Newsletter

Dokąd zmierzają republikanie?

Kazimierz Bem, 16.08.2011
Bycie kiepskim gubernatorem stanu na dzikim zachodzie nie jest przeszkodą w zdobyciu Białego Domu. Niestety

Marlborough, 15 sierpnia 2011

Republikańskie prawybory w stanie Iowa oglądałem w Nowym Jorku – mieście, delikatnie rzecz ujmując, odległym mentalnie i intelektualnie od rolniczego stanu Iowa. To właśnie tam republikańscy kandydaci na kandydatów na prezydenta przedstawiali siebie jako przeciwników Baracka Obamy w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Choć docinki moich znajomych z Yale i Harvardu podczas kolejnych wystąpień kandydatów były złośliwe, konwencja niewątpliwie pokazała kilka ciekawych zmian, jakie zaszły na amerykańskiej prawicy w ostatnich latach.

„Partia Herbatkowa” (Tea Party) zaszantażowała partię republikańską. Niezależnie od jej niewątpliwej siły przyciągania, Michelle Bachmann nie jest w żadnym wypadku poważnym kontrkandydatem dla Baracka Obamy. Jej znajomość spraw gospodarczych jest zerowa – Bachmann jest tylko prawnikiem od spraw podatkowych. O polityce zagranicznej nie ma pojęcia – była gotowa zagłosować za tym, by USA nie podniosły limitu zadłużenia i w ten sposób nie były w stanie spłacić swoich długów. Choć przedstawia się jako gorliwa chrześcijanka, od dwóch lat nie była w luterańskiej parafii. A jednak to ona wygrała prawybory i teraz zaczyna przedstawiać się jako osoba, która ma szansę zastąpić Baracka Obamę w Białym Domu. Jeszcze kilka lat temu byłaby tylko folklorem partyjnym. Dziś jest jego centrum.

Republikanie – przy zupełniej bierności Demokratów – zachowują się, jakby to nie oni odpowiadali za cały bałagan w amerykańskiej gospodarce. Tymczasem to właśnie prezydenci Reagan, Bush senior, a w szczególności Bush junior wydawali pieniądze niczym hazardziści w kasynie. Sam Bush junior jest odpowiedzialny za 40 proc. amerykańskiego długu publicznego. To republikański Kongres uchwalał kolejne ustawy obcinające podatki dla najbogatszych i przeznaczające tryliony na wojny w Iraku i Afganistanie. To Republikanie kolejno osłabiali nadzór bankowy, co w ostateczności doprowadziło do krachu bankowego w 2008 roku. To republikańska administracja zwalniała firmy wydobywające ropę z obowiązku przestrzegania przepisów ochrony środowiska, co doprowadziło do wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej.

Ale dziś Republikanie zachowują się, jakby byli dziewiczymi westalkami kultu oszczędności i dyscypliny finansowej. Przeszkadza im wielkie państwo („powinno się je zatopić”, mawia ich guru, Norquist), ale wielkie korporacje już nie. Prawo federalne nie powinno narzucać stanom ani obywatelom obowiązku wykupywania ubezpieczenia zdrowotnego, ale może zdefiniować czym jest małżeństwo oraz zakazać małżeństw jednopłciowych. Wysokie podatki dla firm i dla osób prywatnych są złodziejstwem i próbą wprowadzania socjalizmu, ale rząd federalny i armia powinni mieć tryliony na kolejne wojny oraz na pilnowanie granic przed tymi okropnymi nielegalnymi imigrantami. Takich paradoksów jest więcej.

Gdy słuchałem wystąpień kolejnych kandydatów (za wyjątkiem kandydata Jon’a Huntsmana, który jako jedyny nie wzdrygał się przed myśleniem), nie mogłem się oprzeć zdumieniu, jak poważna partia może obracać takimi pustymi sloganami, niekonsekwencjami czy zwyczajnie kłamstwem? Poziom wystąpień pani Bachmann kwalifikował ją bardziej do konwencji PiS niż Partii Republikańskiej.

Ale najważniejszym wydarzeniem minionego weekendu był fakt, że na start zdecydował się gubernator Rick Perry. Jak powszechnie wiadomo, Polacy kochają Republikanów, więc nawet centrolewicowe gazety popadły w lekki zachwyt. Oto do walki ze słabym Obamą stanął biały, przystojny, konserwatywny chrześcijanin i gubernator stanu Teksas, zapewne wzbudzając nostalgię za wizytą Busha Juniora i jego cytatem z „Golec uOrkiestry”. W polskich gazetach zdążyłem już przeczytać, że jest charyzmatyczny, tworzy tysiące nowych miejsc pracy, pod jego rządami Teksas rozkwita. Oraz oczywiście, że ma szanse pokonać Obamę.

Jednak rzeczywistość jest nieco bardziej prozaiczna i dużo mniej świetlana. Jak na Republikanina Perry jest rzeczywiście dość charyzmatyczny. „Jak na” jest tu kluczowe, bo niestety wszyscy przyznają, że kandydaci republikańscy są albo szaleni i nawiedzeni (Bachmann czy Ron Paul) albo nudni jak flaki z olejem (Romney czy Pawlenty). Jego teksański sposób bycia i mówienia być może spodoba się osobom w środkowych stanach, ale mieszkańcom metropolii i wybrzeża za bardzo będzie przypominać Busha juniora. W przeciwieństwie do Polski, w USA nie jest to traktowane na plus.

Kwestia tworzenia nowych miejsc pracy jest nieco bardziej skomplikowana. To prawda, że w Teksasie stworzono nowe miejsca pracy. Ale bezrobocie w tym stanie jest tylko o jeden punkt procentowy poniżej średniej krajowej i wynosi 8 proc. Większość z tych nowych miejsc pracy to posady z płacą minimalną, bez ubezpieczeń zdrowotnych czy socjalnych.  Ponieważ zniesiono w tym stanie podatek dochodowy od firm, przedsiębiorcy przenoszą się do Teksasu, często zamykając swoje biura w innych stanach. Nie jest to zatem model do powtórzenia na obszarze całych Stanów Zjednoczonych. Pomimo tego w zeszłym roku Teksas miał deficyt budżetowy wielkości 27 milionów dolarów. Nie sprawdził się zatem ulubiony mit konserwatystów, że jeśli państwo pozostawi gospodarkę w spokoju, to rozkwitnie i ona i państwo. Pieniądze trzeba skąd wziąć i jeśli nie chce się opodatkować przedsiębiorstw i najbogatszych, to w końcu pojawi się deficyt.

Rozkwitanie Teksasu jest kwestią sporną. Stan ten jest w dolnej dziesiątce stanów USA, gdy chodzi o poziom szkół, służby zdrowia czy usług publicznych. Ostatnie cięcia budżetowe w edukacji i sektorze usług publicznych tylko tę przepaść powiększą. Departament Sprawiedliwości prowadzi wobec Teksasu kilka postępowań o naruszenia praw obywatelskich i dyskryminację rasową: do pośredniego stanu Afroamerykanów, teraz dołączyli Latynosi, których liczba w Teksasie nieubłaganie rośnie.

Również chrześcijaństwo Ricka Perry’ego jest dość specyficzne. Jest metodystą, bardzo konserwatywnym obyczajowo. Opowiadał się za utrzymaniem kryminalizacji homoseksualizmu, wprowadził prawo, które nakazuje kobiecie badanie sonogramem zanim ta zdecyduje się na aborcję. Niczym Lechowi Kaczyńskiemu, deklarowanie się jako bycie kandydatem „za życiem” w niczym nie przeszkadza mu w byciu gorliwym zwolennikiem kary śmierci: Teksas jest stanem z największą liczbą egzekucji w USA, a gubernator Perry tylko raz skorzystał z prawa łaski. Na słynnym zorganizowanym przez niego spotkaniu modlitewnym, które opisywała nawet polska prasa, pojawili się tylko fundamentalistyczni pastorzy protestanccy – niektórzy z nich mają XVII- wieczne poglądy na katolicyzm, co raczej nie zapewni mu głosów rosnącej w całych USA populacji latynoskiej.

Wreszcie, największym jego problemem, na razie skrzętnie skrywanym, jest jego nieobycie ze sprawami zagranicznymi czy też tymi o bardziej skomplikowanym charakterze. Jeden z komentatorów powiedział wprost, że Perry cieszy się „komfortem niezaśmieconego wiedzą umysłu.” Zdarzyło mu się nawet publicznie zastanawiać, czy Teksas nie powinien dokonać secesji z USA.

Na razie jednak jego kandydatura wprowadza przedziwny marazm w obozie Republikanów, gdzie dotychczas harcowali przedstawicie egzotyki politycznej, jak Bachman, Paul czy Palin. Zdaje się, że o nominację partii republikańskiej stoczą bój Perry i Romney. A potem – kto wie? Jak pokazał niestety przypadek George’a Busha juniora, bycie kiepskim gubernatorem stanu na dzikim zachodzie, brak doświadczenia i zero-jedynkowy sposób postrzegania świata, nie jest wcale przeszkodą w dotarciu do Białego Domu. Niestety.