Newsletter

Sprawa Edathy’ego: więcej pytań niż odpowiedzi

Weronika Przecherska, 18.02.2014
Choć dziś najważniejsi niemieccy politycy mówią o wzajemnym zaufaniu, trudno się oszukiwać, że sprawa Sebastiana Edathy’ego nie wpłynie negatywnie na ich przyszłą współpracę

Choć dziś najważniejsi niemieccy politycy mówią o wzajemnym zaufaniu, trudno się oszukiwać, że sprawa Sebastiana Edathy’ego nie wpłynie negatywnie na ich przyszłą współpracę. Wpłynie na pewno. Pytanie tylko: w jakim stopniu?

Oskarżenie o posiadanie pornografii dziecięcej, naruszenie tajemnicy służbowej, podwójne standardy polityków – nic dziwnego, że afera Sebastiana Edathy’ego z takim impetem wstrząsnęła niemiecką sceną polityczną. Na razie największą cenę poniósł Hans-Peter Friedrich, który musiał zrzec się w ubiegły piątek stanowiska ministra rolnictwa. Skala i ilość wątpliwości związanych z tym kryzysem jest jednak tak duża, że odejście Friedricha zdaje się być tylko pierwszą z szeregu konsekwencji.

Październik 2013. Po wyborach do Bundestagu trwają rozmowy koalicyjne pomiędzy CDU, bawarską CSU i SPD. To wtedy urzędujący jeszcze na stanowisku ministra spraw wewnętrznych Friedrich otrzymuje informację, że nazwisko jednego z posłów SPD pojawia się w międzynarodowym dochodzeniu. Sebastian Edathy, bo o nim mowa, miał zamawiać w Kanadzie materiały o charakterze pedofilskim. Friedrich – wiedząc, że socjaldemokrata może być kandydatem swojej partii na jedno ze stanowisk rządowych – informuje o sprawie przewodniczącego SPD Sigmara Gabriela. Ten zaś przekazuje wiadomość do swoich partyjnych akolitów: Franka-Waltera Steinmeiera i Thomasa Oppermanna. O podejrzeniach wiedzą też m.in. Urzędy Kryminalne we wszystkich niemieckich landach. Koniec końców, gdy w lutym policja puka do biur i mieszkania Sebastiana Edathy’ego, znajduje tam tylko zniszczone dyski. Służbowy komputer posła ginie zaś w trudnych do wyjaśnienia okolicznościach.

Nic więc dziwnego, że więcej jest w tej sprawie pytań niż odpowiedzi. Czy Friedrich miał prawo poinformować o podejrzeniach, które pojawiły się wobec Edathy’ego? A może jego – bądź co bądź – gest solidarności wobec przyszłego koalicjanta i próba uchronienia go przed personalnym błędem, były naruszeniem tajemnicy służbowej? Czy ktoś ostrzegł Edathy’ego przed problemami, które mogą go czekać? A jeśli tak się stało, kto to zrobił? Wreszcie, czy nazywana już dziś „aferą państwową” sprawa Edathy’ego nie rozsadzi od środka czarno-czerwonej koalicji?

Każda ze stron broni swoich racji. Friedrich jest przekonany, że nie tylko nie naruszył prawa, ale i spełnił swój obowiązek. I choć popiera go wielu ekspertów, niewykluczone, że będzie musiał ponieść konsekwencje prawne. CSU stoi jednak murem za swoim politykiem. Partia, jakby na potwierdzenie wiary w niewinność Friedricha, tuż po rezygnacji wybiera go na jednego z wiceszefów frakcji. Jednocześnie żądając konsekwencji personalnych z szeregów SPD. Sam Edathy zarzeka się, że jest niewinny. Przyznaje jednocześnie, że obserwując doniesienia medialne o sprawie toczącej się wobec kanadyjskiej firmy, od kilku miesięcy spodziewał się problemów.

Synonimem skali rządowego kryzysu staje się poufne spotkanie szefów partii koalicji zapowiedziane na wtorkowy wieczór. I choć dziś najważniejsi niemieccy politycy mówią o wzajemnym zaufaniu, trudno się oszukiwać, że sprawa o takiej skali nie wpłynie negatywnie na ich przyszłą współpracę. Wpłynie na pewno. Pytanie tylko: w jakim stopniu? To będzie zależało od dalszych decyzji partyjnych liderów, konsekwencji prawnych i personalnych wobec zamieszanych w aferę oraz tempa prac nad wyjaśnieniem wszystkich wątpliwości. A to, biorąc pod uwagę ilość niewiadomych, może trochę potrwać. Bo, jak celnie podsumował w programie Günthera Jaucha polityk liberalnej FDP Wolfgang Kubicki: „Nikt nie wie, jak było”. Można tylko dodać: Nikt nie wie, jak będzie dalej.