Newsletter

Reanimacja samorządu

Dawid Sześciło, 15.04.2014
Obywatel coraz częściej chce być wymagającym partnerem wybranej przez siebie władzy

Obywatel coraz częściej chce być wymagającym partnerem wybranej przez siebie władzy

Według klasycznej definicji Adama Przeworskiego, demokracja to przede wszystkim stan zinstytucjonalizowanej niepewności (institutionalized uncertainty). To system, w którym aktualna władza musi się liczyć z ryzykiem wyborczej porażki. Jest coraz więcej wójtów czy burmistrzów, którym taka obawa jest obca.

W 2002 roku, kiedy po raz pierwszy wyłanialiśmy wójtów (burmistrzów, prezydentów miast) w wyborach bezpośrednich, w blisko stu gminach do wyborów stanął tylko jeden kandydat. Osiem lat później gmin, gdzie żadna rywalizacja między kandydatami nie miała miejsca, było już ponad trzysta. W większości przypadków urzędujący wójt uzyskał reelekcję, a może raczej należy powiedzieć re-re-reelekcję. Wielu z nich bowiem urzęduje już trzecią, jeśli nie czwartą kadencję.

Ogólna liczba kandydatów także spada. W wyborach w 2010 roku o stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta ubiegało się aż o 2,5 tys. kandydatów mniej niż w 2002 roku.

Kiedy cztery lata wybieraliśmy prezydentów miast, w 3/4 spośród nich zdecydowaliśmy się na tych już urzędujących. Podobnie było z burmistrzami i wójtami w mniejszych gminach. Co ciekawsze, dziewięciu na dziesięciu z nich to mężczyźni. Odsetek kobiet pełniących funkcje włodarzy gmin jest jeszcze mniejszy niż w radach czy w parlamencie. Nie zawsze to dostrzegamy, ponieważ na czele dwóch spośród trzech największych polskich miast (Warszawy i Łodzi) stoją kobiety. Im bardziej jednak schodzimy na poziom Polski lokalnej, tym trudniej jest kobietom przebić się do władzy.

Czy brak kontrkandydatów to dowód na wybitność urzędujących wójtów, burmistrzów i prezydentów? Nie zawsze. W wielu przypadkach bardzo trudno jest zbudować opozycję wobec wójta rządzącego od 8 czy 12 lat, będącego największym lokalnym pracodawcą i sprawującego kontrolę nad najważniejszymi instytucjami w gminie.

W większych miastach problem jest jeszcze inny. Prezydenci wyłonieni w pierwszych wyborach bezpośrednich w 2002 r. zbudowali sobie przez lata nadzwyczajne poparcie, sięgające niekiedy 80 proc. Umieli wskoczyć na falę rozwoju swoich miast i na tej fali, dzięki marketingowej sprawności, popłynąć. Wielu z nich pomogła także strategia apolitycznych menadżerów czy dobrych gospodarzy, którzy dystansują się od partyjnych podziałów. Nie dotknęły ich zatem przetasowania na ogólnopolskiej scenie politycznej.

Pieniądze unijne, które spłynęły do gmin w ciągu dwóch ostatnich kadencji samorządów, stały się dla nich prawdziwą gwarancją trwania. Mieszkańcy w wielu przypadkach nie są w stanie ocenić, czy są one wydawane racjonalnie, czy przyczyniają się do zbudowania fundamentów trwałego lokalnego rozwoju. Liczy się wyremontowana ulica, nowy stadion czy lotnisko.

W dodatku jeśli jakaś inwestycja zostanie zakwestionowana przez europejskich urzędników – jak budowa lotniska w Gdyni – zręczny prezydent zawsze może się przedstawić niczym dzielny obrońca Polski lokalnej przed brukselskim centralizmem.

Daliśmy wójtom, burmistrzom i prezydentom miast olbrzymią władzę, ale zapomnieliśmy o podstawowych mechanizmach jej rozliczania. Burmistrz Nowego Jorku każdego roku publikuje obszerny raport pokazujący z użyciem ponad 200 wskaźników, jaka jest sytuacja społeczna i gospodarcza w mieście, jak skutecznie funkcjonują miejskie służby i co należy poprawić w kolejnych latach. Nasi prezydenci miast co roku składają jedynie sprawozdanie finansowe z wykonania budżetu. Dowiadujemy się z niego wyłącznie, czy był on sprawnym księgowym, który wydał pieniądze zgodnie z planem.

W takiej sytuacji nie dziwi eksplozja zainteresowania referendami w sprawie odwołania wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast. Jest to w praktyce jedyny pozostawiony mieszkańcom instrument rozliczania z efektów pracy. Problem jednak w tym, że w ramach kampanii referendalnych bardzo rzadko możliwa jest rzetelna ocena działań wójta czy burmistrza. Kwestia ta ginie w politycznej walce, ponieważ nie jest poręcznym młotem na przeciwnika. Referendum działa więc tylko jako kosztowne narzędzie krótkofalowej mobilizacji urzędującej władzy, a nie mechanizm skutecznej oceny dotychczasowych działań.

Tam gdzie prawo kuleje, potrzebni są obywatele. Ekspansja budżetów partycypacyjnych (obywatelskich), rozwijające się ruchy miejskie czy większe zainteresowanie konsultacjami społecznymi to dowód, że potrzebujemy przejścia od lokalnego rządzenia do współzarządzania (from local government to local governance). Tradycyjne kanały kontroli i rozliczania wybieranych władz przestają być skuteczne. Zaczynamy też dostrzegać, że dobrze zorganizowani mieszkańcy są w stanie zrobić więcej niż radni.

Ta ewolucja nie musi skończyć się wprowadzeniem w samorządzie jakiejś formy demokracji bezpośredniej. Jest jednak dzwonkiem alarmowym dla urzędujących od wielu lat wójtów, burmistrzów i prezydentów. Pokazuje, że kończy się epoka lokalnych technokratów, menadżerów i przywódców, którzy najlepiej wiedzą, jakie są lokalne problemy i jakimi metodami należy je rozwiązywać. Mieszkańcom zaś pozostawiają rolę klienta, których zadaniem jest wyłącznie raz na cztery lata przedłużyć im mandat.

Obywatel coraz częściej chce być wymagającym partnerem wybranej przez siebie władzy. Zmiana zaczyna się w największych miastach, gdzie ruch pozarządowy jest na tyle silny, by nie występować wobec władzy jedynie w roli petenta. Jeżeli proces ten nie zejdzie niżej, do najmniejszych samorządów, wciąż jeszcze świeża demokracja lokalna pozostanie demokracją fasadową.

*dr Dawid Sześciło – pracownik naukowy Zakładu Nauki Administracji, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego