Newsletter

Orbánizacja

Bogdan Góralczyk, 10.04.2014
Na Węgrzech dokonał się proces, który z powodzeniem można nazwać „orbánizacją”

Na Węgrzech dokonał się proces, który z powodzeniem można nazwać „orbánizacją”. To utożsamienie państwa z wolą, charyzmą i decyzjami jednego człowieka

Stara zasada mówi: zwycięzców się nie sądzi. To raczej oni, po triumfie, rozdają karty, a dopiero potem będą sądzeni – przez historię.

W naszym dyskursie publicznym pojawiła się teza: premier Viktor Orbán odniósł bezprecedensowe zwycięstwo na europejską skalę. Wydaje się, że w takim podejściu tkwi błąd w założeniach: mylimy skutki z przyczynami, sądzimy efekty, a nie szukamy powodów. Jeśli zmienimy perspektywę, to wówczas podstawowa teza brzmiałaby: bezprecedensowe jest zwycięstwo Orbána, ale jeszcze bardziej bezprecedensowy jest system, który go do tego zwycięstwa doprowadził!

Charyzma i wizja

Po pierwszym zwycięstwie kwalifikowaną większością w 2010 r. realia na Węgrzech zmieniono nie do poznania. Przyjęto w minionych czterech latach ok. siedmiuset (sic!) ustaw, w tym konstytucję, a także ordynację wyborczą. Na mocy tej ostatniej zmniejszono z 384 do 199 ilość mandatów poselskich (co się chwali), zmieniono obwody wyborcze oraz – po raz pierwszy po 1990 r. – dano możliwość głosowania, także listownego, węgierskiej diasporze w państwach ościennych. Ta ostatnia zrewanżowała się i w ponad 90 proc. głosowała za Orbánem i wspierającą go Partią Obywatelską – Fideszem.

Opozycja zarzuca, że obwody wyborcze zmieniono tak, by pasowało to właśnie Fideszowi. No, ale przecież wszędzie obóz zwycięski kroi wszystko na swoją miarę. To nie tu trzeba szukać przyczyn ponownego triumfu Orbána. Wygrał on, bowiem był jedynym aktywnym, widocznym i dynamicznym politykiem, a opozycja pozostała podzielona (zjednoczyła się, gdy było już zdecydowanie za późno), programowo zaś miałka. Orbán ma charyzmę i wizję, a jego przeciwnicy byli tych przymiotów pozbawieni.

Orbán wygrał słabością oponentów, ale też własną aktywnością, zaradnością i skutecznością. To polityk dynamiczny, wyrazisty, nawet nie kryjący tego, bo trudno to ukryć, iż jego siłą sprawczą jest żądza władzy. Wykorzystuje każdą szansę, by zaistnieć, zabłysnąć, „zapunktować”.

Nie stroni przy tym od demagogii i populizmu, potrafi dostosować język do każdego gremium, przed którym mówi. Jest też człowiekiem czynu i szybkiej decyzji. Gdy na Węgry i do Budapesztu przyszła wielka powodziowa fala, w gumiakach ręcznie sterował akcją ratunkową. Tuż przed tymi wyborami usiadł za sterami w pierwszym wagoniku nowej linii metra, właśnie oddanej w Budapeszcie. Mając na uwadze wybory, doprowadził do zmniejszenia rachunków za światło i gaz o 20 proc.

Optymizm kontra strach

A jednak Fidesz zdobył znacznie mniej głosów – 2,1 mln – włączając w to wspomnianą diasporę, podczas gdy przed czterema laty było ich 2,7 mln. O co chodzi? Tu dopiero dotykamy kwestii poruszonej we wstępie – dokumentnej zmiany politycznych i gospodarczych realiów w kraju, ze społecznymi zachowaniami i psychologią włącznie.

Po jednej, rządowej stronie, pojawił się triumfalizm i optymizm. Po drugiej, egzystencjalny strach i obawa o dalszy los. Ujmując w największym skrócie, w okresie 2010-14 Węgry, po pierwsze, odeszły od demokracji liberalnej, jaką przyjęły po 1990 r. i jaka dominuje w UE. Demokracji takiej, jaka jest wymagana w tzw. kryteriach kopenhaskich. Po drugie, stworzyły model scentralizowany, coraz bardziej etatystyczny, hierarchiczny, ze zdyscyplinowaną klientelą obozu rządzącego i poszatkowaną, pełną obaw opozycją, przede wszystkim tą o socjalistycznej czy liberalnej proweniencji.

