Newsletter

Neurony w szkolnej ławce

Marzena Żylińska, 06.03.2014
System nauczania, z którym mamy dziś do czynienia, utrudnia naukę mózgowi. Wyłącza naturalne mechanizmy, w jakie ludzi wyposażyła natura

System nauczania, z którym mamy dziś do czynienia, utrudnia naukę mózgowi. Wyłącza naturalne mechanizmy, w jakie ludzi wyposażyła natura – mówi Marzena Żylińska w rozmowie z Marzeną Haponiuk

Marzena Haponiuk: Dlaczego badania nad mózgiem są tak ważne dla procesu nauczania?

Marzena Żylińska: Dzięki nim zaczęliśmy poznawać naturę procesu uczenia się. Po dwudziestu latach „zaglądania” do mózgu, gdy wiemy dużo o tym, jak on działa, powinniśmy postawić pytania: Czy stworzyliśmy dobry system? Czy system nauczania, który dziś mamy, ułatwia sytuację mózgowi, czy nie?

I jak brzmi odpowiedź?

System nauczania, z którym mamy dziś do czynienia, utrudnia naukę mózgowi, bo wyłącza naturalne mechanizmy, w jakie ludzi wyposażyła natura. Dzieci idą do szkoły z ogromnym zapałem i motywacją. Coś się jednak w szkole dzieje niedobrego, że ta radość i motywacja z czasem słabną, często zupełnie zanikają.

Z badań wynika, że zajęcia w szkole są ciekawe tylko dla niewielkiej liczby uczniów. W zależności od typu szkoły, ta wartość się zmienia. W podstawówkach jeszcze nie jest najgorzej. Natomiast ponad 60 proc. uczniów przed maturą deklaruje, że w szkole się nudzi.

Dlaczego tak się dzieje? Co można zrobić, by szkoła była miejscem przyjaznym i ciekawym?

Neuronauki dzisiaj na to pytanie mają dość precyzyjną odpowiedź: chęć do nauki mogłaby być na końcu edukacji taka sama, jaka była na początku, gdyby edukacja była inaczej zorganizowana, a szkoła nie utrudniała uczniom uczenia się. Nasze mózgi nie są organem stworzonym do reprodukowania danych. Zmuszając dzieci do tego, żeby siedziały w ławkach, słuchały i reprodukowały informacje, odtwarzając możliwie wiernie to, co usłyszały czy przeczytały w podręcznikach – wyłączamy najsilniejszy mechanizm, który pcha nas ku poznawaniu świata. Tym mechanizmem jest ciekawość poznawcza.

Wszystkie dzieci wciąż zadają pytania.

Zadawanie pytań jest właśnie przejawem tej ciekawości. Dzieci w ten sposób się uczą: aktywnie eksplorują świat, rozkładają wszystko na czynniki pierwsze oraz próbują zrozumieć sposób funkcjonowania zjawisk i przedmiotów, które je otaczają. Ciekawość popycha je do działania i każe aktywnie poznawać świat. Neurobiolodzy powtarzają, że nasze mózgi uczą się wtedy, gdy są aktywne.

Dobrze to widać, gdy obserwujemy bardzo małe dzieci. Choć jeszcze całkiem niedawno czymś się bawiły i to coś je mocno zajmowało, po jakimś czasie tę zabawkę odstawiają w kąt. Dzieje się tak dlatego, że „skonsumowana poznawczo“ zabawka, przestaje budzić zainteresowanie.

Wniosek z tego, że dzieci potrzebują ciągle nowych doświadczeń. Czyli uczą się, zaspokajając ciekawość.

Mózg, by się rozwijać, potrzebuje ciągle nowych wyzwań, coraz trudniejszych zadań. Gdy coś już jest przez niego skonsumowane poznawczo, staje się nudne i nieatrakcyjne. Mózg musi zatem szukać nowych wyzwań i coraz trudniejszych zadań. Szkoła sobie z tym nie radzi. Punktem odniesienia w szkole nie są dzieci, ich zainteresowania, możliwości czy potencjał, ale uśrednione programy. Model polega na tym, że eksperci z zewnątrz ustalają zestawy celów edukacyjnych, a od nauczycieli oczekuje się, że sprawią, by wszyscy uczniowie je opanowali. Z badań nad mózgiem wynika, że to nie jest możliwe, bo każdy uczeń ma inną strukturę mózgu i inne możliwości.

Przykładowo, w tej samej klasie są dzieci o zróżnicowanym potencjale. Są takie, które mają trudności z liczeniem i liczą jeszcze na palcach (a więc na konkretach). Są też i takie, które potrafią już mnożyć. Dziecku, które potrafi mnożyć, nauczyciel mówi: „Tego jeszcze nie umiemy, więc proszę dodawać, jak wszyscy”. A dziecku, które jeszcze potrzebuje konkretów, zabrania liczenia na paluszkach, ponieważ podstawa programowa dla dzieci w tym wieku tego nie przewiduje. Taka sytuacja może mieć miejsce na każdym poziomie nauczania. To rozwiązanie nie jest dobre dla nikogo: ani dla słabszych, ani dla zdolniejszych.

Szkoła, którą dziś mamy, powstała kilkaset lat temu. A świat, w którym żyjemy, jest zupełnie inny od tamtej rzeczywistości. Czy dzieci są w ogóle gotowe do uczestnictwa w tym „nowym wspaniałym świecie”?

Ludzki mózg charakteryzuje się tym, że może przystosować się do każdego środowiska, w jakim przyjdzie mu funkcjonować. Inaczej będzie się rozwijało dziecko, które żyje w Afryce na pustyni, a inaczej takie, które się urodziło i mieszka w Nowym Jorku, otoczone cyfrowymi gadżetami. Musimy pamiętać, że potencjał mózgów dzieci jest ogromny. My, dorośli, narzucając dzieciom nasze cele, te niesamowite możliwości mózgu wygaszamy.

Dziś nasze szkoły formatują mózgi dzieci. Nauczyciele mają dostosować uczniów do z góry ustalonych parametrów. Gdy coś wychodzi poza ramy, jest natychmiast uśredniane. W efekcie ścinamy tych najlepszych oraz ich uzdolnienia. Gama tego, co w szkole uchodzi dziś za talent, jest bardzo ograniczona. Tymczasem w świecie, w którym tym młodym ludziom przyjdzie żyć, bardzo różne rzeczy są uznawane za talenty. Na przykład wielu uczniów cechuje niesamowita empatia, zdolności przywódcze lub organizacyjne – dziś tak bardzo potrzebne na rynku pracy.

Jeden uczeń jest szybki, a inny pracuje powoli, bo najpierw musi wszystko przeanalizować. Nietrudno wymienić szereg zawodów, w których taki sposób myślenia i działania jest pożądany. Tyle że w szkole takie dziecko na teście wypada słabo. Jest po prostu uznawane za głupie lub, co gorsza, samo sobie przypina taką łatkę. A jak sobie taką łatę przypniemy, to nie możemy już wykorzystać tkwiącego w nas potencjału. Uważając, że jesteśmy do niczego, wycofujemy się i nie podejmujemy prób zdobywania świata. To zamyka drogę dostania się na lepszą uczelnię, czy ubiegania się o awans zawodowy.

Jednym z powszechnych mitów edukacyjnych jest przekonanie, że dzieci uczą się tylko w szkole. Tymczasem badania pokazują, że quantum wiedzy zdobywanej w szkole gwałtownie maleje. W jaki sposób zdobywamy pozostałe zasoby wiedzy?

Mózg uczy się cały czas. Równie efektywnie, o ile nie bardziej, uczymy się poza szkołą. Rzeczywiście, badania amerykańskie  pokazują, że większość posiadanej przez nas wiedzy i umiejętności zdobywamy poza szkołą.

Istnieje wiele sposobów uczenia się. W szkole uczymy się zazwyczaj wykorzystując kanał jawny oparty na przekazie werbalnym i wizualizacji.. Potencjał uczenia się jest tu mocno ograniczony. Ten tryb jest dużo mniej efektywny niż kanał utajony.

Skoro szkoła nie nadąża za nowinkami edukacyjnymi – ma Pani jakieś wskazówki dla rodziców? Jak, wykorzystując wiedzę o pracy mózgu, mogą oni wzbudzić w swoich dzieciach motywację do samodzielnego zdobywania wiedzy w szkole i poza szkołą?

Rodzice mogą bardzo mocno stymulować rozwój dziecka. Struktura naszej wiedzy opiera się na fundamencie cielesnych doznań fizycznych. Dziecko, które się rodzi, poznaje nowe pojęcia, patrzy, chłonie otaczający je świat wszystkimi zmysłami. Uczy się za pośrednictwem bazy doświadczalnej, na którą składa się szereg zdarzeń, np. puszczanie latawców, budowanie z klocków, wrzucanie kamyków do wody, dotykanie przedmiotów, budowanie zamków z piasku, budowanie tamy, obserwowanie piętrzącej się wody itp.

Ta gama nabytych doświadczeń cielesnych, wchodzenie w interakcje ze światem, z różnymi substancjami, tworzy w mózgu fundament, na którym można oprzeć konstrukcję zdobywanej później wiedzy. Jakość tego fundamentu zależy głównie od rodziców i od jakości środowiska edukacyjnego, jakie stworzą dla swoich dzieci. Wspólne spacery, gotowanie, czytanie książek, rozmowy, interakcje z innymi dziećmi itd., wszystko to decyduje o tym, czy dziecko będzie później potrafiło rozumieć pojawiające się w szkole abstrakcyjne pojęcia..

Badania neurobiologów pozwalają dziś lepiej zrozumieć idee głoszone przez konstruktywistów. Nie można rozumieć abstrakcji, jeśli nie ma fundamentu opartego na doznaniach cielesnych i na fizycznym poznawaniu świata. Mózg potrafi przetworzyć tylko te informacje, którym potrafi nadać znaczenie. Oznacza to, że możliwość przetwarzania podanych w szkole informacji nie zależy od dobrej woli dziecka, ale od jego dotychczasowych doświadczeń.

*dr Marzena Żylińska – specjalizuje się w metodyce i neurodydaktyce, jest propagatorką wprowadzenia do szkół nowej, opartej na osiągnięciach neuronauk, kultury edukacyjnej. Wykłada w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Toruniu. Autorka książki „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”, wydanej przez Wydawnictwo Naukowe Uniwersytety im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Prowadzi blog „Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce”