Newsletter

Prezydent kontra prezydent

Kazimierz Bem, 21.02.2014
Amerykanie nie mają monarchii ani arystokracji per se. Jeśli już, to mają raczej polityczne dynastie, które dominują w lokalnej czy stanowej polityce

Marlborough, 18 lutego 2014

Amerykanie nie mają monarchii ani arystokracji per se. Jeśli już, to mają raczej polityczne dynastie, które dominują w lokalnej czy stanowej polityce. Niektóre z nich, jak Freylinghausenowie w stanie New Jersey czy Cabotowie w Massachussetts, swymi korzeniami sięgają nawet XVIII wieku. Inne, np. rodzina Taftów w Ohio, Rooseveltów, Rockerfellerów w Nowym Jorku czy Kennedych w Bostonie, od XIX wieku z mniejszym lub większym powodzeniem uczestniczą w stanowych rozgrywkach.

Natomiast jeśli chodzi o prezydenturę, to w historii USA tylko dwie rodziny doczekały się sytuacji, w której i ojciec, i syn był prezydentem: Adamsowie (John i John Quincy) oraz Bushowie (George H. i George W.).

W kilku przypadkach prezydentami byli dalecy krewni z tej samej rodziny, np. Harrisonów czy Rooseveltów.

Brak dynastii czy rodziny królewskiej Amerykanie wynagradzają sobie bez ustanku porównując jednego prezydenta z drugim. Świadczy o tym uderzająco wręcz duża liczba książek na ten temat, nie mówiąc już o obsesji Amerykanów na punkcie George’a Waszyngtona.

Kilka miesięcy temu wyszło na jaw, że prezydent Obama jest zafascynowany Ronaldem Reaganem. To dość osobliwe, gdyż Reagan był republikaninem i to on zdecydowanie rozmontował, i tak skromne w porównaniu z tym co było w Europie, państwo socjalne, które stworzył Lyndon Johnson i jego następcy. Republikanie z takich prównań drwili, ale dyskusji nie podjęli. Dla większości dzisiejszych republikańskich purystów prezydent rozwodnik, który dużo mówił o Bogu, ale rzadko w Jego domu bywał (prezbiterianina Reagana widywano w kościele baaardzo rzadko), byłby trudny do zniesienia.

Jeszcze bardziej przeszkadza im fakt, że choć konserwatysta Reagan zreformował amerykański kodeks podatkowy, zlikwidował liczne ulgi i odpisy podatkowe, z których korzystali najbogatsi. Choć był republikaninem, do swojej idei potrafił przekonać demokratów – za jego czasów republikanie kojarzyli się z reformami, a nie z obstrukcją, jak dziś.

Naturalnie, demokratom porównania z Reaganem nie bardzo odpowiadają. Woleliby porównać prezydenta Obamę do Johna F. Kennedy’ego. Obaj byli wychowankami Harvardu, idealistami, obaj natchnęli Amerykę wizją liberalnego i progresywnego państwa. Za ich prezydentur dokonały się monumentalne zmiany społeczne (koniec segregacji rasowej, koniec homofobii). Kennedy był wizjonerem – podobnie jak Obama. Za czasów pierwszego demokraci byli silnym blokiem, który był w stanie nie tylko blokować szalone posunięcia republikanów, ale także uchwalać potrzebne ustawy.

Ale być może najciekawsze byłoby porównanie Obamy nie z przystojnym Kennedym, lecz z jego następcą Lyndonem Johnsonem, którego „wojna z biedą“ obchodziła właśnie 50-lecie.

Powiedzieć, że Lyndon Johnson nie był ciepłą osobą, to popisać się niedopowiedzeniem roku. „Ten facet złamie ci rękę w łokciu, a następnie tak wykręconą będzie cię bił po głowie, aż mu ustąpisz“ – powiedział o nim jeden z południowych demokratów, którego Johnson zmusił do poparcia ustaw desegregujących Południe USA.  W przeciwieństwie do Kennedy’ego, który miał wizję, ale nie był w stanie przeforsować swoich ustaw – Johnson był mistrzem legislacji. „Zamieniłem program martwego faceta na sprawę męczennika“ – powiedział sarkastycznie Johnston. O ekipie Kennedy’ego wypowiadał się dosadnie i bez złudzeń: „znają sie na polityce tyle co stara panna na r…ciu.“ Dzięki jego determinacji Stany Zjednoczone zmieniły się nie do poznania, ale też, jak kiedyś pisałem, Południe z bastionu demokratów stało się bastionem konserwatywnych republikanów.

Na jego tle prezydent Obama wypada rzeczywiście słabo. Ale nawet Johnson nie miał przeciw sobie przez większość prezydentury większości w niższej izbie parlamentu, niechętnego sobie Sądu Najwyższego z przewagą konserwatystów i partii, która dla zasady mówi NIE i która posunęła sią do zamknięcia rządu federalnego.

Ostatnio republikanie zasugerowali, że chcą się przyjrzeć reformie prawa imigracyjnego – choć nie jest do końca jasne, co przez to rozumieją. To od Obamy będzie zależało, czy przejedzie do historii jako wizjoner, niczym Kennedy, i skuteczny reformator, jak Johnson.