Newsletter

Czy Ukraina wyjdzie z tego cało?

Łukasz Kołtuniak, 09.05.2014
Mimo obalenia prezydenta Janukowycza Ukraina ciągle znajduje się na rozdrożu

Mimo obalenia prezydenta Janukowycza Ukraina ciągle znajduje się na rozdrożu, próbując odeprzeć zagrożenie ze strony potężnego sąsiada i uratować wątpliwą jedność

CC BY 2.0

Wydawać by się mogło, że ostatnie wydarzenia na Ukrainie potwierdzają tezę o podziale tego kraju na „banderowski” zachód i „rusofilski” wschód. Jednak gdy przyjrzeć się bliżej sytuacji okazuje się ona dużo bardziej złożona. „Zielone ludziki” i prorosyjscy separatyści nie cieszą się poparciem większości Ukraińców. Wschód Ukrainy, o którym wszyscy myśleli, że tak bardzo chce do Rosji, okazuje się bardziej „ukraiński” niż by się mogło wydawać. Fakt, że w Donbasie – gdzie najchętniej deklarowaną identyfikacją tożsamościową był jeszcze parę lat temu „człowiek sowiecki” – odbywały się liczne proukraińskie demonstracje, naprawdę zasługuje na uznanie.

Z drugiej jednak strony sytuacja ta uwidacznia wyraźny podział na wschodzie Ukrainy. Rozpatrywanie tego obszaru jako jednolitego „prorosyjskiego”, tudzież ukraińskiego, może być zawodne. Ostatnie wydarzenia nie tylko w Słowiańsku i Krematorsku, ale także w Doniecku czy Ługańsku pokazują, że kraj znalazł się na krawędzi wojny domowej. Wojny prowokowanej przez potężnego sąsiada i mającej uwarunkowania wewnętrzne.

Jednak paradoksalnie Ukraina wciąż jeszcze może wyjść z tego konfliktu silniejsza. Kryzys pokazał proukraińskie postawy także na wschodzie. Być może zatem pojawi się szansa na pewną konsolidację podzielonego narodu. Tym bardziej, że podział nie jest tak głęboki. 20 lat polityki ukrainizacji sprawiło, że nawet w Donbasie dorosło już pokolenie o tożsamości ukraińskiej, odrzucającej identyfikację sowiecką.

By spełnił się ten optymistyczny scenariusz, konieczne są dwa warunki. Po pierwsze, mieszkańcy wschodu muszą przestać postrzegać rząd w Kijowie niczym władze okupacyjne. A takie myślenie jest tam silnie rozpowszechnione. Jednak aby osiągnąć taki efekt, ważna jest też zmiana nastawienia władz centralnych i społeczeństw pozostałych regionów do wschodniego obszaru. I to jest warunek drugi. Mieszkańcy Lwowa i Kijowa powinni zacząć dostrzegać w obywatelach Doniecka czy Ługańska takich samych Ukraińców, jak oni sami, nie zaś „Sowietów” przeszkadzających w modernizacji kraju.

Najlepszym rozwiązaniem dla podziału Ukrainy wydaje się jej regionalizacja. Proponowana przez Rosję federalizacja idzie o krok za daleko i prowadziłaby do dysfunkcjonalności państwa. Ale regionalizacja, gdzie spora część lokalnego budżetu pozostawałaby w regionach, zarazem te przestałyby marzyć o wpływie na politykę zagraniczną, wydaje się posunięciem sensownym.

Mieszkańcy wschodu nie mogliby już mówić, że Kijów okrada ich z owoców pracy ichniejszego przemysłu; również trzeba by zagwarantować prawa dla języka rosyjskiego. Doświadczenia ostatnich rządów uczą, że krajem tak podzielonym jak Ukraina nie można rządzić tylko w oparciu o niektóre części terytorium.

Niedźwiedź jeszcze ryknie

Sytuację komplikuje postawa Moskwy. Patrząc na konflikt krymski z pewnego dystansu wydaje się, że Putin – choć oczywiście w niczym go to nie usprawiedliwia – nie planował tej aneksji. Raczej była to forma ukarania Ukrainy za Majdan. Teza ta wynika z przypuszczenia, iż gdyby w Kijowie dalej rządził Janukowycz, prawdopodobnie żądanie zwrotu Krymu w ogóle by się nie pojawiło. Niestety dla moskiewskich elit niepodległa Ukraina tylko wtedy ma rację bytu, kiedy rządzą w niej „swoi”.

Ciężko podejmować się prognozowania, jak dalej potoczy się sytuacja. Nie można wykluczyć żadnego scenariusza, w tym nawet najgorszego, czyli „marszu na Kijów”. Wydaje się jednak, że kryzys może się przedłużyć, nie przynosząc decydującego rozstrzygnięcia.

