Newsletter

Polak w podróży permanentnej

Halina Grzymała-Moszczyńska, 06.02.2014
Człowiek potrzebuje korzeni, a tym, co go ukorzenia, jest poczucie, że otaczają go ludzie o podobnych wartościach

Strona 1

Człowiek potrzebuje korzeni, a tym, co go ukorzenia, jest poczucie, że otaczają go ludzie o podobnych wartościach – mówi prof. Halina Grzymała-Moszczyńska w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską

Aleksandra Kaniewska: Mieliśmy już w Polsce kilka fal wielkich migracji. Ostatnią w 2004 roku, po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Czyżbyśmy byli narodem emigrantów, czy może to przejściowy proces?

Prof. Halina Grzymała-Moszczyńska: W historii Polski było mnóstwo obiektywnych powodów, które skłaniały nas do migracji, i to już od XVIII wieku. Nie ma prawie miejsca na świecie, w którym nie osiedliliby się Polacy. Mało kto wie, że najstarsza kolonia polska mieści się pod Stambułem, w miejscowości Polonezköy. Proszę sobie wyobrazić, że przetrwała tam od czasów Powstania Styczniowego. Założył ją książę Czartoryski na ziemiach, które kupił od tureckiego sułtana dla polskich żołnierzy walczących przeciwko Rosji. Po to, żeby mogli bezpiecznie osiąść w miejscu, z którego nikt nie ześle ich na Syberię ani nie wtrąci do więzienia.

Dr Michał Garapich, antropolog z Londynu, pisał kiedyś, że Polaków charakteryzuje silna wiara w możliwości jednostki, determinacja, a także – jakkolwiek złośliwie to zabrzmi – kulturowo uwarunkowana umiejętność kombinowania. To elementy składowe talentu do świetnego odnajdowania się w różnych kulturach?

Prawdę mówiąc, na poziomie jednostek Polacy bardzo różnie odnajdują się na emigracji. Warto na sam fakt migrowania obywateli jednego kraju do innego popatrzeć szerzej. Jeśli weźmie się pod uwagę Stany Zjednoczone, do 2004 roku nasz największy cel migracyjny, można zauważyć paralelę między losem Polaków a historiami innych migrantów z Europy: Irlandczyków, Włochów czy Skandynawów.

Na emigracji radzimy sobie dobrze, ale też nie jesteśmy wyjątkowi. Mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej, na przykład Chińczycy, też znakomicie sobie radzą poza swoim krajem. Powiedziałabym więc, że Polacy są raczej częścią trendu migracyjnego, który występuje w narodach, gdzie czynniki wypychające są znacznie silniejsze niż czynniki zatrzymujące.

Wyjazdy to jedno, powroty – drugie. Kiedy mieszkałam w Londynie, średnio co kilka miesięcy media ogłaszały falę powrotów do Polski, a potem kolejnej reemigracji na Wyspy. Myśli pani, że dziś Polacy są już gotowi, żeby wrócić na dobre?

Tak, i oni wracają. Natomiast Polska nie jest na nich gotowa. Pierwszy przykład –  dzieci. Od kilku lat współpracuję z UNESCO – pod ich patronatem prowadzimy warsztaty dla nauczycieli dotyczące wielokulturowości. Kiedy zaczynałam tę współpracę pięć, sześć lat temu, pedagodzy twierdzili, że największym problemem jest współpraca z dziećmi uchodźców, między innymi z Białorusi czy Ukrainy. Z kolei od dwóch ostatnich edycji warsztatów na pytanie, z jaką wielokulturowością najtrudniej jest im się zmierzyć, wszyscy mówią jednym głosem: problemem są polskie dzieci wracające z Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Niemiec – po kilku latach mieszkania tam albo te, które już się tam urodziły.

Dlaczego to właśnie one są wyzwaniem dla polskiej szkoły?

Przede wszystkim kształcenie nauczycieli w Polsce jest anachroniczne i etnocentryczne, zaprogramowane tak, jakby żadne procesy migracyjne się u nas nie zdarzyły. Dla przykładu nauczyciel niemiecki w programie kształcenia standardowo ma przedmiot „jak nauczać cudzoziemców”, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Polski nauczyciel nie ma takich umiejętności dydaktycznych. I nagle następuje konfrontacja. Bo okazuje się, że uczeń, który nazywa się Jasiu Nowak, więc nic nie wskazuje, że różni się od swojego kolegi Bogusia Kowalskiego, zanim przyszedł do szkoły, sześć lat mieszkał w Anglii. I tam chodził do szkoły. Na pytania o imię, nazwisko i adres może i odpowiada poprawnie po polsku, ale kiedy przychodzi do nazwania funkcji matematycznych, nie ma pojęcia, co oznaczają. Uczył się ich przecież w innym języku. I zaczyna się nauka na migi.

Czy oprócz problemów z językiem przedmiotowym nie pojawia się też kwestia stereotypów czy innej metodyki pracy, której dziecko jest nauczone, a w polskiej szkole jej nie znajduje?

To prawda. Polska szkoła kompletnie nie uczy dzieci współpracy i funkcjonowania jako część zespołu. Tymczasem jest to obszar, na który szkoły zachodnie kładą duży nacisk. Dziecko, które przyjeżdża do Polski, ma zupełnie inne oczekiwania, potrzeby i przyzwyczajenia – co do systemu, ale też tego, jak powinien zachować się nauczyciel. Mam w zanadrzu wiele historii: na przykład uczeń, który mieszkał przez parę lat w Hiszpanii, przychodzi do polskiej klasy i zamiast „Proszę pani” mówi do nauczyciela po imieniu: „Basiu, pomożesz mi z tym ćwiczeniem?”. Może pani sobie wyobrazić reakcję polskiego belfra. Dzieciom „powrotowców” brakuje treningu w specyfice kulturowej polskiej szkoły.