Newsletter

Obywatel internauta

Ethan Zuckerman, 07.01.2014
Obywatelska aktywność musi być efektem starannie przemyślanej strategii i podlegać ewaluacji

Obywatelska aktywność musi być efektem starannie przemyślanej strategii i podlegać ewaluacji. Ludzie muszą sobie odpowiedzieć nie tylko na pytanie, co chcą zmienić. Kluczową kwestią jest, jak to zrobić? – mówi Ethan Zuckerman w rozmowie z Weroniką Przecherską

Weronika Przecherska: Mam wrażenie, że im częściej mówiło się w ubiegłym roku o kryzysie, tym większe było zaangażowanie i aktywność obywateli. Dlaczego na globalne kłopoty reagujemy aż taką chęcią działania?

Ethan Zuckerman: Jesteśmy dziś w okresie przejściowym. Kiedyś obywatele tylko wybierali swoich reprezentantów. Ci zaś podejmowali za nich decyzje. Dziś zaufanie do instytucji maleje. Obywatele zaś są coraz bardziej sfrustrowani demokracją reprezentatywną i dlatego sami angażują się w zmienianie otaczającej rzeczywistości. Czują, że osobiście muszą brać udział w tym, co dzieje się wokół nich.

Ten model jest oczywiście nowy i tym samym kruchy oraz – nie ma się co oszukiwać – w wielu wypadkach nieefektywny.

Początki nigdy nie są łatwe. Trudno jednak zaprzeczyć: spora część obywatelskich zrywów spełza na niczym.

Ale niemądrze byłoby odrzucić ten system z powodu braku efektywności. Trzeba po prostu dokładniej mu się przyjrzeć i ocenić, co w nim nie działa. I zastanowić się, co do tej pory się sprawdziło. Mam nadzieję, że zmierzamy w kierunku sytuacji, w której obywatelska aktywność stanie się efektem starannie przemyślanej strategii, jej efekty zaś będą podlegać ewaluacji.

Ludzie muszą sobie odpowiedzieć nie tylko na pytanie, co chcą zmienić. Kluczową kwestią jest, jak to zrobić? W jaki sposób najlepiej wpłynąć na rzeczywistość, z której nie jesteśmy zadowoleni. Wprowadzić nowe rozwiązania prawne? Zaplanować spektakularną kampanię społeczną, czy zbudować innowacyjną aplikację internetową?

Ty próbujesz odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób wykorzystać internet do budowania świadomego i zaangażowanego społeczeństwa, tzw. cyfrowych obywateli. Sądzisz, że łatwiej jest działać na rzecz zmiany przed ekranem komputera lub ze smartfonem w dłoni?

Nie oszukujmy się, technologia pozwala nam skrzyknąć wielu ludzi, zorganizować demonstrację i wyjść na ulicę. Nie ułatwia jednak rozwiązania problemów, przed którymi stoimy. Co więcej, ponieważ zorganizowanie protestu jest dziś tak proste, ruchy te prawdopodobnie nie są aż tak silne jak kiedyś i w dłuższej perspektywie mogą niewiele zmieniać.

Sieć nie sprawi, że pewne zachowania okażą się bardziej lub mniej prawdopodobne. Trzeba jednak zadać sobie pytanie, co będzie utrudniać, a co stanie się dzięki niej łatwiejsze.

Przede wszystkim pozwala nam wiedzieć więcej.

Internet, wbrew pozorom, nie gwarantuje nam szerszego spojrzenia na świat. Wręcz przeciwnie, w wielu przypadkach ułatwi nam odcięcie się od przeciwstawnych czy nieznanych poglądów czy opinii. Większe jest też prawdopodobieństwo, że znajdziemy w sieci informacje zgodne z naszym światopoglądem niż te, z którymi się nie zgadzamy.

Z internetem jest tak, jak z wymarzonym miastem. Wyobrażamy sobie metropolie jako kosmopolityczne miejsca, gdzie spotykają się przedstawiciele różnorodnych kultur, wyznań czy światopoglądów. W rzeczywistości z reguły idziemy wypić kawę w tej samej kawiarni, spotykamy tych samych ludzi, izolujemy się w swoich gettach.

Coraz bardziej spersonalizowany internet podpowiada nam strony, które i tak nas interesują. A my sami, z reguły przy porannej kawie, czytamy wciąż to samo.

Co więcej, filtrujemy świat na zasadzie „my” i „oni”. Podstawą tych podziałów jest nasze położenie geograficzne, polityka czy ideologia. W dobie telewizji czy prasy o tym, co najważniejsze, decydowali redaktorzy. Mieli świadomość, że uwaga widza jest ograniczona. Podobnie jak limitowany jest czas, kiedy można do niego dotrzeć.

Wraz z rozwojem internetu jesteśmy coraz bardziej odporni na tego typu sugestie. Dziś o tym, co jest dla nas najistotniejsze, decydujemy sami lub robią to nasi znajomi. I myślę, że im bardziej odwracamy się od tych tradycyjnych mediów, tym w większym stopniu zagraża nam izolacja, polaryzacja czy też utrata możliwości odkrywania.

I w efekcie niezbyt wiele uwagi poświęcamy wiadomościom zagranicznym… Szukamy za to potwierdzenia naszych poglądów i stronimy od przeciwników politycznych.

Wygląda to dokładnie tak: siadamy przed komputerem, wiedząc, czego szukamy. Decydujemy: chcemy wiedzieć więcej na taki temat i dzięki wyszukiwarce internetowej otrzymujemy odpowiedź. Czy jednak mamy świadomość, czego potrzebujemy lub co powinniśmy wiedzieć? Przecież kierują nami wyłącznie nasze zainteresowania, przemyślenia czy wiedza.

System wyszukiwania nie jest jednak przystosowany do zwrócenia naszej uwagi na konkretny problem, np. prawa związków zawodowych. Nie interesuje nas ten temat, dlatego nie poświęcamy mu czasu. Nawet jeśli powinniśmy. Nie mówiąc już o wątpliwościach, czy powinniśmy otrzymywać odpowiedź na wszystkie nasze pytania?

A media społecznościowe – dla wielu to one bywają źródłem inspiracji?

W mediach społecznościowych może to zadziałać nieco inaczej. Podpowiedź mogą przecież stanowić nieznane nam dotąd wyszukiwania naszych przyjaciół i znajomych w sieci. W tym sensie sieci społecznościowe mają szansę stać się potężnym systemem. Jednym z warunków jest jednak posiadanie grupy różnorodnych przyjaciół o wielu zainteresowaniach. W przypadku, gdy są to ludzie bardzo do ciebie podobni, raczej się to nie uda.

Im większa mieszanka światopoglądów i zwyczajów w twoich „społecznościówkach”, tym szersza perspektywa w patrzeniu na świat?

Zgadza się, to spora dawka wiedzy. Przecież to właśnie dzięki swoim znajomym zwracasz uwagę na niektóre kwestie. Większe jest też prawdopodobieństwo, że jakiś problem cię zainteresuje, właśnie dlatego, że piszą o nim twoi przyjaciele.

Warto się zastanowić, jak ważną rolę w sieci odgrywają ludzie, których łączą różne grupy i obszary zainteresowań. Przykładowo ci, którzy mają wśród przyjaciół zarówno Polaków, jak i Amerykanów, mogą zwracać uwagę swoich znajomych na to, co dzieje się w tym drugim kraju. Znaczenie takich „tłumaczy” pomiędzy kulturami z biegiem czasu wzrośnie. Powinniśmy się jednak przyglądać również tzw. kuratorom informacji (z ang. „news curators” – osoby stale zbierające i udostępniające online najważniejsze wiadomości dotyczące danego zagadnienia – wp). Przecież to oni, wybierając wysokiej jakości źródła wiedzy, mają olbrzymią siłę przebicia. I co w gruncie rzeczy jest dość oczywiste, łatwiej wybrać nowych „kuratorów” niż znajomych.

Przybywa takich „tłumaczy kultury” – choćby blogerów w projekcie GlobalVoices, którego jesteś współzałożycielem. Masz również doświadczenia multikulturowe – czy były one dla ciebie inspiracją do myślenia w ten sposób o internecie?

Zdecydowanie tak. Czas spędzony w zachodniej Afryce bardzo poszerzył moją perspektywę. Z pewnością dlatego więcej uwagi poświęcam kwestiom związanym z tym kontynentem niż ci, którzy nigdy tam nie mieszkali. Trzeba jednak pamiętać, że zakorzenienie w dwóch lub więcej kulturach to rodzaj przywileju. Niekoniecznie będzie on udziałem każdego z nas.

Czy jednak każdy z nas musi mieć takie osobiste doświadczenie mieszkania w innym kraju, by wiedzieć więcej? A może trzeba iść drogą na skróty i wykorzystać technologię tak, aby ludzie byli bardziej empatyczni i chętniej wspierali tych mieszkających w innych częściach świata? Tu internet może okazać się niesłychanie pomocny.

*Ethan Zuckerman – amerykański blogger i aktywista internetowy. Jest dyrektorem Center for Civic Media na Massachusetts Institute of Technology, wykłada w laboratorium Media Lab oraz jest współzałożycielem projektu GlobalVoices. W 2013 r. opublikował książkę „Rewire: Digital Cosmopolitans in the Age of Connections”.