Newsletter

Bojkot bojkotu

Adam Szejnfeld, 14.01.2014
Premier Wielkiej Brytanii David Cameron w ciągu jednego dnia schłodził relacje polsko-brytyjskie do poziomu Arktyki

Premier Wielkiej Brytanii David Cameron w ciągu jednego dnia schłodził relacje polsko-brytyjskie do poziomu Arktyki. Wskazując na polskich imigrantów w Wielkiej Brytanii jako grupę, która obficie korzysta z brytyjskiego systemu opieki socjalnej (a w domyśle – nadużywa jego dobrodziejstw), wywołał powszechne oburzenie wśród Polaków. Premier Cameron nie dostrzega przy tym albo udaje, że nie dostrzega, zasług imigrantów dla budowania brytyjskiej gospodarki.

Mógłby sięgnąć do raportów ekonomistów, którzy nie mają wątpliwości, że dochody, których przysparzają brytyjskiemu budżetowi swoją pracą imigranci, także ci z Polski, wielokrotnie przewyższają koszty brytyjskich świadczeń socjalnych. Wydaje się jednak, że w roku wyborczym Cameron świadomie uderza w nutę populizmu, ignorując długofalowe szkody, jakie taka retoryka może przynieść.

Na fali oburzenia słowami znad Tamizy część polityków PSL wezwała do bojkotu brytyjskiej sieci TESCO. Pomysł wydał się niektórym nawet interesujący – „niech poczują naszą jedność i oburzenie w swoich kieszeniach”, „niech następnym razem dobrze policzą, czy im się takie narzekanie opłaca”! Wizja karania firmy za słowa premiera Camerona zaniepokoiła nawet polską dyrekcję TESCO. Pomysł chyba nieco przestraszył także samych Brytyjczyków, bo tamtejsze media poświęciły mu stosunkowo dużo uwagi.

Trzeba przyznać, iż to niejedyne w Polsce wezwanie do bojkotu w ostatnim czasie. Do powstrzymania się z zakupem w sklepach spółki LPP, właścicielki marek takich jak Reserved czy Cropp, wezwali na przykład konsumenci oburzeni jej „podatkową emigracją” na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Ten zabieg, nazywany eufemistycznie „optymalizacją podatkową”, ma umożliwić płacenie przez spółkę niższych podatków – ale już nie polskiemu fiskusowi, tylko zagranicznemu urzędowi skarbowemu.

Rok temu poseł PiS Stanisław Pięta wezwał do bojkotu Paulanera, niemieckiego piwa pszenicznego. Jednak, o dziwo, nie dlatego, że jest niemieckie, tylko z powodu umieszczania przez produkujący je browar reklam w jednym z dzienników, którego pan poseł nie darzy sympatią. Do końca nie wiadomo, jakim kryterium kierował się pan poseł, bojkotując akurat piwo, jako że we wskazanej przez niego gazecie reklamowane są setki rozmaitych przedmiotów, od papieru toaletowego po luksusowe limuzyny. Może od piwa pszenicznego poseł PiS woli jęczmienne? Tak czy inaczej, pomimo głębokiego zaangażowania posła, nie słychać, by sprzedaż piwa tej marki ucierpiała.

Nie udał się również bojkot salonów Empik, motywowany sprzeciwem wobec sprzedawania tam gazet zawierających, zdaniem niektórych, za dużo golizny. Efekt był podobny co w przypadku bojkotu piwa, czyli żaden. To znaczy może jakiś był, ale na wyniki finansowe właściciela salonów chyba specjalnie nie wpłynął. A i ja, bywając w Empiku, nie widzę tam raczej pustek. Empik zresztą ma do tego typu akcji pecha, bo bojkotowano go już ze względu na praktyki wobec wydawców czy sprzedaż tytułów uznawanych przez prawicowców za antypolskie.

Bojkot konsumencki to potężna broń i bywało, że gigantyczni światowi potentaci uginali się pod jego ciężarem, zmieniając swoje wcześniejsze decyzje, a nawet całe strategie działania. Przesłanki do ogłaszania bojkotów bywają słuszne, niekiedy prawdziwie szlachetne, ale bywa również, że są oparte na emocjach, a nie na racjonalnych przesłankach. I zamiast przynieść korzyści, mogą narobić szkód.

Krótka, dwudziestokilkuletnia historia gospodarki wolnorynkowej w Polsce pokazuje, że bojkotowanie nam raczej nie wychodzi. Przypadki, w których ignorowanie produktów określonej marki lub producenta przyniosło zamierzony efekt, można policzyć w zasadzie na palcach jednej ręki. Zapewne podobnie będzie z bojkotem TESCO czy LPP SA i chyba możemy się z tego cieszyć. Bo w obu przypadkach pierwszymi, którzy by na własnej skórze odczuli jego skutki, byliby zwalniani pracownicy tych przedsiębiorstw. Tak przecież działają wszystkie firmy w przypadku spadku obrotów – ograniczają zatrudnienie. Skutki bojkotu dotknęłyby zresztą nie tylko pracowników samych tych firm, ale też ich kooperantów czy dostawców. Łańcuszek ludzkich nieszczęść by się wydłużał i wydłużał…

Swoich słów premier Cameron powinien się wstydzić i jeszcze długo będą się one kładły cieniem na relacjach polsko-brytyjskich. Optymalizacja podatkowa, czyli ucieczka za granicę w poszukiwaniu oszczędności przez firmy, też jest wątpliwa moralnie i nic dziwnego, że nasze Ministerstwo Finansów zastanawia się, jak położyć takim praktykom kres. Karząc jednak firmy bojkotem zagrażamy tysiącom miejsc pracy w Polsce. A zamiast wzmacniać polską gospodarkę, osłabiamy ją.

Traktujmy więc tę broń jak zupełną ostateczność. I zachowajmy ją dla przypadków naprawdę jednoznacznie nagannych. Moralnie i prawnie.