Newsletter

Prewencja – indolencja

Michał Dobrzański, 15.01.2014
Ostatnie tygodnie przyniosły serię wypadków, których sprawcami byli kierujący pod wpływem alkoholu. To na nowo rozogniło dyskusję o stanie bezpieczeństwa na polskich drogach

Ostatnie tygodnie przyniosły serię wypadków, których sprawcami byli kierujący pod wpływem alkoholu. To na nowo rozogniło dyskusję o stanie bezpieczeństwa na polskich drogach. Niestety w dużej mierze ograniczyła się ona do powtarzania stereotypu, jakoby za wypadki odpowiadali przede wszystkim pijani kierowcy.

Na szczęście pojawiły się także głosy zwracające uwagę na fałszywość tej diagnozy. Choć problem pijanych kierowców jest bulwersujący, to znaczna większość wypadków powodowana jest przez osoby trzeźwe. Prowadzenie po alkoholu jest zaś jednym z nielicznych problemów w ruchu drogowym w Polsce, który od lat jest nazwany, obecny w świadomości społecznej i zwalczany. W przeciwieństwie np. do kwestii jazdy z nadmierną prędkością, na którą istnieje społeczne i instytucjonalne przyzwolenie.

Z jazdą po alkoholu należy walczyć, ale ograniczanie dyskusji o bezpieczeństwie na drogach do tego problemu jest po prostu szkodliwe. Jest to jednak także wygodne. Media mogą odgrzać stary i sprawdzony temat, a administracja publiczna poprzestać na narracji, że państwo niewiele jest w stanie zrobić, dopóki niesforni obywatele nie zaczną w końcu przestrzegać prawa. Może co najwyżej ostrzej karać.

Jednak podejście wedle schematu „kto był winny i jak go ukarać” problemu nie rozwiąże. Gdy dojdzie do wypadku, to nawet najstaranniejsze ustalenie winnego i najsurowsza kara nie przywrócą nikomu zdrowia ani życia.

Karanie nie jest oczywiście zupełnie pozbawione sensu. Perspektywa kary za własny, choćby niezamierzony, błąd jest zapewne jednym z motywów uczestników ruchu, który każe im się pilnować.

Rzecz jednak w tym, że nawet surowa kara nie jest wystarczającym sposobem, aby zarządzać zachowaniami ogromnej rzeszy ludzi na naszych drogach. Poza nią niezbędne jest także aktywne wsparcie ze strony zarządców infrastruktury, które pomagałoby unikać uczestnikom ruchu błędnych decyzji, a zachęcało do prawidłowych.

Tu w pierwszej kolejności liczy się stosowanie inżynierii drogowej pozwalającej uspokoić ruch, obok systematycznej egzekucji i edukacji. Za pomocą dobrze zaprojektowanej infrastruktury można sprawić, że kierowcy masowo przestaną łamać wiele przepisów. Przy okazji pozwoliłaby ona także wyeliminować wiele wypadków powodowanych przez alkohol.

To właśnie jest zadaniem dla państwa, z którego nadal nie umie się ono wywiązać. Polska infrastruktura drogowa, zamiast zniechęcać, wręcz skłania do popełniania błędów: np. zbyt szerokie ulice zachęcają kierowców do szybkiej jazdy, a programy sygnalizacji świetlnych uczą pieszych przechodzenia na czerwonym, gdyż czas oczekiwania na zielone jest beznadziejnie długi.

Warto też zauważyć, że częściowo zarzucono nawet egzekucję niektórych przepisów, w tym bardzo istotnych dla bezpieczeństwa. Ograniczenia prędkości egzekwowane są jedynie ze znaczną tolerancją („wartość na znaku plus dwadzieścia”), a np. nieprawidłowe skręcanie na tzw. „zielonej strzałce” – manewr niezwykle niebezpieczny dla pieszych i rowerzystów – nie jest przez służby kontrolowane praktycznie nigdy.

Relacja między uczestnikami ruchu i administracją publiczną, w zarządzie której znajduje się infrastruktura, zamiast mieć charakter współpracy w celu zapewnienia bezpieczeństwa w całym systemie, jest więc raczej napuszczaniem ludzi na siebie nawzajem w uprzednio spreparowanej przestrzeni. Państwo biernie przygląda się zdarzeniom na drogach i skupia głównie na ustalaniu winnych, nie poczuwając się do odpowiedzialności za zapobieganie wypadkom. Użytkownicy dróg są zaś pozostawieni sami sobie, zdani na łaskę i niełaskę innych uczestników ruchu, którzy, jak to ludzie, często nie są nawet świadomi szkodliwości własnych zachowań i bez złych intencji popełniają liczne, tragiczne w skutkach błędy.

To wszystko tworzy klimat wzajemnej wrogości i wielu uczestników ruchu także popada w myślenie, w którym ustalanie winy jest ważniejsze od unikania konfliktów. Manifestuje się ono np. przekonaniem, że jeśli inny kierowca wyjedzie na czerwonym, to mamy prawo w niego wjechać. Albo że jadąc na rowerze mamy prawo potrącić pieszego, który wszedł na drogę dla rowerów.

Nie tędy droga. Zamiast szukać okoliczności łagodzących w razie spowodowania wypadku, powinniśmy postawić nacisk na obowiązek uniknięcia go za wszelką cenę. Obowiązek, który dotyczy wszystkich aktorów ruchu drogowego, zarówno użytkowników dróg, jak i zarządców. A gdy jedna strona popełni błąd, druga powinna móc wykazać, że zrobiła wszystko, aby nie miał on nieszczęśliwych konsekwencji.

W tym zakresie nasze państwo niestety nadal wykazuje się zwyczajną indolencją.