rzućmy więc raz jeszcze okiem na niektóre osobliwości systemu wyborczego i pomyślmy, co nam przypominają. Przypomnijmy, że Pan Pickwick ze swoimi przyjaciółmi udał się do miasteczka Eatanswill. Miasteczko to charakteryzowało się tym, że całe jego życie podporządkowane było walce dwóch stronnictw błękitnych i żółtych. Podział ten był totalny.

„Otóż błękitni nie zaniedbywali żadnej sposobności, by przeciwstawić się żółtym; żółci zaś ze swej strony nie zaniedbywali żadnej sposobności, by przeciwstawić się błękitnym, tak że gdy żółci i błękitni stawali oko w oko na jakimkolwiek publicznym zgromadzeniu, w ratuszu, na rynku czy na targowisku, natychmiast powstawały kłótnie i wzajemne łajdaczenia. Zbyteczne jest dodawać, że w Eatanswillu wszystko stawało się sprawą stronnictw. Gdy żółci doradzali zaopatrzyć targowicę w nową latarnię, błękitni zwoływali zgromadzenie publiczne, na którym piętnowali ten szalony pomysł. Gdy błękitni proponowali zbudowanie nowej studni przy głównej ulicy, żółci powstawali, jak jeden człowiek przeciwko tej niegodziwej myśli. Były sklepy błękitne i sklepy żółte, oberże błękitne i oberże żółte, w samym kościele jedna strona była błękitna, druga żółta”.  Trudno chyba o lepszy opis antagonistyczno/agonistycznej polityki, nawet pewno Chantal Mouffe musiałaby to przyznać.

Dickens nie ogranicza się jedynie do opisu, ale też pokazuje sam proces zdobywania władzy, który zaczyna się oczywiście od harców medialnych. W mieście działają dwie gazety związane ze stronnictwami. Obie w przededniu wyborów nadały ton wadze wydarzenia. „Gazeta oznajmiła wyborcom eatanswillskim, że oczy nie tylko Anglii, ale całego cywilizowanego świata są na nich zwrócone. Niepodległość zaś zapytywała tonem stanowczym, czy wyborcy eatanswillscy zasługują jeszcze na nazwę wielkich obywateli, czy też stali się niewolniczymi narzędziami despotyzmu, nie zasługującymi na miano Anglików i dobrodziejstwo wolności”.

Wybory to jednak nie tylko nie tylko walka medialna, wszyscy wiemy dobrze, że kandydaci muszą się odpowiednio zaprezentować wyborcom. Dbają o to specjaliści od, jak to się ładnie teraz nazywa, pijaru i spin doktorzy. Profesje te, jak się okazuje, znane były już 180 lat temu. Parker prawnik z Londynu wynajęty do organizacji kampanii nie zasypia gruszek w popiele, by pomoc swemu kandydatowi Samuelowi Slumkeyowi . „Czy wszystko gotowe? –zapytał następnie szacowny Samuel Slumkey pana Parkera? Gotowe kochany panie – odparł mały człowieczek. Spodziewam się, że nic nie zapomniano? -Nie, kochany pani, żadnej drobnostki. Jest dwudziestu ludzi należycie wymytych, którym pan uściśniesz rękę we drzwiach; jest sześcioro dzieci na rękach matek, które pan pogłaszczesz po głowie i o które spytasz pan, ile mają lat. Zwłaszcza pamiętaj pan o dzieciach, kochany panie. Takie postępowanie sprawia zawsze dobry efekt”.

Ale na tym instrukcje się nie kończą pan Parker daje kandydatowi trudne zadanie: „A może też pan, kochany panie… może będzie pan mógł… nie mówię, by było to konieczne… ale gdybyś pan mógł zdecydować się ucałować jedno z dzieci, to by wywarło ogromne wrażenie”. Kandydat nie jest zachwycony taką perspektywą, ale czego się nie robi, by wygrać wybory. „Bardzo dobrze –odrzekł szanowany Samuel Slumkey z rezygnacją – i to przebędziemy,  jeżeli potrzeba.” Okazuje się, że kandydat jest gotów na wszystko: „Znowu okrzyk nierównie głośniejszy. – Pogłaskał dzieci po głowach! – mówił dalej pan Parker drżąc ze wzruszenia. Grzmot oklasków rozdarł powietrze. – Pocałował jedno! – zawołał zachwycony mały człowieczek. Drugi grzmot. – Pocałował drugie! Trzeci grzmot ogłuszający. – Wszystkie całuje! – wrzasnął roznamiętniony mały gentelman…”

Wybory jednak to niełatwo sprawa, jak teraz wszyscy o tym wiemy, ale zdawano sobie z tego sprawę już w czasach Dickensa. „-Są to wybory  bardzo trudne, kochany panie. – To mnie cieszy- odrzekła pan Pickwick zacierając ręce. – Lubię patrzeć na zapał patriotyczny, mniejsza o to, po czyjej stronie. Więc te wybory są trudne? – O, nadzwyczaj trudne. Zamówiliśmy wszystkie miejsca w oberżach i przeciwnikom naszym pozostawiliśmy tylko piwiarnie… To mistrzowska sztuka, kochany panie. Co pan powie na to?….A jaki jest prawdopodobny rezultat wyborów? – Wątpliwy, kochany panie dotąd wątpliwy.  Ludzie  Fozkina mają trzydziestu trzech głosujących w wozowniach ‘Białego Jelenia’.  – W wozowniach! – zawołał pan Pickwick, niezmiernie zdziwiony tym zamachem stanu. –Trzymają ich tam w zamknięciu, dopóki nie będą potrzebni, ażeby, jak pan może domyślić się, nie dopuścić nas do nich. Ale choćbyśmy mieli możność rozmówienia się z nimi, nie na wiele  by się nam przydało, gdyż utrzymują ich ciągle w stanie podpitym! O! Ajent Fizkina to zręczny człowiek! Bardzo zręczny!  Pan Pickwick zrobił wielkie oczy, ale nic nie odpowiedział”.

Pozwoliłem sobie przytoczyć te obszerne cytaty, by zachęcić do lektury tych, którzy książki nie czytali, a tych, co kiedyś przez nią przebrnęli skłonić, by przeczytali ją raz jeszcze. Jednak tym razem nie jako bajkową opowieść, która dzieje się w mitycznej „wesołej Anglii”, ale jako niezwykle precyzyjny opis dylematów i dramatów nowoczesności, porównywalny na pewno z tym, co pisał Fiodor Dostojewski. Jeżeli jednak „wolę Dickensa od Dostojewskiego” to nie dlatego, że autor „Klubu Pickwicka” unika wchodzenia w trudne tematy i daje iluzję wiecznej szczęśliwości. Wręcz przeciwnie, jeżeli wczytać się w jego twórczość to ukazany w niej obraz Anglii jest równie bezwzględny, jak Rosji u Dostojewskiego. Powieści Dickensa tak samo jak utwory wielkiego pisarza rosyjskiego pełne są „skrzywdzonych i poniżonych”, którzy walczą rozpaczliwie o przetrwanie o godność. Co jednak decyduje o innym odbiorze obu pisarzy? Nie chciałbym tu wchodzić w rozważania o technice pisarskiej, choć na pewno jest to niezwykle ważne. Mnie jednak interesuje i porusza coś innego.  Dickens w ukazywaniu całego okrucieństwa losów swych bohaterów, nigdy nie traci tego, co można by za Richardem  Rortym nazwać „nadzieją liberała”, choć może jest to bardziej „nadzieja socjalisty”, ale nie kłóćmy się o słowa! Jak myślę jest to przekonanie, że nawet w tym okrutnym świecie możemy znaleźć jakieś miejsce, które da się poprawić, że w naturze ludzkiej leżą możliwości działania na rzecz poprawy świata, że zawsze w tym świecie możemy się odnaleźć.

Na zakończenie więc jeszcze jeden  cytat: „- Niech żyje Slumkey! – wrzasnęła tłuszcza. – Niech żyje Slumkey! – powtórzył pan Pickwick zdejmując kapelusz. – Precz z Fizkinem! – wrzasnął tłum. – Tak, rozumie się – zawołał pan Pickwick. – Hura! I znów rozległ się ryk taki sam jak we wszystkich menażeriach, gdy nadchodzi pora żywienia zwierząt. – Co to za Slumkey? – zapytał cicho pan Tupman. – Nie wiem – odparł tym samym tonem pan Pickwick. – Cicho! Nie zadawajcie żadnych pytań. W takich razach należy robić to, co wszyscy. – Ale przypuśćmy, że są dwa stronnictwa – zauważył pan Snodgrass.
– Krzyczcie z silniejszymi – odrzekła pan Pickwick. Całe tomy nie zdołałyby więcej powiedzieć. Weszli do oberży; tłum wydając hałaśliwe okrzyki rozsunął się na prawo i na lewo, by ich przepuścić. Przede wszystkim należało zapewnić sobie pomieszczenie na noc”.