Newsletter

Wierzący jak Polak

Mirosława Grabowska, 18.04.2014
Kościół powinien być w większym stopniu otwarty na grzesznika. I nie odstraszać wątpiących, a nawet niewierzących

Strona 1

Kościół powinien być w większym stopniu otwarty na grzesznika. I nie odstraszać wątpiących, a nawet niewierzących – mówi prof. Mirosława Grabowska w rozmowie z Tomaszem Mincerem

Kościół świętych Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach. CC-BY-SA-3.0. Autor: Gabriel trzy

Tomasz Mincer: Do czego ludziom młodym potrzebny jest instytucjonalny Kościół?

Prof. Mirosława Grabowska: Kościół jako forma organizacji życia religijnego jest zawsze potrzebny ludziom. Wszystko jedno, czy jest to Kościół duży, mały, wspólnota wyznaniowa, sekta. Kościół rzymskokatolicki naucza, organizuje praktyki religijne, stara się – z różną skutecznością – kształtować postawy moralne, wartości. Przynależność pokoleniowa nie gra tu zasadniczej roli. Co natomiast ma znaczenie, to osobista religijność. Jeśli ktoś jest głęboko wierzący i systematycznie praktykuje, to instytucja Kościoła jest dla niego niezwykle istotna.

Odwrotnie zaś, gdy religijność jest „letnia”. Są też osoby, które same siebie określają jako wierzące, ale zupełnie nie praktykują. Mówi się o nich, że są believing without belonging. Wierzą, jednak nie czują, że podlegają konkretnej instytucji religijnej, że przynależą do jakiejś wspólnoty. W Polsce taka postawa nie jest rozpowszechniona: zarówno w skali całego społeczeństwa, jak i wśród najmłodszych badanych (18–24 lata) takich osób jest 7–8 procent i odsetek ten nie rośnie.

(…)

Dlaczego w większych ośrodkach miejskich wierzący mniej praktykują? Przecież w dużych miastach religijna „oferta” wydaje się bogatsza.

Po pierwsze, w tych miejscach jest też wyższy poziom wykształcenia i większy odsetek ludzi młodych. A te cechy (młody wiek i wykształcenie) religijności i jej praktykowaniu nie sprzyjają. Po drugie, oferta pozareligijna też jest bogatsza, a tempo życia jest szybsze niż w małych miastach czy na wsi. Po trzecie zaś, większa jest anonimowość. O ile na wsi ludzie widzą, kto poszedł na mszę, o tyle w mieście sąsiedztwo, a nawet rodzina nie są w stanie kontrolować i wyegzekwować odbycia praktyk religijnych.

Warto jeszcze wspomnieć o czymś, co nazwałabym „wzorcem niepraktykowania”. Od młodych ludzi, studentów, usłyszałam ostatnio, że przyznanie się do wiary religijnej często uchodzi za obciach. Istnieje więc presja otoczenia, która w środowiskach ludzi młodych i akademickich popycha w kierunku niepraktykowania.

Ale jakaś wiara indywidualna u niepraktykujących pozostaje?

Tak, choć gdyby tej wierze przyjrzał się ksiądz czy teolog, miałby jej wiele do zarzucenia. Mówiąc wprost, nie we wszystkie prawdy wiary dziś się wierzy…

(…)

Rozejście się nauczania kościelnego ze społeczeństwem następuje przede wszystkim w sferze etyki, nauki społecznej?

Większy problem mamy z moralnością prywatną niż ze społecznym nauczaniem Kościoła czy moralnością życia publicznego. Przykładowo, gdy chodzi o przyjmowanie łapówek, to jesteśmy bardzo surowi – 96 procent potępia ten proceder. Natomiast gdy chodzi o współżycie młodych ludzi przed ślubem, życie na tak zwaną „kocią łapę” czy stosowanie środków antykoncepcyjnych, to jesteśmy znacznie łagodniejsi. Większość to usprawiedliwia, a nawet nie widzi w tym nic złego (odpowiednie odsetki wahają się od 59 do 53 procent). Oczywiście osoby religijne i starsze są bardziej rygorystyczne obyczajowo, ale zmiany prowadzą nas ku większemu liberalizmowi w stosunku do życia seksualnego i małżeńskiego.

Ale czy rozdźwięk w kwestii wartości spowoduje, że młodzi i inni wierzący będą się od Kościoła odsuwać?

Można przyjmować dwie postawy. Pierwsza: nie mogę zaakceptować norm, więc się odsuwam. Druga: „naginam” istniejące normy. Niektórych rygoryzm moralny księży w kwestiach seksualnych odstręcza. Ale są i tacy, którzy mają przemyślane strategie radzenia sobie z tymi trudnościami. W czasie badań jakościowych sprzed ponad roku młodzi ludzie w swobodnych dyskusjach ujawnili owe strategie. Można było usłyszeć, że lepiej żyć w związku nieformalnym, a następnie się z tego wyspowiadać i dostać rozgrzeszenie. Jeśli jest to niemożliwe u jednego księdza, staramy się o to u innego. A przy tym jest to lepszy wybór niż węzeł małżeński, który może skończyć się rozwodem. Wówczas bowiem sytuacja jednostki wobec norm kościelnych staje się dużo gorsza.

Ciekawa jest motywacja ludzi młodych, którzy są w stanie wiele poświęcić, byle jednak jakoś w tym Kościele być…

O tym decyduje socjalizacja, kultura. Nasza literatura, sztuka są przesycone symbolami religijnymi. Wybitni badacze Pippa Norris i Ronald Inglehart przytaczają – jako znaczącą anegdotę – odpowiedź pewnego estońskiego socjologa na pytanie o różnicę między światopoglądem Estończyków i Rosjan: „Wszyscy jesteśmy ateistami, lecz ja jestem ateistą luterańskim, a oni ateistami prawosławnymi”. Po prostu tradycja religijna staje się tradycją kulturową i dziedzictwem całego społeczeństwa. Oddziałuje niezależnie od indywidualnej wiary lub jej braku.