Newsletter

Demokracja milczącej większości

Bartłomiej Knapik, 14.01.2014
Polakom się należy. Od Polaków się nie wymaga. I władze poszczególnych miast pokazują, że doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego mechanizmu

Polakom się należy. Od Polaków się nie wymaga. I władze poszczególnych miast pokazują, że doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego mechanizmu

Niezależnie od tego, jak będziemy oceniać pracę prezydentów polskich miast, swoje stanowiska mogą zachować dożywotnio – jeśli tylko zechcą. Zapewnia im to postawa tzw. milczącej większości, czyli mieszkańców, którym wydaje się, że komentarze na stronach internetowych wystarczą, by coś zmienić.

Właśnie ta grupa, umiejętnie karmiona frazesami typu „budżet obywatelski”, poprzez swoją bierność jest odpowiedzialna za to, jak wygląda Polska lokalna. Swoją część winy musi też wziąć na siebie każdy polityk i naukowiec, który mamił tę większość iluzją, że demokracja to same prawa bez obowiązków.

Kryzys partycypacji nie jest zjawiskiem polskim. Dotyka zdecydowanej większości zachodnich demokracji. Robert Putnam pisał o kryzysie zrzeszania się w Stanach Zjednoczonych, a przecież bez zrzeszania się wokół lokalnych interesów nie ma ich rzeczywistej obrony. Brytyjczyk, prof. Jeremy Till, pisał, że obecnie partycypacja zbyt często staje się metodą łagodzenia nastojów, a nie rzeczywistym procesem transformacji. A to przecież przykładów z krajów, o których politolodzy mówią: dojrzałe demokracje.

Polska jest pod tym względem maruderem nie tylko na tle zachodnich państw, ale i w porównaniu z sąsiadami. Jak już cztery lata temu wykazał Mikołaj Cześnik, średnia frekwencja wyborcza w wyborach parlamentarnych w Polsce wynosiła 47,31 proc. – i jest to najgorszy wynik wśród wszystkich krajów postkomunistycznych. Następna Litwa miała tę średnią na poziomie 58,09 proc. A mówimy o najbardziej oczywistym przejawie partycypacji, czyli udziale w wyborach – i to tych do parlamentu, którego losy Polacy śledzą oglądając telewizyjne wiadomości!

Niestety w wyborach lokalnych, czyli tam gdzie zapadają decyzje dotyczące ich podwórek, Polacy też nie chcieli brać udziału: frekwencja wyborcza w 2010 roku wyniosła 47,32 proc. Co znamienne, najmniej ludzi chciało wybierać prezydentów dużych miast. To właśnie tam frekwencja była najniższa: Poznań – 38,4; Wrocław i Katowice – 39,4; Gdańsk – 39,7; Kraków – 43,2 proc. Dlaczego? Czyżby władze lokalne były w dużych miastach takie genialne? Czy mieszkańcy nie mają tam na co narzekać?

Oczywiście, że mają: wystarczy poczytać lokalne fora internetowe czy komentarze pod wiadomościami lokalnych mediów. Pełni oburzenia psioczą na przekazanie kolejnych milionów złotych z miejskiej kasy – a więc z ich podatków – na utrzymanie pustego stadionu zbudowanego na Euro czy grającego na nim klubu piłkarskiego. Trafnie wskazują ulice do pilnego remontu czy osiedla, do których warto zbudować linię tramwajową. Żądają zmian. Rozsądku. Po czym wyłączają komputery, a wraz z nimi swoje zainteresowanie sprawami publicznymi.

Można by mieć za złe tej milczącej większości, skupionej na zarabianiu na rodziny i wychowywaniu dzieci, że nie robi nic więcej. Jednak ona tak właśnie rozumie swoje obowiązki obywateli miasta. Większości tych ludzi nikt nie nauczył, że ma poważniejszy wpływ na to, co się dzieje, niż uczestnictwo w elekcjach raz na cztery lata. Przede wszystkim zaś nikt im nie uświadomił, że partycypacja to ich obowiązek.

W Polsce wyborcom nie mówi się o obowiązkach. Wiedzy o tym, że w demokracji, oprócz wolności, wymaga się także realnego udziału, rodzice nie wpoją swoim dzieciom. Bo sami jej nie mają. Politykom również na tym nie zależy, bo łatwiej jest rządzić „mieszkańcami” niż świadomymi obywatelami. A eksperci nie rwą się do tego, bo staliby się niepopularni.

Polakom się należy. Od Polaków się nie wymaga. I władze poszczególnych miast pokazują, że doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego mechanizmu. Ich polityka opiera się na jednym założeniu: robić tak, żeby milcząca większość kojarzyła ich pozytywne działania. Na przykład zbudować nową drogę, bo nią łatwo się chwalić – ale już raczej nie wydawać pieniędzy na utrzymanie w przyzwoitym stanie torowisk czy chodników, bo to mało atrakcyjny materiał na PR.

Dlatego właśnie we Wrocławiu, jednym z najbardziej płaskich miast Polski, zdecydowano się zbudować kolejkę linową nad rzeką, zamiast kładki. Bo kolejka jest wyjątkowa i nawet jeśli rozwiązanie alternatywne byłoby bardziej praktyczne – znacznie łatwiej się nią pochwalić. Wszak nie ma nic pospolitszego niż kolejna kładka w „mieście stu mostów”. Znamienne jest, że o kładkę walczyły ramię w ramię dwa najbardziej widoczne NGOs-y w mieście: Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia i Wrocławska Inicjatywa Rowerowa.

Jednak urzędnicy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że milcząca większość tematem kładki nie będzie zainteresowana, mogli aktywistów radośnie zignorować. Wiedzieli bowiem doskonale, że ta większość w najlepszym przypadku ograniczy się do „protestów plug-in” – wypisywania pełnych oburzenia komentarzy na stronach lokalnych mediów.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż dla lwiej części obywateli na tym kończy się ich udział w życiu publicznym miasta. Natomiast o rozsądek w sposób dopuszczany przez prawo, a wymagany w demokracji (pisanie pism czy składanie wniosków do planów miejscowych, o protestach w postaci happeningów nie wspominając), musi się dobijać garstka zapaleńców. Garstka, której kluczowe argumenty łatwo wytrącić z ręki plebiscytem pod hasłem „budżet obywatelski”.

Na przykładzie Wrocławia łatwo pokazać, iż nasi samorządowcy doskonale rozumieją zjawisko, o którym mówił Jeremy Till: partycypację – nawet tak kulawą, z jaką mamy do czynienia w Polsce – świetnie da się wykorzystać do łagodzenia nastrojów. „Powiedzcie nam, kochani mieszkańcy, na co wydać 20 milionów złotych” – proszą urzędnicy, przekonani, że sami wiedzą najlepiej, na co wydać pozostałe 3,4 miliarda. Są zadowoleni, bo skanalizowali głosy mówiące, że władza nie słucha obywateli.

A mieszkańcy… też są zadowoleni, bo nie muszą się niczym interesować. Milcząca większość nie ma czasu ani potrzeby śledzić to, co się dzieje w mieście. By brać czynny udział w podejmowaniu decyzji. „Ktoś” zrobi to za nich, a dopóki ciepła woda w kranie jest, a sznur aut – wolno, bo wolno, ale jednak – się rusza, niech o lepsze życie dopominają się wariaci z ruchów miejskich. „Bo my, mieszkańcy, mamy ważniejsze problemy. Na przykład dlaczego to Nowak dostał awans, skoro on jest w firmie tylko dwa lata, a ja cztery…?”.

Dlatego dopóki tej milczącej większości ktoś nie wytłumaczy, że to, jak wyglądają sprawy wokół jej domów, drogocennych samochodów czy szkół ich pociech, zależy właśnie od jej postawy – nic nie ma prawa się zmienić.

*Bartłomiej Knapik – były dziennikarz i redaktor naczelny wrocławskich mediów, były sekretarz, a obecnie członek zarządu Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia