Newsletter

Mój AJL

Aleksander Kaczorowski, 25.02.2014
Kim jest dla mnie AJL? Najkrócej mówiąc, najlepszym, jakiego tylko mógłbym sobie wymarzyć, przewodnikiem po czeskiej kulturze, polityce i historii XX wieku

Z okazji 90. urodzin Antonína J. Liehma (2 marca 1924).

Kim jest dla mnie AJL? Najkrócej mówiąc, najlepszym, jakiego tylko mógłbym sobie  wymarzyć, przewodnikiem po czeskiej kulturze, polityce i historii XX wieku

Jeśli ktoś napisze kiedyś książkę o polityce kulturalnej czechosłowackiej opozycji socjalistycznej w latach 1969-89, Antonín J. Liehm będzie jednym z jej głównych bohaterów, wraz z Jiřím Pelikanem i Milanem Kunderą. Najzwięźlej program tej polityki ujął Kundera w artykule „Radykalizm i ekshibicjonizm”, opublikowanym w sześć miesięcy po inwazji radzieckiej na Czechosłowację w miesięczniku „Host do domu”. Zdaniem autora „Żartu” przyszłe działania należało skoncentrować wokół trzech celów: 1) umieścić czechosłowackie wydarzenia w kontekście geopolitycznym i historycznym i wypracować koncepcję czechosłowackiej szansy, 2) zrozumieć że owa czechosłowacka szansa może się ziścić tylko przy poparciu „światowej, antystalinowskiej lewicy”, i dlatego musi mieć światowe znaczenie i zasięg, 3) wypracować przemyślaną, racjonalną politykę, która zapobiegłaby „reakcyjnemu (neostalinowskiemu) zwrotowi” i umożliwiła stopniową realizację czechosłowackiej szansy.

Punkt pierwszy tego programu najpełniej zrealizował sam Kundera po swym wyjeździe do Francji w 1975 roku. Jego emigracyjna twórczość powieściowa i eseistyczna zmieniła postrzeganie naszego regionu przez opinię publiczną na Zachodzie – to on wprowadził do światowego obiegu intelektualnego koncepcję „porwanego Zachodu”, czyli Europy Środkowej, sprostytuowaną po 1989 roku przez magów geopolityki i menedżerów z globalnych korporacji. Kundera-Kissinger-Coca-Cola – tyle zostało ze środkowoeuropejskiego mitu, ale nie sposób mieć o to pretensji do Kundery (choć nietrudno zrozumieć, czemu nie zgadza się na wznawianie swego słynnego eseju).
Punkt drugi (ale i pierwszy) najkonsekwentniej realizowało środowisko wydawanych od 1971 roku w Rzymie „Listów”, kontynuujących tradycję praskich „Listów”, „Literárních listów” i „Literárních novin”. Doskonale rozumiał to Jiří Pelikan, założyciel pisma i poseł do Parlamentu Europejskiego pierwszej i drugiej kadencji. Doskonale rozumiał to Antonín J. Liehm, twórca polityki kulturalnej „Listów”. Obydwaj wiedzieli, że czechosłowacką szansę należy utożsamić z szansą europejską.

W 1968 roku Czechosłowacja i Europa nie miały takiej szansy. Pojawiła się ona dwadzieścia lat później wraz do dojściem do władzy w ZSRR Gorbaczowa. Dlatego właśnie próba wypracowania polityki, która zapobiegłaby „reakcyjnemu (neostalinowskiemu) zwrotowi” w 1969 roku była skazana na porażkę. „Wtargnięcie wojsk radzieckich do Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku było jawnym dowodem na to, jak bardzo kierownictwo partyjne Związku Radzieckiego obawiało się reform i związanego z nimi politycznego ryzyka – pisze rosyjski politolog Borys Kagarlicki w książce „Imperium peryferii. Rosja i system światowy”. – Rozpoczęty w Czechosłowacji proces reform gospodarczych według radzieckiego modelu [z lat 1964-65, mającego na celu stworzenie bardziej elastycznego, zdecentralizowanego systemu administrowania gospodarką - AK] kulminował w kryzysie politycznym. Społeczeństwo przechodziło gwałtowne przeobrażenia, przybierając cechy demokratycznego socjalizmu, wyraźnie różne od radzieckiego modelu lat trzydziestych. Władze Związku Radzieckiego przez pewien czas się wahały, jednak latem 1968 roku ostatecznie stało się jasne, że ów proces może zaowocować poważnymi przemianami w krajach bloku wschodniego, a następnie w samym ZSRR. Reformy w Czechosłowacji zostały zdławione przy  użyciu wojska, a ich zwolenników zmuszono do milczenia”. Jednakże „to, że decyzja [Moskwy] o rezygnacji z reform była ostateczna, stało się jasne dopiero później. W latach 1968-1969 sytuacja wcale nie była tak klarowna. Nawet w Czechosłowacji radzieckie władze nie posunęły się do tego, by siłą usunąć ze stanowisk tamtejszych liderów partii komunistycznej. Ten ambiwalentny stan utrzymywał się prawie rok: reformatorzy zachowywali swe stanowiska, siły okupacyjne wywierały na nich presję, zaś rady robotnicze w fabrykach oraz ruch studencki domagały się radykalizacji rozpoczętych przemian”.

W takim kontekście należy czytać słynną polemikę Milana Kundery i Václava Havla o znaczenie „czeskiego losu” z 1968/69 roku. „Radykalizm i ekshibicjonizm” był, jak wiadomo, odpowiedzią na artykuł Havla „Czeski los?”, opublikowany w lutym 1969 roku w miesięczniku „Tvář” (i będący z kolei polemiką z esejem Kundery „Czeski los” z grudniowego numery „Listów”). Kilka miesięcy później wszystkie te trzy pisma zostały zamknięte, z czego po latach łatwo było wysnuć wniosek, że to Havel miał rację w owym sporze o ocenę znaczenia czechosłowackiej Wiosny i czechosłowackiej Jesieni. Im bardziej niezrozumiały stawał się kontekst historyczny polemiki dwóch najsłynniejszych czeskich pisarzy, tym bardziej urastała ona do rangi symbolu – oto w godzinie próby jeden który z nich niezłomnie wierzył w demokratyczną przyszłość swojej ojczyzny, podczas gdy drugi ukazał swoje oblicze komunisty, nie umiejącego pozbyć się dawnych złudzeń. Jakże łatwo było przed ćwierćwieczem – i jak łatwo jest dziś – utożsamiać się z Havlem, który jakoby nigdy nie podzielał złudzeń osmašedesátníků (ludzi ‘68): podczas gdy ludzie tacy, jak Kundera czy właśnie Antonín J. Liehm roili o socjalizmie z ludzką twarzą, on – już na dwadzieścia lat przed upadkiem komunizmu – domagał się „normalności”.

Sam przed laty uległem takiej pokusie i nie bardzo rozumiałem, co miał na myśli AJL, gdy wkrótce po opublikowaniu w „Listach” mojego artykułu poświęconego Milanowi Kunderze („Tak žertují dějiny”, 6/1999) przysłał mi życzliwą reprymendę: „Łatwo dziś oceniać, kto wtedy miał rację z dzisiejszego punktu widzenia. Trudniej zrozumieć, dlaczego zajęli odmienne stanowiska. Havel krytykując stosunki społeczne zawsze postrzegał je z zewnątrz, z innego punktu widzenia, czerpiąc z innych doświadczeń, czyli po prostu inaczej. Jego stanowisko jest więc jakoś czystsze, ponieważ nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z tu i teraz. Kundera natomiast skupia się wyłącznie na owym tu i teraz, przeczuwa, co może nadejść, mianowicie normalizacja, i stara się dać ludziom perspektywę, chęć i możliwość wpływu na bieg wypadków. Decyduje się na emigrację z trudem i dopiero wtedy, gdy widzi, że ta możliwość zniknęła. A i to dopiero po dwóch latach pobytu we Francji. Jak łatwo dziś uznać to za iluzję. Havel przeciwnie – dostrzega możliwość, także dla siebie, w odległej przyszłości, jednakże owa możliwość musi nadejść z zewnątrz”.

Kiedy owa „możliwość z zewnątrz” rzeczywiście nadeszła, przyszły czechosłowacki prezydent uwierzył – w swoim i w naszym imieniu – że socjalizm „właściwie już zupełnie nic nie znaczy (Václav Havel, Zaoczne przesłuchanie, Przekład Jacek Illg, Warszawa 1989, s. 7); że był to jego i w naszych biografiach epizod bez znaczenia, o którym lepiej zmilczeć, ot, grzech młodości, w rodzaju tych, jakich nie może uniknąć żaden normalny, dojrzewający mężczyzna. „Zawsze byłem zwolennikiem socjalizmu, rozumianego jako uspołecznienie środków produkcji – mówił 32-letni Havel w rozmowie z Antonínem J. Liehmem 4 kwietnia 1968 roku. – Klucz do tego przekonania, tak jak stopniowo we mnie narastało, upatruję we wczesnym dzieciństwie, w tym wstydzie z powodu wszystkich przywilejów, jakimi się wtedy cieszyłem. Sam pan widzi, że nie ma w tym nic oryginalnego. Najradykalniejsi socjaliści często pochodzili właśnie z takich rodzin”(Antonín J. Liehm, Generace, Praha 1990, s. 307).

Tego samego dnia w „Literárních listach” ukazał się artykuł Havla „Na temat opozycji” (Na téma opozice), w którym postulował zniesienie kierowniczej roli partii komunistycznej i utworzenie systemu dwupartyjnego, z udziałem partii socjalistycznej, której celem powinno być, „ujmując rzecz patetycznie, moralne odrodzenie narodu”. „Jedyną autentycznie konsekwentną i w naszych warunkach rzeczywiście wiodącą do celu drogę do osiągnięcia ideału demokracji socjalistycznej upatruję – argumentował Havel – w odnowionym i odpowiadającym socjalistycznej strukturze społecznej modelu dwóch partii”.

Takie właśnie opinie Havla miał na myśli Kundera, pisząc o jego „ekshibicjonizmie” i przeciwstawiając mu „radykalizm”. Postulat zniesienia kierowniczej roli partii nie miał w ówczesnych realiach najmniejszego sensu – nie tylko ze względu na uwarunkowania geopolityczne, i nie tylko dlatego, że to właśnie reformatorskie siły w samej partii były motorem reform. Przede wszystkim „partia komunistyczna i jej kierownictwo w dalszym ciągu zdecydowanie panowali nad sytuacją, jakkolwiek w bardziej demokratycznych warunkach 1968 roku ta ich kontrola nie była absolutna ani też realizowana za pomocą środków przymusu” – pisał Harold Gordon Skilling w książce „Czechoslovakia’s Interrupted Revolution” (1975). Problem polegał na tym, że pojawiła się hipotetyczna możliwość, że „w perspektywie dynamika procesu rewolucyjnego w Pradze mogła doprowadzić do stopniowej erozji socjalizmu oraz do utraty władzy przez komunistów”. To zaś godziło w żywotne interesy Moskwy i jej wasali w całym bloku wschodnim.

Wystarczy przejrzeć gazety z tamtego okresu, by zrozumieć, dlaczego skrytykowali wtedy Havla nawet ludzie odlegli od komunizmu czy socjalizmu, jak choćby Emanuel Mandler. – To jasne, że partia nie odda władzy.  Wystarczy spojrzeć na mapę, by zrozumieć, dlaczego – pisał Antonín J. Liehm na łamach „Literárních listów” w czerwcu 1968 roku. „Kto tego nie widzi, albo nie rozumie, ten jest idiotą albo prowokatorem (…) Na partii spoczywa obowiązek rozszerzenia formuły Frontu Narodowego w taki sposób, by znalazły w nim miejsce nowe inicjatywy społeczne i polityczne. Nowy rząd, utworzony przez Front Narodowy, rozpisałby wybory do Zgromadzenia Konstytucyjnego, to zaś, wyłonione w demokratycznych wyborach, powinno otrzymać dwuletni mandat na przygotowanie nowego porządku konstytucyjnego państwa; po tym czasie projekt zostałby poddany ogólnonarodowemu referendum”.

AJL miał nadzieję, że stosowne decyzje zapadną na nadzwyczajnym XIV zjedzie partii, zaplanowanym na wrzesień 1968 roku. W inny razie – pisał publicysta, w owym czasie mianowany już redaktorem naczelnym „Lidovych novin” – kraj znajdzie się ponownie pod rządami „niczym nie zawoalowanej dyktatury partii (to znaczy jej aparatu)”. – Wiedzieliśmy tylko, czego nie chcemy, to była ucieczka do przodu – wspominał w rozmowie ze mną w 1998 roku. – Jedyną nadzieją wydawało nam się to, że jeśli szybko przeprowadzimy reformy, jeśli we wrześniu odbędzie się zjazd partii, na którym w istocie przekształciłaby się ona w socjaldemokrację, to będzie już za późno na rosyjską interwencję. Ale i Breżniew to rozumiał: że we wrześniu nie będzie już u nas partii komunistycznej, która mogłaby „poprosić” bratnie wojska o wsparcie.
*
Pozwoliłem sobie na ten przydługi wstęp historyczny, by uświadomić tym spośród czytelników, którzy przypadkiem jeszcze tego nie wiedzą, jak kluczową dla rozumienia czechosłowackich dziejów w XX wieku postacią jest Antonín J. Liehm. Jeśli zgodzić się z Eric Hobsbawmem, że wiek XX był „krótki stuleciem” (1914-1989), to urodzonego w 1924 roku Dalimila już dziś należy uznać za stulatka. Był wszędzie, znał wszystkich, uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach – albo przynajmniej miał na ich temat przemyślaną opinię, czego znakomitym świadectwem są jego rozmowy z najwybitniejszymi czeskimi i słowackimi pisarzami (Generace, 1969) oraz felietony, zebrane w książkach „Minulost v přítomnosti” (2002) i „Názory tak řečeného Dalimila” (2014). „Pierwszy raz pojechałem do ZSRR w maju 1949 roku – jako kurier, do ambasady – opowiadał mi pół wieku później, gdy odwiedziłem go w Paryżu. – Minister spraw zagranicznych Clementis, którego wcześniej znałem, wziął mnie do swego biura prasowego. Artur London, wtedy szef kadr w MSZ, zatelegrafował do Moskwy, żeby się tam mną zajęli, oprowadzili po mieście. Oczywiście gdy ambasador dostał taki telegram i zobaczył dwudziestoparoletniego chłopaka, pomyślał, że przyjechał rewizor. Zaprosił więc mnie na kolację, załatwił wejściówkę na trybunę podczas defilady na placu Czerwonym, widziałem Stalina. Potem w hotelu jedliśmy kawior i wspaniałe lody. Wróciłem zachwycony”.

Pięć miesięcy później został bez pracy, ostrzyżony na zero i wcielony do wojska. „Byłem już wtedy żonaty, miałem dwoje dzieci, trzecie w drodze – wspominał. – W wojsku powiedziałem sobie: błąd nie tkwi w nich, błąd musi tkwić we mnie. Przez dwa lata rozpaczliwie próbowałem stać się wierzącym komunistą. Napisałem wtedy rzeczy, z których dziś nie jestem dumny. Tak to trwało do śmierci Stalina”.

A skąd w ogóle wziął się w partii? „Wciągnął mnie do niej starszy kolega. To był właściwie przypadek, miałem dwadzieścia lat, była wojna, a ja chciałem coś robić. Było w tym też coś z młodzieńczego buntu – mój ojciec był zamożnym adwokatem, zwolennikiem narodowej demokracji”.

Jakże ten los przypomina biografie bohaterów „Żartu” Kundery. „Tak naprawdę to prosta sprawa. Pochodziłem z bogatej rodziny. Ojciec miał olbrzymi majątek ziemski, matka była Niemką, wyrastałem w środowisku czesko-niemieckim na południowych Morawach. Wszyscy moim koledzy byli ode mnie biedniejsi. Było mi z tym źle, chciałem być jednym z nich. Po wojnie nawet prezydent Edvard Beneš mówił o demokracji socjalistycznej. A komuniści stanowili jej najradykalniejszy element. To, co stało się po lutym 1948 r., było szokiem dla mojego pokolenia. Szybko dano mi do zrozumienia, że jestem „synem burżuja”, który się do partii „wślizgnął”. To mi uświadomiło, że coś w partii jest nie tak, bo przecież ja najlepiej wiedziałem, że nie jestem jej wrogiem. Wątpliwości zagłuszałem entuzjazmem – aż do ujawnienia zbrodni stalinowskich. To był olbrzymi wstrząs. Skoro takie rzeczy były możliwe, znaczyło to, że potrzebna jest głęboka rewizja. I ta rewizja stopniowo zrodziła Praską Wiosnę”.

Nie, to nie jest fragment znakomitej powieści Kundery. To wypowiedź jego przyjaciela z gimnazjum, Jaroslava Šabaty („Byliśmy młodymi komunistami z jednej paczki – wspominał w rozmowie ze mną jesienią 1998 roku. – Zawsze mi powtarzał: Jarku, ty bierzesz wszystko za poważnie. Miał rację”).

To właśnie za sprawą takich ludzi, jak Liehm, Kundera czy Šabata możliwa była Praska Wiosna. „Już niedługo wyjdą z mody pytania w rodzaju: ‘Jak mogliście? Jak to możliwe, że nie wiedzieliście?’. Ciekawsze okaże się pytanie: ‘Jak zdołaliście wygrzebać się własnymi siłami z tej dziury, bez wielkich nadziei na sukces, jakim kosztem, i stworzyć to, czego dokonaliście?’ Jak wiesz z historii (i to nie tylko z historii literatury) to pytanie jest koniec końców znacznie ciekawsze – pisał AJL w liście do mnie z grudnia 1998 roku.

Prawdę mówiąc, wątpię, by dociekanie ludzkich motywacji kiedykolwiek stało się popularniejsze, niż potępianie domniemanych winowajców. Świat wydaje się znacznie prostszy, gdy wierzymy, że Jan Palach spalił się w proteście przeciw okupacji radzieckiej (a nie z powodów, które podał w swoim liście – i gdy nie rozumiemy, na czym polega różnica); gdy wierzymy, że bracia Mašínowie byli bohaterami antykomunistycznego ruchu oporu; gdy wierzymy, że Václav Havel od urodzenia był zwolennikiem demokracji liberalnej i wolnego rynku. Albo że – jak powiedział AJL w rozmowie, którą prowadziliśmy przed 15 laty w paryskiej redakcji „Lettre International” – „Praska Wiosna była ostatnią próbą ocalenia komunizmu, która na szczęście się nie powiodła, przyszli Rosjanie i dzięki temu dziś mamy wolność. Śmiejesz się i cały świat wie, że to idiotyzm – tylko nie Czesi. Bo Praską Wiosnę usunięto z czeskiej pamięci zbiorowej. Zdyskredytowano ją, żeby przeforsować klausowski liberalizm”.
*
Jeśli ktoś zechce kiedyś napisać książkę o tym, jak kilkunastu czeskich pisarzy i dziennikarzy uratowało honor rodzimej kultury i rozsławiło ją na cały świat; jeśli ktoś będzie ciekaw, w jaki sposób udaremnili wysiłki tych, którzy próbowali ją zsowietyzować, to znaczy wypatroszyć jej europejskiego ducha; jeśli ktoś zapragnie oddać hołd ludziom, którzy zbłądzili, lecz odnaleźli drogę do wolności, i pociągnęli za sobą piętnaście milionów rodaków – z pewnością będzie musiał sięgnąć po artykuły i książki Antonína J. Liehma. Tak się szczęśliwie składa, że jest to nie tylko wyjątkowo  inteligentna, lecz także dowcipna i żywa lektura.

Powinienem się wreszcie wytłumaczyć, dlaczego w ogóle piszę ten tekst. Nie mam ambicji streszczania tutaj całego życiorysu dostojnego jubilata; może uda się następnym razem, np. za dziesięć lat, jeśli redakcja „Listów” odda mi do dyspozycji cały numer. Nie chciałbym też zanadto skupiać się na osobistych refleksjach i wspominankach. Każda rozmowa z AJL była dla mnie wielki darem; chętnie napisałbym, że czuję się w jakiejś mierze jego uczniem, i że uważam go za swego mistrza, ale moje dotychczasowe mizerne osiągnięcia niespecjalnie upoważniają mnie do głoszenia takiego powinowactwa. Nie pozostaje mi więc nic innego, niż przyznać, że podczas naszych rozmów – czy to w Paryżu, czy w Pradze, czy to w zaśnieżonym pociągu z Sejn do Warszawy, czy w rozpalonym jak patelnia autobusie znad Balatonu do Budapesztu, podczas naszych wspólnych (środkowo)europejskich peregrynacji – nieraz miałem poczucie, jakby był mądrym, znającym życie dziadkiem (którego nigdy nie miałem).

Ten tekst i tak jest już za długi. Nie pozostaje mi więc nic innego, Tondo, niż w tym miejscu obiecać Ci, że napiszę historię czechosłowackiej opozycji socjalistycznej i jej polityki kulturalnej, historię „Listów” i „Lettre International”. Twoją historię.

I mam nadzieje, że znów coś pokiełbaszę. Ty znów mnie poprawisz.

„Listy” 1/2014

*Aleksander Kaczorowski – eseista i tłumacz literatury czeskiej, redaktor naczelny kwartalnika Aspen Review Central Europe