Newsletter

Dokapitalizujmy kapitalizm

Jan Gmurczyk, 15.05.2014
Dlaczego oszczędzanie przychodzi w Polsce z trudem, skoro społeczeństwo się bogaci?

Dlaczego oszczędzanie przychodzi w Polsce z trudem, skoro społeczeństwo się bogaci?

CC-BY-SA-2.0

Jedną z największych bolączek polskiej gospodarki jest stosunkowo skromny poziom oszczędności, który ogranicza rezerwy rodzimego kapitału. Według danych dostępnych na stronie internetowej Banku Światowego oszczędności krajowe brutto (gross domestic savings) wyniosły w Polsce w 2012 roku 21 proc. PKB. Dla porównania analogiczny wskaźnik dla Czech to 29 proc., Estonii – 28 proc., a Rumunii – 22 proc. PKB.

Z opracowania NBP „Rozwój systemu finansowego w Polsce w 2012 r.” płynie z kolei wniosek, że wielkość aktywów systemu finansowego w naszym kraju pozostaje w proporcji do PKB mniejsza nie tylko w porównaniu ze strefą euro, ale również z Czechami i Węgrami (zob. s. 11).

Obecna sytuacja jest o tyle niepokojąca, że kapitalizm – jak sugeruje już sama jego nazwa – potrzebuje kapitału. Oczywiście przez ostatnie ćwierć wieku, odkąd rozpoczął się w Polsce proces budowy gospodarki rynkowej, niedobór polskiego kapitału niwelował napływ kapitału zagranicznego, a później także funduszy unijnych. Sęk w tym, że ta recepta na rozwój napotyka na konkretne bariery.

Aby zebrać, trzeba zasiać

Przede wszystkim skromny poziom akumulacji oszczędności rodzi w dłuższym okresie ryzyko spadku inwestycji. Tymczasem już dziś ich poziom należy uznać za zbyt niski w zestawieniu z polskimi aspiracjami rozwojowymi. Przykładowo na podstawie danych Eurostatu można policzyć, że w latach 2004-13 średnia roczna wielkość nakładów brutto na środki trwałe (inwestycji) wyniosła w Polsce ok. 19,9 proc. PKB. Dla porównania, wynik dla Czech to blisko 25,0 proc., Słowacji – 23,2 proc., a Stanów Zjednoczonych ok. 20,3 proc. PKB.

Doświadczenia państw, które dziś tworzą awangardę postępu, choć w fazę industrializacji weszły późno (np. Japonia, Finlandia), uczą, że doganianie liderów wymaga intensywnych inwestycji, które wspiera silna akumulacja. To zresztą żadne odkrycie. Już od czasów rewolucji neolitycznej wiadomo, że kto chce zebrać plon, ten wpierw musi zasiać. Jeśli inwestycje w Polsce dalej będą mniejsze niż w USA czy Czechach (gospodarka czeska już uchodzi za innowacyjną i wysoko rozwiniętą), to nasz dystans do Zachodu szybko się nie skróci.

Kapitał to kwestia strategiczna

O tym, skąd wziąć środki na inwestycje w rozwój polskiej gospodarki za 10 czy 30 lat, trzeba myśleć już dziś. Po pierwsze, gromadzenie kapitału trwa długo. Po drugie, wsparcie dla Polski w ramach unijnej polityki spójności będzie z czasem maleć. Po trzecie, skutki zmian demograficznych zapewne ograniczą pulę nadwyżek dochodu, którą będzie można skierować na rozwój (spora część zgromadzonych oszczędności będzie zapewne konsumowana).

Co więcej, większa akumulacja oszczędności byłaby zgodna z dążeniem do innowacyjności. Jeśli komercjalizację polskich wynalazków będą finansować głównie inwestorzy zagraniczni, to właśnie im przypadnie kontrola (częściowa lub całkowita) nad powstałymi innowacjami. Tymczasem w dużej mierze sens tak głośno dziś dyskutowanej potrzeby innowacyjności polega właśnie na tym, że Polska powinna być bardziej samodzielna pod względem technologicznym, kapitałowym itd.

Sprawę można postawić też inaczej. Chodzi o to, by zyski z polskich innowacji zostawały w Polsce, wzbogacały polskie społeczeństwo i powiększały pulę polskiego kapitału, który można potem dalej reinwestować. Właściwy poziom oszczędności krajowych to zatem jeden z wielu elementów skomplikowanej układanki, jaką jest budowa gospodarki innowacyjnej.

Im Polak bogatszy, tym mniej oszczędny?

Dlaczego jednak oszczędności w naszym kraju są niskie? Ktoś pewnie zaraz powie: „bo nie ma z czego oszczędzać”, ale to zbytnie uproszczenie. Jak podaje Eurostat, odsetek ludności zagrożonej biedą lub wykluczeniem społecznym zmalał w Polsce z 45,3 proc. w 2005 roku do 26,7 proc. w roku 2012. Dane GUS, które zawiera „Mały rocznik statystyczny Polski 2013” (s. 177), wskazują z kolei, że poziom realnych dochodów brutto do dyspozycji w sektorze gospodarstw domowych w ujęciu na jednego mieszkańca był w 2011 roku o 21,8 proc. wyższy niż w roku 2005.

