Newsletter

Biznes chce lepszego państwa

Juliusz Gardawski, 15.05.2014
Polscy przedsiębiorcy mają poczucie pewnego wyosobnienia, które łączy się z wrażeniem, że od nich się tylko wymaga, a nikt właściwie o nich nie dba

Polscy przedsiębiorcy mają poczucie pewnego wyosobnienia, które łączy się z wrażeniem, że od nich się tylko wymaga, a nikt właściwie o nich nie dba – mówi prof. Juliusz Gardawski w rozmowie z Janem Gmurczykiem

Jan Gmurczyk: Czy Polska, która na ścieżkę budowy gospodarki rynkowej wkroczyła stosunkowo niedawno, jest krajem ludzi przedsiębiorczych?

Prof. Juliusz Gardawski: Jeżeli mierzyć to liczbą osób zaangażowanych w działalność gospodarczą, to przedsiębiorczość rozwinęła się u nas na niezłą skalę. Według szacunków prof. Henryka Domańskiego, przedsiębiorcami jest 7 proc. dorosłych Polaków. To dość sporo. Liczba wszystkich prywatnych firm polskich wynosi mniej więcej 1,6-1,7 mln. Podmiotów małych i średnich, czyli takich, które zatrudniają od 10 do 249 pracowników, jest wśród nich 68 tys. Ich właściciele to ok. 0,5 proc. dorosłych obywateli.

Co można powiedzieć o tej półprocentowej elicie?

To grupa, która kształtuje się na naszych oczach. Z badań małych i średnich przedsiębiorców wynika, że zaledwie kilkanaście procent z nich wyniosło pozycję z domu, czyli odziedziczyło ją po przedsiębiorcy z okresu autorytarnego socjalizmu lub przełomu ustrojów. To nie tak wiele, zważywszy, że u progu transformacji było w Polsce grubo ponad 700 tys. firm prywatnych. Tym samym świat małego i średniego biznesu stanął otworem dla ludzi nowych, którzy wyszli z domów urzędniczych, inteligenckich, robotniczych lub chłopskich, przeszli pewną drogę i osiągnęli status okrzepłego przedsiębiorcy.

Czy jest coś, czym polscy biznesmeni zaskakują?

To przede wszystkim osoby elastyczne, przedsiębiorcze, energiczne, gotowe przystosowywać się do zmiennych warunków. To krąg ludzi zahartowanych. W dobie kryzysu okazało się, że nasze małe i średnie przedsiębiorstwa, chociażby z sektora budowlanego, bardzo dynamicznie zaczęły szukać nisz i luk rynkowych w innych krajach. Wielu Polaków gotowych jest jechać za granicę nawet bez znajomości języka, potem jednak na miejscu adaptują się i zdobywają trwałą pozycję.

Polscy przedsiębiorcy są zatem rzutcy, ale z drugiej strony niektórzy z nich mają skłonność do nierzetelności, łamania prawa lub wyzyskiwania pracowników. Ciężko pracują, nie szczędząc ani siebie, ani swojej załogi. Płacą przy tym takie wynagrodzenia, jakie rynek każe płacić, nie więcej.

Tu wkraczamy w obszar wartości i wzorców zachowań. Czy możemy powiedzieć, że w Polsce uformował się etos przedsiębiorczości?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy najpierw ten etos zdefiniować. Nie wchodząc w tę złożoną materię, poprzestańmy na pytaniu, czy istnieje specyficzny wzór wartości, który cechuje przedsiębiorców, odróżnia ich od uczestników innych segmentów struktury społecznej. Sądzę, że w Polsce wszystko się jeszcze kształtuje. Obecnie obserwujemy indywidualną zaradność i przedsiębiorczość, jeśli chodzi zaś o wzór wartości, to można raczej mówić o braku pewnych cech mentalności, zwłaszcza o niskim poziomie zaufania i skłonności do indywidualnego zmagania się na rynku. Jeżeli powstają układy sieciowe, to są one niewielkie. Przedsiębiorstwa rzadko współpracują na większą skalę.

Gdyby w firmach innowacyjnych byli przedsiębiorcy o wyższym poziomie tego, co nazywamy kapitałem społecznym, zasadzającym się na zaufaniu, mogłyby w Polsce zacząć pojawiać się – mówiąc nieco w przybliżeniu – „efekty Doliny Krzemowej”. Mam tu na myśli gotowość przedsiębiorstw do łączenia niektórych zasobów, mimo rywalizacji. Takie połączenie walki rynkowej ze współpracą w pewnych obszarach określa się po angielsku jako coopetition. Widać jednak, że polscy biznesmeni nie są na to jeszcze gotowi. Deklarują co prawda wyższy poziom zaufania niż przeciętni Polacy, ale są zindywidualizowani.

Czy z biegiem czasu te realia się zmienią?

Trudno powiedzieć. Wszystko jest in statu nascendi. Wzór działania indywidualnego może się utrwalić, przy czym wtedy wzór ten ograniczałby, jak się powszechnie uważa, konkurencyjność gospodarki. Polskie firmy zmierzałyby bowiem już nie w stronę wspólnego budowania „Dolin Krzemowych”, ale bycia kooperantami czy też podwykonawcami jakichś większych przedsiębiorstw, zwłaszcza zagranicznych lub ponadnarodowych. W każdym razie na duże rodzime klastry w Polsce jeszcze za wcześnie. Co więcej, one w ogóle mogą nie powstać, jeśli wspomniany wzór działania w pojedynkę będzie się utrwalał. To z kolei oznaczałoby mniejsze szanse na tę wyczekiwaną przez nas nowoczesność polskiej gospodarki przez duże „N”.

A jakim horyzontem kierują się w swym działaniu i myśleniu polscy przedsiębiorcy: krótkim czy długim?

Cóż, myśleć w długim horyzoncie to znaczy mieć stabilne warunki, w tym stabilny rynek. Teraz jednak na poziomie firm planuje się raczej krótkookresowo, zakres niepewności co do przyszłości rośnie. Ten efekt jest w przypadku naszego państwa potęgowany, bowiem jest ono słabe; nie tworzy samo długookresowych planów, a jeśli nawet je tworzy, to kolejne rządy odrzucają dorobek poprzedników i startują od początku. Gdy energetyka niemiecka ma 50-letni plan, który jest realizowany przez kolejne rządy, my jesteśmy wciąż na etapie debatowania na temat ewentualności opracowania takiego planu. Ponadto brakuje mu dobrego aparatu urzędniczego, tego, co się nazywa biurokracją Weberowską, jaka istnieje w Szwecji, Niemczech czy we Francji.

W efekcie polscy przedsiębiorcy mają poczucie pewnego wyosobnienia, które łączy się z wrażeniem, że od nich się tylko wymaga, a nikt właściwie o nich nie dba. Wygląda to tak, jakby znajdowali się w środku trójkąta, na przecięciu linii między państwem, dużymi grupami pracowniczymi i wielkim kapitałem, przede wszystkim zagranicznym. Co ciekawe, z ostatnich badań wynika, że zaczyna im doskwierać bierność  państwa.

Polski biznes tęskni za państwem?

Widać oczekiwanie większej interwencji państwa w gospodarkę, przy czym chodzi tu o interwencję wspierającą polskich przedsiębiorców. Generalnie mam wrażenie swoistego zmęczenia swobodnym, liberalnym rynkiem. Wcześniej konkurencja uchodziła za absolutnie dobrą, o ile była rzetelna. Teraz natomiast daje się zaobserwować poczucie, wcale nie takie odosobnione, że w warunkach swobodnej konkurencji mały i średni nigdy nie wygrają z wielkim, bo wolna konkurencja zawsze będzie służyła wielkiemu kapitałowi. Chodzi nie tylko o nieuczciwe praktyki, ale po prostu o realia rynkowe, w których mały i średni pozbawieni wsparcia instytucjonalnego zawsze przegrają z wielkim.

To klasyczny przejaw istnienia w gospodarce tzw. korzyści skali. Duży często może więcej.

W ślad za tym pojawia się opinia, że ktoś powinien wyrównywać szanse. Nawiasem mówiąc, to są postawy nowe. Kiedy w 1999 roku robiłem badania, nie dostrzegałem ich, a jeśli już, to nie w tej skali. Wówczas mówiono, że należy zapewniać po prostu równe warunki wszystkim podmiotom, likwidować ulgi podatkowe dla kapitału zagranicznego, usprawniać administrację. Równolegle oczekiwano raczej wycofania się państwa z gospodarki. Obecnie to się zmieniło. Ponadto można teraz dostrzec oczekiwanie większej obecności welfare state (państwa dobrobytu – red.), zwłaszcza w służbie zdrowia. Mamy zatem do czynienia z poczuciem, że obowiązki państwa powinny mieć charakter nie tylko czysto regulacyjny, ale także zarządczy.

W tym sensie obraz sytuacji w Polsce normalnieje, bo drobni prywatni przedsiębiorcy na całym świecie oczekują większej ochrony przed wielkim kapitałem – z tym, że w wielu krajach jest im ona zapewniania. Jedyne, co jest w naszym kraju specyficzne, zbliżające nas do modelu kapitalizmu śródziemnomorskiego, to wspomniany już niski poziom umiejętności tworzenia organizacji sieciowych, łączenia wysiłków. To bariera, która nie sprzyja sektorowi małych i średnich przedsiębiorstw. Wielkie, reprezentatywne  organizacje pracodawców reprezentują przede wszystkim wielki kapitał, co jest zresztą naturalne.

Interesy małych i dużych przedsiębiorców rozmijają się?

Do pewnego stopnia mogą być zbieżne, ale nie zawsze. Przykładowo, jeżeli małe i średnie przedsiębiorstwa oczekują większej interwencji państwa w gospodarkę, to nie jest to zgodne z interesami dużych firm. Mniejsi przedsiębiorcy chcieliby mieć swoją reprezentację, ale nie są w stanie jej stworzyć.

A może czekają, aż ktoś coś zacznie robić, by potem się dołączyć?

Sprawa wygląda inaczej. Z jednej strony jest oczekiwanie, że ich interesy powinny być respektowane, że jakaś zinstytucjonalizowana reprezentacja powinna istnieć, ale z drugiej są też wątpliwości, po co do takiej organizacji należeć i wpłacać do niej pieniądze, tracić na nią cenny czas. Innymi słowy, reprezentacja powinna powstać, ale ktoś poza mną powinien o nią zadbać.

I nikt nie próbuje niczego stworzyć?

Rozmawiałem kiedyś z szefami organizacji pracodawców, którzy wyszli z inicjatywą powołania profesjonalnej reprezentacji grupowego interesu. Pojawiło się zainteresowanie, zwłaszcza że składka była na początku niska. Potem jednak twórcy, ci szefowie, powiedzieli do zgromadzonych przedsiębiorców: „Jeżeli mamy robić lobbing, to musimy podwyższyć składkę i mieć więcej informacji o was i waszych rynkach”. Na oba te warunki padła odpowiedź „nie”. Postawa wyglądała tak: niech będzie organizacja, tylko nie chcemy na nią płacić, a jeśli już, to symbolicznie; nie damy też o sobie informacji, bo ktoś to jeszcze przeciw nam wykorzysta. Trzeba też brać pod uwagę, że takie obawy w naszych warunkach wcale nie muszą być bezzasadne.

Porównajmy tę sytuację choćby z organizacjami koreańskimi czy japońskimi, które są otwarte dla swoich uczestników w sensie informacyjnym. W Polsce na razie o czymś takim nie ma mowy. Czy obecne zindywidualizowane wzory będą przekazywane następnym pokoleniom, trudno powiedzieć. To wszystko dopiero się kształtuje i bardzo dużo zależy od działania państwa.

*Juliusz Gardawski – profesor zwyczajny, dyrektor Instytutu Filozofii Socjologii i Socjologii Ekonomicznej w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie