Newsletter

Ukraińska krew na śniegu a polska zdrada

Adam Szejnfeld, 27.01.2014
Obecna rewolucja na Ukrainie to alternatywny scenariusz, którego my w Polsce na szczęście nie musieliśmy realizować

Pomimo mrozów jeszcze bardziej dokuczliwych niż w Polsce, nasz wschodni sąsiad, Ukraina, płonie. W minionym tygodniu bunt wobec prorosyjskiego obozu prezydenta przeszedł w nowe, tragiczne stadium. Po raz pierwszy władza zdecydowała się otworzyć ogień do ludzi, co pociągnęło za sobą ofiary śmiertelne.

Z chwilą, kiedy na ukraińskim śniegu pojawiła się krew pierwszych ofiar, prysnęły nadzieje na pokojowe rozwiązanie wewnętrznego konfliktu.

Wydarzenia przybrały dramatyczny przebieg od czasu, kiedy władze uchwaliły przepisy ograniczające wolności obywatelskie. Zaostrzyły one kary dla przeciwników rządzących i ograniczyły działalność organizacji pozarządowych.

Od tego czasu obie strony okopały się na swoich pozycjach, a ich postulaty uległy wyraźnej radykalizacji. Władze Ukrainy zrzuciły maskę demokracji. Przestały udawać, że szukają kompromisu i sięgnęły po środki, które nigdy nie powinny być użyte przeciwko cywilom. Fala rewolucji, jaka przetacza się właśnie przez Ukrainę, stawia przyszłość tego kraju, zwłaszcza jego jednolitość i rozwój, pod wielkim znakiem zapytania.

Wcześniej patrząc na obrazy z Kijowa miałem wrażenie, że gdzieś już to widziałem. Tak, to była Polska 25 lat temu, w przeddzień wyzwolenia spod rosyjskiego buta! Ale obserwując obecne wydarzenia, rozlew krwi, zmasakrowane ciała, mam wrażenie, że spoglądam na sytuację, jaka mogłaby mieć miejsce w Polsce, gdyby nie udało się porozumienie okrągłego stołu i pokojowa transformacja.

Obecna rewolucja na Ukrainie to po prostu alternatywny scenariusz, którego my w Polsce na szczęście nie musieliśmy realizować.

Tym bardziej na usta się ciśnie pytanie – dlaczego dziś ten ogromny polski sukces, jakim była bezkrwawa transformacja, jest przez skrajną prawicę określany mianem zdrady? Nie wiem. Nie rozumiem.

Czy w poplątanych umysłach naszych prawicowców i narodowców jedynie niepodległość obficie zroszona ofiarą krwi byłaby pełnowartościowa? Ilu ludzi musiałoby zginąć, by tę ofiarę uznać za spełnioną? Pięć, pięćdziesiąt, a może kilka tysięcy?

Potem – wiadomo – trzeba by wziąć odwet na sprawcach: osądzić, upokorzyć, rozstrzelać, powiesić. To byłaby zmiana na miarę oczekiwań dzisiejszego narodowca, wyznawcy teorii o zdradzie przez przywódców „Solidarności” i ich doradców przy okrągłym stole. To byłaby rewolucja na miarę ich prostych, żeby nie powiedzieć prymitywnych, instynktów.

Jaką cenę zapłaci Ukraina za wpadnięcie w pętlę chaosu? Ile lat będzie wychodziła z kryzysu, jak długo będzie leczyła rany? A jaką cenę zapłaciłaby Polska za krwawą rewoltę ćwierć wieku temu, zamiast ewolucyjnej transformacji? Ile lat wychodzilibyśmy z podziałów? I czy w ogóle udałoby się po tym wszystkim Polskę posklejać?

Czy bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy dzisiaj? A może bylibyśmy tam, gdzie jest dzisiaj, przykładowo, Rumunia, która jako jedyny kraj przeprowadziła u siebie krwawe zmiany i wciąż boryka się z ich brzemieniem? Czy wzorem dla narodowców jest kraj, którego PKB na mieszkańca ćwierć wieku po rewolucji jest wciąż o niemal połowę niższe od polskiego?

Drugim, być może większym, szokiem dla polskiej prawicy jest fakt, że Ukraińcy przelewają krew za swoje marzenia o Unii Europejskiej. Dla naszych narodowców natomiast, w tym także tych z PiS, Unia ma wartość dopóty, dopóki jest z tego jakaś kasa. Ta kasa, podobnie jak członkostwo w UE, nam się należą. A gdy pieniądze się skończą, to trzeba będzie przemyśleć całe to członkostwo. Widać wstąpienie do Unii Europejskiej to kolejny sukces, który przyszedł Polsce zbyt łatwo. Gdyby przyszło za to zapłacić ceną krwi, to może Unia Europejska spotkałaby się w ich oczach z choć krztyną aprobaty.

Czy nazywanie sukcesu polskiej transformacji zdradą to głupota czy cynizm? Czy dramaty na Ukrainie unaocznią dotychczasowym ślepcom, jak wiele szczęścia mieliśmy ćwierć wieku temu? Dlaczego to, co świat uważa za największy sukces Polaków w XX w., my sami wciąż nieustannie podważamy i rozmieniamy na drobne? I co najważniejsze, czy patriotyzmu mogą nas uczyć ci, którym wtedy nie starczało odwagi?

Zaczynam podejrzewać, że za tym nieustannym kwestionowaniem pokojowej drogi stoi po prostu frustracja, zazdrość i kompleksy. Złotymi zgłoskami w książkach historii będą bowiem wypisani twórcy Polski Niepodległej z Lechem Wałęsą na czele (a nie Jarosław Kaczyński z jemu podobnymi głosicielami narodowej zdrady).

To musi bardzo boleć. Boleć do tego stopnia, że teraz, by zakrzyczeć prawdę, od zdrajców wyzywa się bohaterów. Ja jednak ze spokojem trzymam kciuki za ukraińską rewolucję. Składam też hołd i podziękowania ludziom naszej antykomunistycznej opozycji, dzięki którym, podczas zimy na przełomie 1988/89 r., kiedy ważyły się losy wyborów do Sejmu kontraktowego, polski śnieg nie spłynął krwią.