Newsletter

Nie zmienimy ludzi, zmieńmy system

Mark Allen, 19.07.2012
Chciwość jest ludzką cechą, a praca w miejscu, gdzie są duże pieniądze, tylko ją wzmaga. Porażką ostatniego kryzysu nie jest więc fakt, że bankierzy zachowali się nieetycznie, ale że nie było systemu kontroli, który zabroniłby im to zrobić

Podczas pierwszego kryzysu z 2008 roku, oczy świata zwrócone były na bankierów. To oni byli negatywnymi bohaterami recesji. Teraz, dla odmiany, opinia publiczna surowo patrzy na działania rządów, które wini się za kolejne odsłony kryzysu.

To niewiarygodne, że sektor finansowy zachowuje się tak, jakby wszystko było już za nimi. Po prostu biznes jak co dzień. Poziom wynagrodzeń – pensji i bonusów – jest wciąż wysoki. Jak bankierom udało się uniknąć odpowiedzialności, można by się zastanawiać? I dlaczego teraz to rządy są „na tapecie”, jeśli chodzi o odpowiedzialność za finansowe problemy świata? Przecież to właśnie rządy musiały ratować instytucje finansowe, kiedy te przestały dawać sobie radę. Gdyby nie dotacje od rządów, koszt bankructwa całego sektora finansów byłby ciosem dla światowej ekonomii. Jeśli więc mamy kryzys długu publicznego w Ameryce i Europie, to z powodu środków, jakie rządy poszczególnych krajów musiały zastosować m.in. w celu ratowania banków. To nie było szukanie zysków i podejmowanie ryzykownych decyzji, tylko sprzątanie bałaganu, który zostawił po sobie sektor finansowy. Wielka Brytania jest świetnym tego przykładem. Jesteśmy świadkami  ogromnych cięć w wydatkach publicznych, wynikających z kosztów, jakie państwo poniosło ratując upadające brytyjskie banki. Zastrzyk finansowy dostały przecież Royal Bank of Scotland (RBS), Lloyds TSB i HBOS. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że wszyscy tak łatwo to przełknęli, a banki wróciły do swojej poprzedniej działalności.

Dla mnie to nie jest kwestia etyki. Chciwość jest ludzką cechą, a praca w miejscu, gdzie są duże pieniądze, tylko ją wzmaga. Porażką ostatniego kryzysu nie jest więc fakt, że bankierzy zachowali się nieetycznie, ale że nie było systemu kontroli, który zabroniłby im to zrobić. Ciężko jest zmienić ludzi, trzeba więc zmienić sposób ich nadzorowania. Przecież większość bankierów-seniorów wcale nie uważa, że zachowała się nieetycznie! Kryzys finansowy to przede wszystkim porażka polityków, którzy nie potrafili ustanowić właściwych zasad dla prawidłowego funkcjonowania sektora finansowego. Pozwolono na wydatkowe ekscesy. Oczywiste jest, że każde plany ujarzmienia świata finansów spotkają się z oporem, zwłaszcza że te instytucje mają dodatkowo silne, finansowe lobby. Tym trudniej wprowadzać te zmiany, im bardziej „techniczna” jest problematyka. A sektor finansowy jest wysoko wyspecjalizowany, techniczny; w grę wchodzą też ogromne pieniądze. Stąd ciężko o wyważoną opinię. Ludzie mają tendencje, żeby wykorzystywać argumenty ekonomiczne do przekonania o własnych racjach. W Polsce, na przykład, dzieje się tak przy okazji reformy OFE.

W trudnych sprawach politycy mawiają: „Tylko decyzje mają konsekwencje. Jeśli nie podejmujesz decyzji, nie ma konsekwencji”. Fundamentalny problem to fakt, że sektor finansowy zdominowany jest przez instytucje, które są zbyt duże, by upaść. Wprawdzie pozwolono na bankructwo Lehman Brothers i w gruncie rzeczy była to najbardziej etyczna rzecz, jaką można było zrobić. Jeśli amerykański bank inwestycyjny nie zniknąłby z rynku, żadne ze zmian w regulacjach finansów nie miałyby miejsca. Za to krach, który nastąpiłby później, byłby pewnie o niebo większy. To była trudna decyzja, ale nie gorsza od alternatyw. Kiedy więc Lehman Brothers upadł, zauważono, że najróżniejsze korelacje, które łączyły go z innymi instytucjami, były nie do ogarnięcia. Nikt nie wiedział już, kto był zadłużony u kogo. Ten przykład pokazał nam, że zbyt mało wiemy o relacjach między instytucjami, a produkty finansowe oferowane przez banki są zbyt skomplikowane.

Na szczęście, udało się wyciągnąć pewne wnioski. Powoli wprowadzany jest porządek zmian, który wcielają w życie międzynarodowe organy nadzoru. Na przykład, amerykańska reforma Dodd-Frank Act zaostrza znacząco przepisy, według których działają rynki finansowe. Także Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego wzmocnił zapisy, m.in. wymagając od banków, żeby miały więcej kapitału własnego, a także kontrolując ich płynność finansową. Z drugiej strony, te działania nie docierają do źródła problemu, czyli systemu motywacji finansowej, jaką stosują banki. Żeby ograniczyć to rozpasanie, trzeba działać i to nie tylko na polu ustawodawstwa, ale też myśli. Na przykład, w Wielkiej Brytanii akademicy wreszcie wyszli z bibliotek i spoza zastanego „paradygmatu” wolnego rynku (zawsze jak słyszę to słowo, mam ochotę złapać za rewolwer!) i zaczęli na nowo definiować zasady rządzące publicznymi wydatkami. W ostatnich analizach Lorda Adaira Turnera (przyp. red. szef brytyjskiej Financial Services Authority) mocno widać zmianę w podejściu do instytucji finansowych i ich wkładu do życia społecznego i dobrobytu. Podobny pogląd, oparty o mocne podstawy naukowe, dzieli np. Andy Haldane, Executive Director for Financial Stability w Bank of England.

Co więc musi się zmienić? Potrzebujemy nie tyle etyki, co transparentności i prostoty. I to mimo że opór sektora jest silny. Nie możemy już sobie pozwolić, żeby banki oferowały tak skomplikowane instrumenty, że sami bankierzy, co dopiero klienci, nie rozumieją ryzyka z nimi związanego i nie znają konsekwencji ich działania. To po prostu zbyt niebezpieczne. Pewne działania na wolnym rynku są proste i oczywiste. Jeśli sprzedaję parasolki, a akurat pada deszcz, sprzedam je szybko – konsument będzie miał zapewnioną ochronę przed deszczem, a ja pieniądze na życie. W większości przypadków, nikt nie będzie stratny, bo producenci i konsumenci są kompatybilni. Jeśli chodzi o produkty finansowe, to najczęściej nie zwiększają one dobrobytu obywateli. Są za to podatne na bańki spekulacyjne. Dlatego największym wyzwaniem dla regulatorów jest kontrola sektora finansowego przed nim samym. Tak, żeby nie powtarzać sytuacji, kiedy nie tylko nie wspiera on gospodarki, ale staje się dla niej ciężarem. Instytucje będą upadać, ale musimy wiedzieć dokładnie co nas czeka, kiedy to nastąpi. A im bardziej przejrzysty system i mniejsze powiązania między instytucjami, dużo łatwiej jest uniknąć błędów.