Po trzecie, utworzyły nowy model polityczny na terenie UE sui generis, niepowtarzalny i nie nadający się do mierzenia tą samą miarą, co w innych państwach członkowskich. Powstała co najmniej demokracja nieliberalna lub fasadowa, a stąd już blisko o zarzuty często stawiane przez przeciwników o autokratyczne zapędy i rozwiązania. Po czwarte, kraj bezprecedensowo się spolaryzował i podzielił według zupełnie nowej linii: na tych, co z Orbánem i tych, co przeciwko niemu. Jak jesteś za, masz wygrane przetargi, publiczne zamówienia, szanse na biznes czy reklamę. Jak jesteś przeciw, sam się skazujesz na wegetację. Oto logika nowego, społecznego ładu.

Po piąte, Węgry pożegnały się z systemem równowagi i kontroli władz (checks and balances) i zostały całkowicie podporządkowane egzekutywie, a w jej ramach wszechmocnemu premierowi. Wszystkie najważniejsze urzędy w państwie, od prezydenta poczynając, objęli ludzie z ręcznego nadania i woli premiera. Po szóste, kraj stał się zakładnikiem „systemu Orbána”, czyli w nieporównywalny na europejską skalę sposób jest uzależniony od woli i decyzji jednego człowieka. A ten po drugim zwycięstwie może robić w nim co tylko chce. Chętnie, wręcz nagminnie powołuje się na „wolę narodu” i dokonuje radykalnych wyborów i zwrotów. Tak oto dokonał się proces, który z powodzeniem można nazwać „orbánizacją”, czyli utożsamienie państwa z wolą, charyzmą i decyzjami jednego człowieka.

Kim będzie jutro?

Nie wiemy, jaki będzie następny zwrot premiera Węgier. Przecież Viktor Orbán zaczynał jako przekonany i zdecydowany liberał, a dzisiaj jest równie przekonanym konserwatystą. Kiedyś był rynkowcem, dziś sprawia wrażenie etatysty. Ostatnią kampanię prowadził na platformie antyeuropejskiej, wykrzykując w stronę Komisji Europejskiej czy MFW: „Nie będziemy kolonią!”. Wielu na Węgrzech to się podoba, bo dawno nie było rodzimego polityka, który by w ten sposób mówił.

Za to chyba nie zmieni się prowadzona konsekwentnie po 2010 r. strategia „otwarcia na Wschód”. Orbán nie raz mówił, że w przyszłość projektu europejskiego nie wierzy. Chyba też nie wierzy w jego reformę. Dlatego postawił na Wschód: Chiny, Rosję, a nawet Azerbejdżan czy Kazachstan. Tam szuka gospodarczego, a może i modernizacyjnego wparcia.

Z Putinem dogadał się nie tylko bez zgody parlamentu, a nawet w tajemnicy przed nim, w tym przed własną frakcją (co najlepiej świadczy o jej znaczeniu) i zawarł głośną umowę na rozbudowę poradzieckiej elektrowni jądrowej w Paks. A opiewa ona na – bagatela – 10 mld euro, czyli nieco ponad 10 proc. krajowego PKB!

Jobbik coraz silniejszy

„Otwarcie na Wschód” nie jest jedynym wyzwaniem dla premiera. Jest jeszcze jedno, chyba większe. To świetny wynik wyborczy – rzędu 21 proc. – profaszystowskiej partii Jobbik, o elektorat której, nie dość skutecznie jak widać, zabiegał Orbán w minionej kampanii. To dowód, że społeczeństwo węgierskie wcale nie jest zachwycone obecnymi rządami i się radykalizuje! Frustracji jest dużo, a socjologiczne badania mówią wyraźnie: ci, co znają języki i są bardziej obrotni, opuszczają kraj (ponad 600 tys. osób). Ci, co zostają, raczej głosują na Jobbik niż na Fidesz. Czy to też jest dowód na „bezprecedensowe zwycięstwo”?

Przyszłość zależy od sukcesu gospodarczego, który premier stale zapowiada, ale który nie do końca jest widoczny czy potwierdzony w danych i statystykach. Jeśli Orbán w najbliższej kadencji przyniesie obiecaną mannę z nieba, może ograniczy nieco skrajny elektorat Jobbiku. Jeśli jednak mu się nie powiedzie, o Jobbiku szybko zrobi się jeszcze głośniej. A to nie jest dobry przekaz ani dla Europy, ani dla świata.

Stawka jest więc wysoka i obecnie zależy od wyborów i czynów tylko jednego człowieka! Takiej demokracji się na Węgrzech doczekaliśmy. A przecież wiemy, że i u nas w niektórych kręgach pojawił się wręcz kult Orbána, a Budapeszt ma trafić do Warszawy. Czy tego naprawdę chcemy? Jeśli tak, to warto znać podłoże ostatniego sukcesu Orbána, a nie tylko wyborcze wyniki.

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2003-8 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (Birma). W latach 2001-3 pełnił funkcję Szefa Gabinetu Ministra Spraw Zagranicznych.