A co my jako Zachód możemy zrobić, by pomóc Ukrainie? Najwięcej zależy nie od postawy USA, a Niemiec. Stany Zjednoczone są postrzegane w Rosji jako tradycyjny wróg, któremu trzeba utrzeć nosa. W dodatku Putin chyba faktycznie dostrzegł w Obamie nowego naiwnego Jimmy’ego Cartera. A Niemcy, przy całej wzajemnej gospodarczej zależności, wydają się być tym krajem, który rosyjskie elity na swój sposób szanują.

I właśnie niemieckie elity powinny pokazać, że tam gdzie chodzi o sprawy ważne, są w stanie zachować zasady i asertywność. Niemcy jako kraj tak naprawdę przewodzący obecnej Unii Europejskiej mogą realnie kształtować europejską politykę. To jest chyba moment, by pokazały swe zdolności przywódcze w takim znaczeniu, o jakim minister Sikorski mówił swego czasu w Berlinie.

Marzenie o wyborach

Zaplanowane na 25 maja wybory prezydenckie znalazły się zdecydowanie w cieniu kryzysu w relacjach z Rosją i wydarzeń na wschodzie kraju. Szanse na to, że się odbędą, są jednak dość duże, gdyż dla nowych władz jest to swego rodzaju punkt honoru.

Elekcja ma zdecydowanego faworyta. Jest to „król czekolady” Petro Poroszenko. Oligarcha znany ze stworzenia gigantycznej firmy cukierniczej ma szanse zostać pierwszym porewolucyjnym prezydentem Ukrainy. Jego kandydatura budzi mieszane odczucia. Jest to oligarcha, a zatem jego kandydatura stoi w sprzeczności z „etosem Majdanu”. Zarazem jednak ten sam Poroszenko właśnie na Majdanie dowiódł odwagi i roztropności. Zachowanie kandydata na prezydenta zjednało mu szczerą sympatię protestujących. Na pewno większą niż Witalijowi Kliczko, który przekazał Poroszence swój głos.

W przeciwieństwie do trójki Kliczko-Jaceniuk-Tiahnybok, Poroszenko nie brał udziału w negocjacjach z władzami. A jednocześnie wzywał protestujących do umiaru. Mówi się, że postawą w czasie rewolucji Poroszenko zmył plamę udziału w rządzie Partii Regionów. I co najważniejsze chyba pierwszy raz w historii kandydat na prezydenta jest popularny zarówno na zachodzie, jak i wschodzie kraju. A to może być bezcenne w kontekście jedności Ukrainy.

Wszystko wskazuje na to, że głównym przeciwnikiem Poroszenki będzie polityczny „feniks z popiołów”, czyli Julia Tymoszenko. Była premier uwolniona na fali rewolucji spodziewała się na pewno bardziej entuzjastycznego przyjęcia po wyjściu z więzienia. Tymczasem zamiast oczekiwanej roli „ikony rewolucji” musiała się zmierzyć z pytaniami o źródła swego majątku. Powitanie na Majdanie w dniu zwycięstwa rewolucji też nie było do końca entuzjastyczne. Tymoszenko trochę za bardzo przypomina Ukraińcom chaos rządów „pomarańczowych” i porażkę poprzedniej rewolucji. Nie jest pozbawiona szans w wyborach. Nadzieją dla niej pozostaje bardzo agresywna kampania wymierzona w Poroszenkę. Czyli dokładnie to, czego Ukraina obecnie nie potrzebuje.

Wydaje się, że to właśnie między Poroszenką a ukraińską „żelazną damą” rozstrzygnie się walka wyborcza. Z innych kandydatów szanse na wejście do drugiej tury ma jeszcze związany z Partią Regionów Serhij Tihipko. Był on „czarnym koniem” poprzednich wyborów, lansując swój wizerunek trzeciego, niezależnego kandydata. Obecnie zbytnio jest jednak kojarzony z obozem Janukowycza. Pozostali kandydaci to raczej element folklorystyczny (dotyczy to także polityka rozpadającej się Partii Regionów, Mychajło Dobkina).

Na ocenę nowych władz w Kijowie jest zdecydowanie za wcześnie. Na razie głównym polem jej działań jest postawa w konflikcie z Rosją. Nie można się jednak zgodzić z głosami o bezradności ukraińskich polityków. Trzeba pamiętać, że każdy przejaw zbrojnej rozprawy z separatystami może stać się dla Rosji argumentem do interwencji. Ukraińskie władze na pewno doskonale pamiętają, co w 2008 roku spotkało Gruzję. Pozytywnie należy ocenić działania na arenie międzynarodowej, zwłaszcza zdobycie zdecydowanego poparcia USA. Jednak gdy skończy się „stan wojenny”, przyjdzie czas na ocenę reform gospodarczych. A tu zadanie wcale nie będzie łatwiejsze.

Ukraina znajduje się w największym kryzysie w historii swojej państwowości. Może go nie przetrwać, może jednak wyjść z niego silniejsza. Najgorsze, że nie wszystko zależy od niej.

*Łukasz Kołtuniak – aplikant radcowski, doktorant na Wydziale Prawa UJ, pisze pracę na temat Jerzego Turowicza i środowiska Tygodnika Powszechnego, interesuje się problematyką Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów oraz filozofią polityki