Choć w Polsce nadal dużo osób z trudem wiąże koniec z końcem, powyższe dane świadczą o tym, że społeczeństwo ogólnie staje się coraz bardziej zamożne (teza, że „bogacą się tylko nieliczni” słabo przystaje do rzeczywistości, na co wskazuje analiza rozpiętości dochodowych).

Z drugiej jednak strony Polacy zdają się oszczędzać coraz mniejszy ułamek swoich dochodów. Taki wniosek wyłania się z analizy danych Eurostatu dotyczących procentowej wielkości dochodu brutto, jaką oszczędzają gospodarstwa domowe. O ile w roku 1995 było to w Polsce blisko 16,9 proc., o tyle w 2012 już tylko niespełna 4,8 proc. Trend spadkowy widać na przestrzeni całego okresu lat 1995-2012, więc należy uznać, że mamy do czynienia ze zjawiskiem długofalowym, a nie przejściowym.

Spuścizna historii

Dlaczego oszczędzanie przychodzi w Polsce z trudem, skoro społeczeństwo ogólnie się bogaci? W tym miejscu na pierwszy plan zdaje się wysuwać spuścizna historii. Jednak sprawa ta wykracza daleko poza głód zakupów w związku z niedoborami w czasach PRL, czy też chęć szybkiego osiągnięcia standardów życia społeczeństw zamożnych.

Ścieżki rozwojowe Polski i Europy Zachodniej zaczęły się rozchodzić mniej więcej na przełomie XV-XVI wieku. Inaczej niż na Wyspach Brytyjskich czy w Niderlandach, gdzie w siłę rosło mieszczaństwo i kiełkował kapitalizm, w I Rzeczpospolitej utrwalił się feudalizm, zaś warstwa burżuazji nigdy się dobrze nie rozwinęła. Wzorce kulturowe, także te związane z podejściem do pieniędzy, powstają przez pokolenia. Tymczasem na terenach dzisiejszej Polski pańszczyznę ostatecznie zniesiono zaledwie 150 lat temu.

Co więcej, kapitał lubi stabilność, a tej na ziemiach polskich w minionych wiekach brakowało. Dość powiedzieć, że przez ostatnie 75 lat dorobek rozwoju w postaci oszczędności został w dużym stopniu „zresetowany” aż dwukrotnie. Najpierw w związku z drugą wojną światową, potem także w okresie transformacji ustrojowej na skutek hiperinflacji.

Jednym słowem zasób polskiego kapitału jest mały, bo rośnie on od niedawna, a wzór kulturowy w postaci oszczędzania jako wartości samej w sobie to swego rodzaju nowość. Wielowiekowy profil gospodarki i kolejne zawirowania dziejowe raczej nie sprzyjały utrwalaniu się modelu zachowań, które wpisywałyby się w kanon „etosu kapitalizmu”. Trudno się zatem dziwić, że w Polsce tak często można dziś spotkać postawy bliższe używaniu chwili w myśl zasady carpe diem niż składaniu grosza do grosza według kapitalistycznego credo.

Jak zachęcić do oszczędzania?

Czy proces akumulacji polskiego kapitału można jednak jakoś wesprzeć lub przyspieszyć? Zdecydowanie tak. Każdy o swoim portfelu najlepiej decyduje sam, ale nie oznacza to, że polityce państwa pozostają tylko słowne zachęty do większej oszczędności.

Po pierwsze, należy położyć nacisk na edukację ekonomiczną. Nie chodzi tu tylko o tłumaczenie, dlaczego warto oszczędzać. Istotna jest szersza edukacja o systemie finansowym. Wiedza pomaga budować zaufanie, które z kolei sprzyja rozwojowi sektora finansowego i krążeniu pieniądza w gospodarce. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, jeśli klient rozumie, czym jest bank, to prędzej mu powierzy swoje oszczędności, zamiast chować je do skarpety.

Po drugie, warto wrócić do pomysłu obniżki stawki podatku od zysków kapitałowych. Można przy okazji zastanowić się nad różnymi wariantami takiego posunięcia, np. nad obniżką stawki podatku w stosunku do odsetek od długoterminowych lokat bankowych, aby podnieść ich atrakcyjność, sprzyjać rozbudowie bazy depozytowej banków i wzmocnić bodźce do lokowania środków w długim okresie, a nie krótkim, co jest dziś dość popularne.

Po trzecie, trzeba wciąż znosić rozmaite bariery krępujące przedsiębiorczość, np. uprościć system podatkowy i ograniczyć obowiązki informacyjne firm (zwłaszcza tych najmniejszych) wobec różnych urzędów.

Warto także ograniczyć zmienność przepisów i podnieść jakość procesu legislacyjnego. Z punktu widzenia oszczędności i inwestycji podobne działania byłyby o tyle istotne, że z jednej strony sprzyjałyby bogaceniu się obywateli, a z drugiej tworzyłyby bardziej przewidywalne warunki dla inicjatyw inwestycyjnych firm prywatnych. Koniec końców kapitalizm kręci się nie tylko dzięki kapitałowi, ale przede wszystkim dzięki ludzkiej przedsiębiorczości.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego.