Newsletter

A Majdan czeka i wierzy

Łukasz Kołtuniak, 05.03.2014
Janukowycz powinien był już wcześniej wziąć sobie do serca tytuł książki swojego politycznego mentora, Leonida Kuczmy: "Ukraina to nie Rosja"

Strona 1

Janukowycz powinien był już wcześniej wziąć sobie do serca tytuł książki swojego politycznego mentora, Leonida Kuczmy: Ukraina to nie Rosja

Wydarzenia na Ukrainie nabrały rozpędu, który był szokiem zarówno dla samych Ukraińców, jak i zagranicznych obserwatorów. Sytuacja wciąż jest bardzo płynna, ale z końcem lutego można było z czystym sumieniem powiedzieć, że epoka rządów tandemu Janukowycz-Azarow należy do przeszłości.

Teraz jednak pojawiło się pytanie, które jeszcze niedawno wydawało się nie do pomyślenia: Czy Rosja zdecyduje się na interwencję, inaczej mówiąc „bratnią pomoc?”

Czy Putin postradał zmysły?

Gdy Ukraińcy obalili prezydenta Janukowycza jasne stało się, że Rosja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Jasne było też, że prawdziwy „głos Moskwy” poznamy dopiero wtedy, gdy zakończy się olimpiada w Soczi. Takiej reakcji nie spodziewali się jednak chyba nawet najwięksi pesymiści. Można się było liczyć z rosyjskimi dążeniami do podminowania pozycji nowej władzy w Kijowie. Myśleliśmy jednak, że żyjemy w roku 2014 a nie 1968. Teraz nie możemy już być tego tacy pewni.

W momencie, gdy powstaje niniejszy artykuł (3 marca, wieczór) otwarte pozostaje pytanie, czy Putin naprawdę zamierza interweniować zbrojnie, czy tylko mówi „sprawdzam”. Niestety okazuje się, że Zachód ma tak naprawdę niewielkie możliwości działania. Nie oszukujmy się: trzecia wojna światowa nam nie grozi. NATO nie zainterweniuje zbrojnie na Ukrainie.

Jakie możliwości ma więc Zachód? Sankcje gospodarcze może raczej zastosować Rosja. Ewentualna izolacja polityczna kraju Putina też jest wątpliwa, gdyż wiele wschodzących potęg, w tym Chiny, nie przyłączyłoby się do niej. Jako społeczność międzynarodowa powinniśmy jednak pokazać Putinowi, że hojnie udzielająca „bratniej pomocy” Rosja nie ma czego szukać na salonach. A jeżeli Putin zamiast spotkań z Barackiem Obamą czy Angelą Merkel woli razem z wenezuelskim prezydentem Maduro spać przy grobie Chaveza, to już jego problem.

Po drugie, wobec faktu, iż Rosja raczej nie zdecyduje się na atak na całe terytorium Ukrainy, być może warto ją postraszyć szybkim przyjęciem Kijowa i Tbilisi do NATO. Podjęcie tego kroku natychmiast, jak proponuje Janusz Palikot, oznaczałoby oczywiście pewną wojnę światową.

Ale w perspektywie roku czy dwóch rozciągnięcie artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego na terytorium Ukrainy mogłoby skutecznie zniechęcić Rosję do podobnych akcji. I byłoby potężną porażką Kremla. Poza tym należałoby zagrozić rosyjskiej elicie natychmiastowymi sankcjami wizowymi i blokadą kont bankowych. Straszak ten był skuteczny w czasie wojny z Gruzją.

Czy to wystarczy, żeby powstrzymać Putina? Ciężko powiedzieć. Tyle może zrobić Zachód bez wikłania się w zbrojny konflikt globalny. Zachowanie kremlowskiej elity stwarza obawy, że wojna wybuchnie właśnie z powodu jej ekscesów. Winston Churchill powiedział, że kto chce mieć hańbę zamiast wojny, będzie miał i hańbę, i wojnę. Jednak po 1945 roku jakakolwiek wojna światowa może oznaczać atomową zagładę ludzkości. Żeby więc uniknąć takiego scenariusza konieczne są stanowcze działania wyprzedzające. Na chwilę obecną oznacza to twardy komunikat: „Ręce precz od Ukrainy”.

Tymczasem, mimo rosyjskich gróźb, w Kijowie działa już w najlepsze nowy rząd Arsenija Jaceniuka. Spróbujmy zatem rozważyć kilka aspektów ukraińskiej rewolucji licząc, że nie obali jej „bratnia pomoc”.

Przegrany Janukowycz?

Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się, że prezydent Janukowycz, przy wszystkich swoich przewinach, może przejść do historii jako ten, za którego kadencji otwarta została dla Ukrainy ścieżka integracji europejskiej. Stało się inaczej. Odchodzi jako krwawy tyran, a słynne materiały z willi pod Kijowem pozbawiają go poparcia chyba nawet w jego mateczniku na Wschodzie Ukrainy.