Newsletter

Zima zaskakuje drogowców

Michał Dobrzański, 05.02.2014
Mimo tytułu, nie będę narzekać, że „zima znowu zaskoczyła drogowców”. Chciałbym raczej wykorzystać śnieg do refleksji nad kilkoma kwestiami wokół ruchu drogowego, której wyniki mogą być zaskakujące także dla drogowców

Mimo tytułu, nie będę narzekać, że „zima znowu zaskoczyła drogowców”. Chciałbym raczej wykorzystać śnieg do refleksji nad kilkoma kwestiami wokół ruchu drogowego, której wyniki mogą być zaskakujące także dla drogowców.

Opady śniegu sprawiają np., że kierowcy – niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – w widoczny sposób zwalniają. Ale dlaczego? Nie dzieje się tak, ponieważ śnieg fizycznie uniemożliwia przekraczanie dozwolonej prędkości. Dla współczesnych aut to przecież żaden problem. Śnieg raczej nie sprawia też, że osoby zazwyczaj lekceważące ograniczenia prędkości – a mówimy tu o większości polskich kierowców – nagle nabierają szacunku dla prawa.

Istota zjawiska tkwi gdzie indziej: widoczne pogorszenie warunków jazdy sprawia, że kierowcy instynktownie stają się ostrożniejsi. Nie tyle zaczynają interesować się dostosowaniem prędkości do informacji na znakach, co obawiają się niespodziewanych sytuacji na drodze. Przez to redukują prędkość, aby w razie czego zdążyć wyhamować.

Na tym odruchu oparte jest jedno z podstawowych założeń nowoczesnej inżynierii drogowej. Głosi ono, że zaburzenie subiektywnego poczucia bezpieczeństwa kierowcy dodatnio wpływa na poprawę obiektywnego bezpieczeństwa na drodze. Wszelkie rozwiązania z zakresu inżynieryjnego uspokojenia ruchu, takie jak optyczne zwężenia jezdni, esowania toru jazdy itd., funkcjonują w oparciu o tę samą zasadę i właśnie dzięki niej są skuteczne. Jak widać, działa ona także na polskich kierowców. Szkoda jedynie, że na naszych drogach póki co znaczniej częściej jest ona realizowana za sprawą pogody, a nie planowego działania zarządców dróg.

Śnieg uwypukla także pewną kwestię związaną z szerokością jezdni. Gdy zalega on na drogach, te wydają się węższe niż na co dzień. To także sprawia, że kierowcy zwalniają, straciwszy poczucie, że mają dość miejsca, aby rozwinąć większą prędkość.

Ślady na śniegu pozwalają ponadto dostrzec, że samochodom do ruchu potrzeba znacznie mniej przestrzeni, niż zazwyczaj przyznają im projektanci infrastruktury. Biały puch nie tylko uwidacznia, gdzie ruch mógłby bez przeszkód (a z korzyścią dla bezpieczeństwa) odbywać się po jezdniach węższych, niż zaprojektowano. Wskazuje on także fragmenty przestrzeni ulicznej, które w ogóle nie są potrzebne dla ruchu samochodów, a mogłyby zostać wykorzystane do stworzenia różnych instalacji zwiększających bezpieczeństwo i komfort innych uczestników ruchu, czyli np. azyli dla pieszych, pasów rowerowych, antyzatok przystankowych itd.

Fenomen ten został dostrzeżony w USA, gdzie ochrzczono go mianem sneckdown, od angielskich słów snow (śnieg) i neckdown (przewężenie ulicy, znane w Polsce m.in. pod sympatyczną nazwą „uszu Myszki Miki”). Na Twitterze nastąpił wysyp zdjęć zaśnieżonych ulic, na których jak na dłoni widać niepotrzebną kierowcom przestrzeń. Oczywiście do śniegu jako wskaźnika możliwych rozwiązań projektowych należy podchodzić z odpowiednią dozą zdrowego rozsądku, ale niewątpliwie fenomen sneckdown stanowi ciekawy bodziec do refleksji na temat przestrzeni publicznej.

Zresztą śnieg, szczelnie przykrywający całą przestrzeń uliczną, zarówno jezdnie, jak i chodniki, trawniki i drogi dla rowerów, stanowi także coś w rodzaju „twardego resetu” dla całej przestrzeni publicznej. Przez chwilę, zanim nie przyjadą pługi, można łatwiej dostrzec, że podział na jezdnię i chodnik w gruncie rzeczy jest arbitralny i mógłby być zupełnie inny. Ślady pieszych na śniegu pozwalają zweryfikować przebieg chodników, a ślady rowerów na nieodśnieżonych drogach dla rowerów uświadamiają, że liczba rowerzystów zimą wcale nie jest zerowa.

Na koniec zaś warto zakwestionować jeszcze jedno ogólne przekonanie: wbrew powszechnej opinii, przy opadach śniegu niekoniecznie występuje więcej poważnych wypadków drogowych. Choć brak w Polsce dokładniejszych opracowań na ten temat, to wskazują na to np. dokumenty GDDKiA. W tym kontekście warto by więc np. przemyśleć kwestię doprowadzania wszystkich ulic do stanu „czarnego asfaltu” – może ten kosztowny zabieg wcale nie poprawia bezpieczeństwa tak bardzo, jak się nam wydaje?

Ostatnio taka refleksja dotarła np. do polskiej stolicy, gdzie kolejne dzielnice stopniowo rezygnują z posypywania solą lokalnych ulic na rzecz stosowania tylko pługów. Szczególnie cieszy przy tym fakt, że działania takie wynikają z woli samych mieszkańców. Warto bowiem co jakiś czas powiedzieć „sprawdzam”, a śnieg jest najwyraźniej dobrą do tego okazją.