Newsletter

Pomysły PiS pod lupą

Jan Gmurczyk, 20.02.2014
Choć program PiS słusznie podkreśla duże znaczenie inwestycji w rozwój, pytania odnośnie źródeł pozyskania środków na ten cel zaczynają się tam, gdzie kończą uwagi na temat dostępnych funduszy unijnych

Choć program PiS słusznie podkreśla duże znaczenie inwestycji w rozwój, pytania odnośnie źródeł pozyskania środków na ten cel zaczynają się tam, gdzie kończą uwagi na temat dostępnych funduszy unijnych

Z ekonomicznego punktu widzenia nowy program Prawa i Sprawiedliwości nieraz celnie zwraca uwagę na obecne w polskiej gospodarce wyzwania, ale w niektórych punktach budzi też pytania lub wątpliwości. Trudno przykładowo zgodzić się ze stwierdzeniem otwierającym rozdział programu nt. gospodarki i rozwoju (s. 73), które brzmi: „W wyniku polityki prowadzonej w minionych sześciu latach Polska znalazła się w pułapce średniego rozwoju – długookresowego spowolnienia wzrostu gospodarczego.”

Przede wszystkim zauważmy, że osłabienie koniunktury w ostatnich kilku latach wystąpiło na skutek wybuchu w 2008 roku międzynarodowego kryzysu finansowego, jak również w związku z przewlekłym kryzysem w strefie euro. Te zdarzenia odcisnęły piętno na całej gospodarce światowej, przy czym Polska – jako jedyne państwo członkowskie Unii Europejskiej – nie wpadła w dobie kryzysu ani razu w recesję. Mało tego, na podstawie danych Eurostatu można policzyć, że w roku 2012 polski PKB był realnie o ponad 18 proc. wyższy niż w roku 2007. To najlepszy wynik wśród wszystkich państw unijnych. Na przestrzeni tego samego okresu gospodarka całej UE skurczyła się o ok. 1 proc.

Odnotujmy również, że w naszym kraju szybko rośnie wydajność pracy, a towary produkowane w Polsce z powodzeniem podbijają rynki zagraniczne. Z danych GUS wynika, że w 2008 roku wartość polskiego eksportu wyniosła ok. 405 mld zł, podczas gdy w roku 2013 (wg danych wstępnych) było to już niemal 639 mld zł. Innymi słowy, w latach 2008-2013 eksport wzrósł w Polsce o ponad połowę, i to pomimo międzynarodowego kryzysu. Analiza struktury i wartości sprzedawanych zagranicę towarów prowadzi do wniosku, że dźwignią polskiego eksportu jest przede wszystkim przemysł. Przytoczone fakty jednoznacznie przeczą twierdzeniu, iż Polska utknęła w pułapce średniego rozwoju.

Choć szereg wyzwań wciąż pozostaje w naszym kraju nierozwiązanych, polska polityka gospodarcza ostatnich lat zasługuje na szacunek ze względu na swój pragmatyzm i rozsądek. W ramach tegorocznego cyklu koordynacji polityki gospodarczej krajów unijnych (tzw. Semestru Europejskiego), Komisja Europejska zdecydowała się przeprowadzić pod kątem nierównowag gospodarczych pogłębioną analizę (ang. In-Depth Review – IDR) w stosunku do 16 państw członkowskich. Z różnych powodów znalazły się wśród nich m.in. Hiszpania, Francja, Włochy, Niemcy, Dania, Finlandia, Węgry i Wielka Brytania, ale nie Polska. Na tle międzynarodowym nasz kraj wyróżnia się stabilnością, a wielu zagranicznych ekspertów podziwia szybkie tempo rozwoju, jakie od 25 lat wykazuje polska gospodarka.

Inwestycyjny znak zapytania

Choć program PiS słusznie podkreśla duże znaczenie inwestycji w rozwój, pytania odnośnie źródeł pozyskania środków na ten cel zaczynają się tam, gdzie kończą uwagi na temat dostępnych funduszy unijnych. Wątpliwości może budzić zwłaszcza zawarty w programie pomysł wspierania inwestycji mechanizmem wzorowanym na programie LTRO (ang. Long Term Refinancing Operations – długoterminowe operacje refinansujące) Europejskiego Banku Centralnego.

Ujmując sprawę od strony technicznej, LTRO to narzędzie operacji otwartego rynku, które zostało utworzone przez EBC po to, by uzupełniać płynność finansową banków w okresie kryzysu (niektórzy komentatorzy takie rozwiązanie określają jako „pompowanie pieniędzy”). Oczywiście, w jakimś sensie sprzyja to akcji kredytowej banków komercyjnych, ale uruchomienie LTRO należy raczej interpretować jako dążenie do zachowania równowagi w sektorze bankowym, a nie pobudzania inwestycji. Co więcej, okres luźnej polityki monetarnej w strefie euro nie znajduje jakiegoś większego odbicia we wzroście inwestycji czy rozwoju akcji kredytowej banków komercyjnych, szczególnie w regionach najmocniej dotkniętych przez kryzys. Mówiąc w pewnym uproszczeniu: płynność zatrzymała się w rezerwuarze systemu finansowego.

Zresztą, nie bardzo sobie wyobrażam, by w Polsce można było w ogóle uruchomić jakikolwiek program, który dążyłby do wspierania inwestycji poprzez mechanizm wzorowany na LTRO. Taki pomysł sugeruje bowiem zaangażowanie banku centralnego, a tymczasem Narodowy Bank Polski jest instytucją niezależną (w tym niezależną od rządu) i dba w pierwszej kolejności o stabilność cen w gospodarce.

Na marginesie dodajmy, że również EBC jest instytucją niezależną i zorientowaną przede wszystkim na stabilność cen. Taka konstrukcja banku centralnego sprzyja stabilności gospodarki. W teorii ekonomii jeden z podstawowych argumentów na rzecz niezależności banków centralnych polega na tym, że polityka monetarna powinna koncentrować się na celach monetarnych, a nie realizacji projektów politycznych, które w związku z sezonem wyborczym dążyłyby na drodze emisji pieniądza do przyspieszenia wzrostu gospodarczego lub zwiększenia konsumpcji społecznej.

Papier a rzeczywistość

Pozostając przy kwestii inwestycji nie jestem też pewien, na ile udałoby się skłonić polskich przedsiębiorców prywatnych, by swoje środki ulokowane w bankach zechcieli zainwestować w rozwój dzięki stworzeniu nowych zachęt podatkowych. Część firm zapewne faktycznie zwiększyłaby inwestycje, ale raczej nie można myśleć o pełnej mobilizacji wspomnianej w programie PiS kwoty (200 mld zł).

Firmy prywatne utrzymują nadwyżki na rachunkach bankowych z różnych powodów. Może to wynikać przykładowo z niepewnej sytuacji na rynku, potrzeby utrzymywania płynności czy chęci mało ryzykownego ulokowania wolnych środków. Nie sądzę jednak, by do najważniejszych przyczyn należało wyczekiwanie na pojawienie się zachęt podatkowych do inwestycji.

Spytajmy zresztą, czy program PiS w ogóle nie przecenia możliwości inwestycyjnych polskiej gospodarki. Po pierwsze, w świetle wspomnianych wątpliwości niezbyt realne wydaje się uruchomienie w najbliższych latach środków inwestycyjnych na zarysowaną w programie łączną kwotę ponad biliona złotych. Po drugie, nawet jeżeli taka kwota byłaby dostępna, to na inwestycje wcale nie musi być aż tak dużego popytu.

Pamiętajmy, że przedsiębiorcy podejmują decyzje o inwestycjach wtedy, gdy widzą w tym szansę na zysk. Akcja kredytowa banków już i tak w Polsce z roku na rok rośnie. Tymczasem w warunkach zbyt dużej dostępności kapitału lub przeinwestowania mogą pojawić się groźne nierównowagi, w tym bańki spekulacyjne. Do czego potrafią takie zjawiska doprowadzić nawet stosunkowo zdrową gospodarkę, przekonaliśmy się w ostatnich latach na przykładzie choćby Hiszpanii czy Irlandii.

Wreszcie, trudno uniknąć pytań o skutki ewentualnej realizacji programu PiS dla finansów publicznych. Pomysły takie jak zwiększenie zaangażowania państwa w procesy inwestycyjne, rozwój polityki rodzinnej, cofnięcie decyzji o podwyżce wieku emerytalnego do 67 lat czy obniżka podatku VAT prezentują się atrakcyjnie na papierze, ale w rzeczywistości ich wdrożenie pociągnęłoby za sobą kosztowne konsekwencje dla budżetu państwa. W obecnych warunkach (gospodarka na dorobku, postępująca konsolidacja finansów publicznych, przeważający udział wydatków sztywnych w całości wydatków budżetowych) wszelkie dodatkowe obciążenia byłyby trudne do sfinansowania, a jeszcze trudniejsze do pogodzenia z dążeniem do zbilansowania finansów publicznych.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego.