Newsletter

Miejsca trzecie, swoiści „wyrównywacze”

Tomasz Nawrocki, 20.03.2014
W irlandzkich czy brytyjskich pubach przy piwie spotykają się robotnicy z przedstawicielami klasy średniej. Niewielkie różnice w cenach piwa powodują, że gromadzi ludzi z różnych społecznych światów

W irlandzkich czy brytyjskich pubach przy piwie spotykają się robotnicy z przedstawicielami klasy średniej.  Niewielkie różnice w cenach piwa powodują, że gromadzi ludzi z różnych społecznych światów

Instytut Obywatelski zadaje temat, socjolog winien go podjąć. Cóż jednak zrobić, kiedy brakuje badań i analiz, do których można byłoby się odwołać? Pozostaje zawierzyć własnej intuicji i gromadzonym przez lata doświadczeniom. Dlatego zamiast wnikliwej analizy miejsc trzecich, pozostaje mi stworzenie ich prywatnej mapy, którą uzupełni kilka, zgromadzonych przy okazji badań przestrzeni publicznych Katowic, spostrzeżeń.

Kiedy na wykładach przychodzi tłumaczyć studentom, czym są miejsca trzecie, tezy amerykańskiego socjologa, Raya Oldenburga, ilustruję dwoma zdjęciami. Na jednym jest neon „Kato-baru”, miejsca-instytucji, na drugiej zaś patio Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej. Zestawienie tych dwóch zdjęć pokazuje pewne problemy, które mamy z pojęciem miejsca trzeciego. Zgodnie z intencją Oldenburga miejsce trzecie, to nie tylko miejsce, w którym bywamy poza domem i pracą. To przede wszystkim przestrzeń, w której jesteśmy z innymi ludźmi, wchodzimy z nimi w relacje, tworzymy pewną społeczność.

Często posługujemy się pojęciem miejsca trzeciego dla oznaczenia miejsc, w których po prostu spędzamy czas wolny poza domem. Ta definicja nie podkreśla jednak ważnej roli tych miejsc, które służą zaspokajaniu potrzeby bycia we wspólnocie. Niezwykłe w swej architektonicznej urodzie Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej, zaprojektowane przez Tomasza Koniora, przyciąga klimatem. Jednak to pozornie surowe, wyłożone płytami OSB, wnętrze „Kato-baru” tworzy społeczność bywalców tego miejsca. Tu, na ul. Mariacką, trafiają młodzi katowiccy mieszczanie i ci starsi, dla których to miasto jest czymś ważnym. Tu można dowiedzieć się, co dzieje się w mieście, jakie planowane są akcje, co pojawi się w lokalnej prasie. Podobną rolę pełni zresztą pobliska „Lorneta z Meduzą”. To zresztą w znacznej mierze dzięki właścicielom tych lokali ulica Mariacka przestała być wyremontowanym, ale pustym miejskim deptakiem.

Na tyłach Mariackiej mieści się „Pokrzep się”, gdzie czekając na frytki z wurstem można dowiedzieć się, jak przebiegały próby aktywizowania mieszkańców katowickich dzielnic. Trafiają tam, ci którzy zgłodnieli przy piwie wypitym w jednym z okolicznych miejsc. Jeżeli ktoś nie ma ochoty na mięsne danie, może zboczyć do „Złotego Osła”, knajpy o długiej historii, w której przy wegetariańskich potrawach spotykają się wykładowcy, studenci, plastycy, muzycy i miejscy aktywiści.  Nie zdarza się w kolejce do kasy lub przy stoliku nie spotkać kogoś znajomego.

Dominikowi Tokarskiemu i Michałowi Kubieńcowi śląscy „nowi mieszczanie” zawdzięczają inne miejsce trzecie: „Geszeft” na Koszutce. Z pozoru sklep z wyrobami śląskich projektantów, ale tak naprawdę miejsce, gdzie nie tylko kupuje się modne ciuchy, ale miejsce, gdzie przy kawie i obowiązkowej tarcie rozmawia się o tym, co dzieje się w mieście. Punkt obowiązkowy na trasie dla, tych którzy chcą poznać nowe oblicze Katowic.

Miejsca trzecie dla Oldenburga to swoiści wyrównywacze (lewelerzy). W irlandzkich czy brytyjskich pubach przy piwie spotykają się robotnicy z przedstawicielami klasy średniej.  Niewielkie różnice w cenach piwa powodują, że gromadzi ludzi z różnych społecznych światów. Razem piją, grają, oglądają mecze. W Polsce cena piwa stanowi barierę różnicującą pijących. Klasa średnia chowa się za wyższymi cenami trunku, poszukując go w lepszych pubach, skąd zza zacienionych szyb patrzy na życie toczące się na ulicy. Trafiają tam ci, którzy skłonni są zapłacić odpowiednią sumę za Touchera z pomarańczą i za odpowiednio spokojną atmosferę w knajpie. Tak jak w Spencerze, gdzie spotykać można katowickich socjologów-konserwatystów. Klimat prawdziwie brytyjskiego pubu psuje im tylko nieszczęśliwa dla nich lokalizacja miejsca w pobliżu starych, zaniedbanych kamienic.

Spadkobiercami równościowej tradycji barów piwnych z okresu PRL są dziś w Katowicach jedynie knajpy osiedlowe. Tu rzeczywiście przy tanim piwie i kiełbaskach z rożna spotykają się i rozmawiają bardzo różni ludzie. Postępująca segregacja przestrzenna powoli jednak wpłynie także na ich funkcjonowanie. Będą znikać, tak jak posiadająca wieloletnią tradycję brynowska knajpa „Pod Kasztanami”, w ogródku której koncentrowało się kiedyś życie dzielnicy.

Moja osobista mapa miejsc trzecich, to także mapa miejsc, których już nie ma. Wysokie czynsze, dyktowane przez właścicieli nieruchomości, przy niewielkim wsparciu władz lokalnych powodują, że znikają kolejne, dobrze przyjęte przez katowiczan miejscówki. Nie ma już „Sienkiewicza 27”, miejsca, gdzie książki nie były tylko dekoracją i gdzie podawano najlepszą w Katowicach kawę, do której można było zamówić świetne tarty. Kolejna lokalna edycja festiwalu „Miasto w budowie” musi szukać nowego miejsca. Nie ma już też „Cyferblatu”, gdzie właścicielki eksperymentowały ze śląską kuchnią fusion i gdzie śmiało można było zaprosić gości spoza regionu, by przekonali się, jaki potencjał tkwi w śląskiej kuchni. Nie ma już popularnej „Szmyrowatej” i jego następcy „Za Drzwiami”. Od lat nie ma klimatycznej kawiarni „Amadeusz” na Kopernika, a stara „Kryształowa” żyje tylko w legendzie, bo lokal Gesslerowej nawiązuje do niej tylko z nazwy. Na efekty akcji „lokale na kulturę”, którą prowadzi katowicki urząd miasta, trzeba będzie jeszcze poczekać.

Katowice w ostatnich latach nie mają zresztą szczęścia do kawiarni. Znikają kolejne tego typu lokale. Zdecydowanie łatwiej w mieście napić się piwa niż dobrej kawy. Broni się właściwie tylko „Krystynka” i „Chopin”. Kawiarniane życie wessane zostało do sieciówek w galeriach handlowych.  Usytuowane w centrum śląskich miast, usiłują stać się miejscem trzecim dla szukających okazji do spotkania i wypicia kawy mieszkańców. I przyznać należy, że coraz lepiej im się to udaje.

Innym typem miejsc, które powoli znikają z mapy miasta, są specyficzne dla Śląska przykopalniane pijalnie piwa. Górnik po szychcie zwykle szedł „przepłukać” węglowy pył w jednej z licznych knajp znajdujących się w pobliżu kopalni. Dopiero później udawał się do domu. Kopalni ubywa, a wraz z nimi znikają piwiarnie o niepowtarzalnej atmosferze.

Katowickim miejscom trzecim nie sprzyja też przestrzenny układ konurbacji. Mieszka się w jednej jej części, pracuje w innej, a układ komunikacyjny nie ułatwia szybkiego przemieszczania się między domem a pracą.  Nie dotyczy to nowych mieszczan, którzy osiedlają się w centrach miast. Ich miejsca trzecie żyją. Żyją też miejsca adresowane dla szczególnych grup użytkowników, jak filologiczne bistro „Osiem stolików” przy Uniwersytecie Śląskim. Klasie średniej trudno jest dojechać na spotkanie przy piwie lub winie z przyjaciółmi, jeżeli mieszka na skraju konurbacji i pracuje się do późna po jej przeciwnej stronie. Nawet jeżeli kuszą oryginalne i serwujące świetne jedzenie miejsca.

Zresztą, czy poza nowymi mieszczanami i bywalcami osiedlowych barów, Polacy potrzebują swoich miejsc trzecich? Może mieszkańcy Śląska, w odróżnieniu od Czechów, którzy mają swoje hospody, Francuzów i Włochów, którzy uwielbiają bistra, czy Niemców, relaksujących się w piwiarniach, nie potrzebują takich miejsc? Nie muszą spotykać się z innymi, rozmawiać, czuć przynależność do wspólnoty innej niż grupa kibiców piłkarskich. Na pewno warto się temu zjawisku bliżej przyjrzeć.

*Tomasz Nawrocki – profesor socjologii Uniwersytetu Śląskiego. Mieszka w Katowicach.