Newsletter

Wielka londyńska anarchia

Aleksandra Kaniewska, 09.08.2011
To samo miasto, o którego przetrwanie walczono, jest niszczone rękami jego mieszkańców: ludzi, którzy na co dzień chodzą londyńskimi ulicami, podróżują zatłoczonym metrem, jeżdżą czerwonymi autobusami

„Moje” miasto płonie. Sceneria jak z filmu „Sin City”. Setki wyrostków, ubranych w dresy z kapturami, z wściekłością atakuje szyby wystawowe londyńskich ulic. W ruch idą kije, deski i benzyna. Płoną samochody. Z okien jednego z trawionych przez ogień budynków w Croydon, południowej dzielnicy Londynu, skacze kobieta. Przez rozbite szyby do sklepu Foot Locker wpadają hordy nastolatków, kradnąc co tylko się da: buty, bluzy, plecaki. Czego nie ukradną, to zniszczą. Anarchia.

Cofamy się do 1666 r. Jest tak samo dziko. Największy pożar drewnianego jeszcze wtedy Londynu szokuje jego mieszkańców. Każdy broni się, jak tylko może, choć do dyspozycji londyńczyków są jedynie drewniane wiaderka i metalowe strzykawki z wodą z Tamizy. Na ulicach gwar i zamieszanie. Niektórzy niosą na plecach cały dobytek: kury, skórzane skrzynie, kosztowności. Pięć dni później jedna czwarta miasta jest strawiona przez ogień, a 100 tys. ludzi bez dachu nad głową.

Dostrzegam pewien paradoks: dzisiaj to samo miasto, o którego przetrwanie walczono, jest niszczone rękami jego mieszkańców. Ludzi, którzy na co dzień chodzą londyńskimi ulicami, podróżują zatłoczonym metrem, jeżdżą czerwonymi autobusami, kupują kawę w lokalnym Starbucksie i kanapkę w sklepie u Hindusa.

Londyn był przez kilka lat „moim” miastem. Czuję się za nie odpowiedzialna, gdyż współtworzyłam jego międzykulturowy klimat. Płaciłam podatki, korzystając z przywilejów, które brytyjski system społeczny. A było tego sporo. Świetne jedzenie na Borough Market, polskie knajpy na Ealing, hinduskie curry na Brick Lane, imprezy w Chelsea i Shoreditch, zakupy na Oxford Circus czy muzea przy Exhibition Road.

Liz Feneke z Institute of Race Relations pisze w tekście dla IO, że to nie tylko „kolorowa” młodzież awanturuje się na ulicach. Że w niektórych dzielnicach Londynu beznadzieja jest tak obezwładniająca, że zabija w młodych odpowiedzialność. Że milion osób poniżej 20. roku życia nie ma pracy, ani żadnych innych społecznie motywujących zajęć. Że dla wielu z nich najważniejszą komórką społeczną staje się osiedlowy gang.

Z jednej strony to prawda. Z drugiej, zastanawiam się, w imię jakiej idei można dewastować własne miasto? Czy to nie to samo, jak niszczenie własnego mieszkania czy domu? Wyrywanie drzew z własnego ogródka czy sikanie na własnoręcznie wyhodowane kwiaty?

Znajomy z Londynu opowiadał, jak w weekend przejeżdżał przez Tottenham, północną dzielnicę miasta, która była jednym z miejsc, gdzie rozpoczęły się zamieszki. „Mijałem dzieciaki, może 15, 16-letnie. Niektóre z nich dobrze znałem, bo mieszkają w bloku obok. Ale miały w oczach tyle agresji, że bałem się interweniować. Widziałem tylko, jak podpalają kosz na śmieci i po skoku adrenaliny, którego im to dostarczyło, biegną dalej”.

Katarzyna Kopacz, dziennikarka Red Bee Media, która mieszka w dzielnicy Ealing, tak wspomina poniedziałkową anarchię w swojej dzielnicy. „Nie spaliśmy całą noc… Paliły się auta, spłonął budynek 50 metrów od naszego domu, non stop wyły alarmy w kolejnych samochodach. Z okien widzieliśmy, jak czterech policjantów w koszulach z krótkim rękawem goni uzbrojonych w deski bandziorów. Modliliśmy się, żeby nas nie podpalili i żeby ocalał nasz samochód. Ealing to dobra dzielnica. Dlaczego tu przeniosły się zamieszki? O co im chodzi? Nikt nie wie”.

Londyn nigdy nie był spokojnym miastem. Dziesięć milionów mieszkańców, którzy mówią w ponad 150 językach daje całkiem spory kulturowo-etniczny kocioł. Od zawsze było to miasto otwarte. Na wszystkich. Szkoda, że właśnie stało się ofiarą własnej tolerancji.