Newsletter

Europa jest różnorodnością

Peter Noordhoek, 07.03.2014
Tylko akceptacja różnic pozwala na prawdziwą, empatyczną solidarność. W Europie nie chodzi o Europę, ale o mnie i o ciebie

Tylko akceptacja różnic pozwala na prawdziwą, empatyczną solidarność. W Europie nie chodzi o Europę, ale o mnie i o ciebie – mówi holenderski polityk, Peter Noordhoek w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską.

Aleksandra Kaniewska: W Dublinie spotkali się właśnie przedstawiciele Europejskiej Partii Ludowej (ang. EPP), skupiającej szereg partii chadeckich. Rozmawiają o majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Te wybory będą inne niż poprzednie, bo rozegrają się w cieniu wydarzeń na Ukrainie. To Ukraińcy przypomnieli nam, członkom UE, dlaczego Unia jest tak ważna.
 
Peter Noordhoek: To prawda. Na pewno to uczucie jest silniejsze w Europie Środkowo-Wschodniej, ale za Zachodzie też ukraińska rewolucja dała nam wiele do myślenia. Więcej, wydaje mi się, że może mieć wpływ na decyzje obywateli przy urnach wyborczych w maju. W pewnym sensie, bycie „za” lub „przeciw” Unii jest teraz bezpośrednio związane z wydarzeniami w Kijowie i na Krymie.

Jednak sytuacja ta pokazała również niemoc unijnych instytucji. I stąd częściowa apatia. To jednak nie zmienia faktu, że gdyby dać dziś Ukraińcom możliwość głosowania, wiele osób, jeśli nie większość, opowiedziałoby się za integracją z Unią Europejską.

Unii zarzuca się, że wiele z jej instytucji straciło dawną energię, że brakuje im umiejętność działania i przewodzenia. To oczywiście nie zarzut do samych instytucji, ale do ludzi, którzy w nich pracują.

W chwili, gdy przychodzi gwałtowny kryzys, UE ma tendencję do przemieniania się w luźny związek niezależnych państw. Tracimy wtedy umiejętność mówienia jednym głosem. Mam nadzieję, że stworzymy kiedyś wspólną politykę zagraniczną, ale wątpię, byśmy zdążyli do maja, przed wyborami.

A są to wybory dość wysokiego ryzyka. Sondaże wskazują, że francuski Front Narodowy, brytyjski UKIP czy holenderska Partia Wolności mogą osiągnąć spory sukces i dostać więcej miejsc niż w poprzednich wyborach. Możemy więc mieć bardzo antyeuropejski Parlament. Co to będzie oznaczać dla Europy?

Niezależnie od wyników wymienionych przez panią partii, jeśli chodzi o populistów, ważne są dwie kwestie. Ludzie głosujący w eurowyborach zazwyczaj nie są typowymi wyborcami partii populistycznych. Jestem więc pełen wątpliwości, ile głosów te partie otrzymają w rzeczywistości.

Dodatkowo, są to partie, które w skrócie łączy jedna rzecz: nie lubią Brukseli. W innych kwestiach ogromnie się różnią. Na pewno więc nie będą dobrze ze sobą współpracować i ich wpływ na politykę unijną będzie niewielki. Mimo to, sam fakt, że te partie pojawiły się na politycznej mapie Europy, że są tak głośne i tak dobrze radzą sobie w sondażach w swoich krajach, już jest złym znakiem. Co oznacza? Zmęczenie obywateli ich przedstawicielami i partiami, które do tej pory rządziły. Zmęczenie mainstreamem.

W jednym eseju pisał Pan, że „w naszym myśleniu o Europie nie chodzi tylko o Europę. Chodzi o ciebie i mnie”. Proponuje Pan odejście od mówienia o Unii w technokratyczny sposób, a powrót do przypominania o wartościach. W takim razie, przypomnijmy te najważniejsze.

Po pierwsze, solidarność. To bliskie wam, Polakom, słowo jest dziś wciąż bardzo ważne. W Unii powinien być pewien trzon państw, które się ze sobą zgadzają i umieją razem działać.

Ale nie możemy tu zapominać o różnorodności – kolejnej europejskiej wartości. Tylko akceptacja różnic pozwala na prawdziwą, empatyczną solidarność.

Trzecią ważną lekcją dla Europy powinna być subsydiarność. Większość problemów powinno się rozwiązywać lokalnie, a nie poprzez tworzenie wielkich, europejskich instytucji. Nie przez korporacje, ale małe społeczności, kościoły, grupy ludzi. Bardzo wierzę w regiony i ich poczucie tożsamości.

Ale są rzeczy, których pojedyncze regiony nie są w stanie robić.

I nie mogą sobie z nimi radzić też państwa. I tu rola dla Brukseli. Dzisiaj najwięcej pracy dzieje się na poziomie regionalnym oraz ogólnoeuropejskim. Wszystkie szczeble pomiędzy, w tym szczebel państwowy, mają i będą miały coraz większe problemy.

Dlaczego?

Ponieważ będą zbyt małe jak na świat, ale zbyt duże, by służyć lokalnej społeczności.

Jeszcze niedawno to Europa miała stać się „regionem”, ze swoją własną tożsamością i wystarczającą siłą, by kształtować historię, być jednym z trzech najsilniejszych graczy globalnych: obok Stanów Zjednoczonych i Azji. Udało się?

Nie wydaje mi się, byśmy póki co mieli wspólną tożsamość jako Europejczycy. Zanim ona powstanie, może upłynąć jeszcze dużo czasu,. Wystarczy spojrzeć na Stany Zjednoczone: Amerykanie potrzebowali wielu lat, żeby stać się jednością. Wojna domowa między północą a południem była dużo gorętsza niż wszystkie nasze europejskie sprzeczki. Dzięki wspólnocie historii i jednoczącemu przywództwu stali się w końcu jednym państwem. Europa ma oczywiście inną historię i różnice między państwami są bardziej oczywiste niż wewnątrz USA, ale mimo to idziemy w stronę stworzenia jakiejś wspólnej wersji europejskiej tożsamości.

Wracając do różnorodności… W Europie, która szczyci się swobodą przepływu osób, coraz silniejsze są nastroje niechęci wobec imigrantów. Wystarczy zajrzeć do brytyjskich tabloidów czy wyników niedawnego referendum w Szwajcarii.

Mam wrażenie, że cała dyskusja o imigracji jest tylko symptomem pewnych napięć, wynikających z szybko zmieniającego się świata. Imigranci jako tacy nie są problemem, ale gdy w danym kraju pojawia się ich zbyt wielu, naruszają psychologiczną integralność wspólnoty. Z drugiej strony, Europa się starzeje, a to imigranci są dla niej ratunkiem demograficznym. Poza tym, jak mówiłem wcześniej, Europa jest różnorodnością, i to jest piękne. Jechałem ostatnio autostradą i zauważyłem stojący na poboczu samochód. Gdy wysiadłem, aby pomóc pasażerom, oprócz mnie zatrzymała się para Polaków. Razem popchnęliśmy samochód i pomogliśmy go przetransportować z autostrady na pobocze. Takie małe gesty tworzą z nas społeczeństwo.

Obserwując debatę o imigracji w Wielkiej Brytanii zauważyłam, że najbardziej „obcych” boją się ci, którzy mają z nimi najmniej do czynienia. Tak było w Szwajcarii. Najwięcej głosów antyimigracyjnych pojawiło się w tych częściach kraju, gdzie imigracja jest na poziomie prawie zerowym.

Rzeczywiście, ludzie generalnie boją się nieznanego. W czasach niepewności wolimy kurczowo trzymać się tego, co znamy, marząc o przeszłości, która była bezpieczna. Można mieć nadzieję, że dzięki internetowi da się stworzyć lepszą narrację, tłumaczącą ludziom kierunek zmian dokoła nich. Tylko to daje szanse na stworzenie stabilnych społeczeństw.

Można stworzyć wspólny dla UE język, który pozwoli politykom mówić o Europie z pasją i skutecznie odpierać zarzuty populistów?

Moim zdaniem powinniśmy podkreślać, jak ważna jest różnorodność i równocześnie tworzyć polityki, które umożliwiają regionom jak najszersze wykorzystanie ich możliwości.

Unia zaś powinna być najbardziej aktywna w kwestiach, które dotyczą spraw międzynarodowych czy międzypaństwowych. Tym bardziej, że musimy więcej działać niż mówić, niezależnie czy chodzi o nadzór bankowy, jakość produktów spożywczych czy inne kwestie. Musimy się zająć oliwieniem systemu, wzmacnianiem gospodarki i ułatwianiem obywatelom odnoszenia prywatnych sukcesów. Od dawna powtarzam, że EPL nie powinno mówić o Europie jako takiej, bo w Europie nie chodzi o Europę. Tu chodzi o ludzi. O mnie, o panią i o wszystkich Europejczyków z osobna.

Tłum. Grażyna Grochocka

*Peter Noordhoek – działacz holenderskiej partii chadeckiej CDA, doradca polityczny

Sfinansowane przez Komitet Wyborczy Platforma Obywatelska RP.