Newsletter

Miłość w czasach chaosu

Aleksandra Kaniewska, 09.01.2014
Największym szczęściem jest posiadanie troskliwej, kochającej, bliskiej nam rodziny, która… żyje w innym mieście niż my

Największym szczęściem jest posiadanie troskliwej, kochającej, bliskiej nam rodziny, która… żyje w innym mieście niż my

Aleksandra Kaniewska: Biorąc do ręki waszą książkę „Miłość na odległość”, nie spodziewałam się, że przeczytam socjologiczną wersję „Miłości w czasach zarazy” Márqueza. Opisujecie wielokulturowe układy rodzinne, rodziny światowe, filipińskie „mamy na telefon” i „brzuchy do wynajęcia”, czyli surogatki. Ten globalny chaos miłości jest dość przerażający…

Ulrich Beck: Naprawdę tak to pani odebrała? Choć w sumie nie powinienem się dziwić. Żyjemy w świecie, w którym wszystko, co do tej pory znane – miłość, związki, rodzina – zmienia się na naszych oczach. Zmieniło się na przykład terytorium wymagane do utrzymania związków miłosnych i rodzinnych. Kiedyś, by mogły funkcjonować, musiały być ograniczone do jednego wymiaru: tego samego kraju, miasta, tej samej kultury, języka, religii czy klasy społecznej. W latach 80. zaczęliśmy obserwować pierwsze zmiany…

To wtedy napisaliście, też razem, książkę „Normalny chaos miłości”, która ukazała się w 1995 roku.

U.B.: Dziś już nie użylibyśmy przymiotnika „normalny”. To zadziwiające, że zaledwie dekadę później mocno potrzebujemy nowego spojrzenia na ten pejzaż sposobów na życie.

I na miłość!

U.B.: Głównie na miłość, bo ona jest w centrum wszystkiego.

Elisabeth Beck-Gernsheim: Ten chaotyczny świat miłości może wydawać się przerażający, bo współczesne związki nie są proste. Z drugiej strony można się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek takie były. Wystarczy pogrzebać w niedalekiej nawet historii, by zobaczyć, że w wielu aspektach dawniej ludzie mieli gorzej. Dziś większość z nas ma wybór: jeśli ktoś jest nieszczęśliwy w małżeństwie, może się rozwieść, przeprowadzić, zmienić pracę i zacząć nowe życie. Przeprowadzka nie musi oznaczać braku kontaktu z rodziną i przyjaciółmi, bo istnieją nowoczesne narzędzia komunikacji, które nam w tym pomagają.

U.B.: Niektóre aspekty tej transformacji pojmowania i praktykowania miłości mogą się wydawać straszne, ale jako socjolodzy staraliśmy się ich nie oceniać. Nie przeszkodziło nam to nie zgadzać się w wielu kwestiach podczas pisania książki. Bywało gorąco (śmiech).

O co się spieraliście?

E.B.G.: Wciąż najbardziej różnimy się w ocenie tego, jak zmiany miłosnych modeli życia wpływają na pozycję kobiet na rynku pracy. Dla mnie otwierają nas tak samo na korzyści, jak na problemy. Mój mąż jest większym optymistą.

U.B.: Bo w tych zmieniających się układach widzę też wiele szans dla kobiet. Tak dzieje się w przypadku filipińskich „mam na telefon”, które masowo wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych czy Izraela, żeby pracować jako sprzątaczki, opiekunki dzieci czy osób starszych. Robią to oczywiście dla swoich rodzin – dzięki wysyłanym do domu pieniądzom dzieci mogą się kształcić i dorastają w dobrych warunkach. Z drugiej strony nie można nie dostrzec elementu emancypacyjnego: one często opuszczają bardzo tradycyjne społeczności, które hamowały ich rozwój. W nowym miejscu mają własne pieniądze, podróżują, poznają języki. To dla nich szkoła życia.

Te kobiety często przelewają tęsknotę za dziećmi na dzieci pracodawców, którymi się opiekują. Nazywacie to „globalnym przeszczepem serca”, który utrwala nierówności społeczne. Miłość matczyna zostaje zabrana dzieciom z biednych krajów, by służyć tym z bogatych.

U.B.: To bardzo skomplikowana sytuacja. Proszę pomyśleć – kiedyś to bliskość była formą opieki nad kimś. Teraz niekiedy trzeba się oddalić, żeby móc zaopiekować się swoją rodziną.

Widać też jedną zasadniczą różnicę: kiedyś to mężczyzna emigrował za pracą, teraz wyjeżdżają kobiety. To też część swoistej emancypacji.

E.B.G.: Rzeczywiście, dzięki uprzemysłowieniu część prac fizycznych wykonują dziś za człowieka maszyny, zwykle ulokowane w Azji. Ale w tych zmianach modeli pracy i życia rodzinnego ważny jest jeden główny koszt: dzieci, które zostają. Dorastające bez któregoś z rodziców.

Czytaj całość

Źródło: Gazeta Wyborcza