Newsletter

Miasta dla młodych, miasta dla wszystkich

Maciej Czeredys, 02.01.2014
Młodzi ludzie nie mają szczególnych wymagań wobec miasta. Potrzebują tego, co większość: wygodnego mieszkania, fajnych ludzi wokół, sprawnej komunikacji, miejsc do rozrywki i wypoczynku

Mam wrażenie, że młodzi ludzie nie mają szczególnych wymagań wobec miasta. Potrzebują tego, co większość: wygodnego mieszkania, fajnych ludzi wokół, sprawnej komunikacji, miejsc do rozrywki i wypoczynku – mówi Maciej Czeredys w rozmowie z Grażyną Grochocką

Maciej Czeredys: Na początku muszę się przyznać, że obawiam się kategorii typu „miasto dla młodych”, „miasto dla starych”, „miasto dla kreatywnych”.

Grażyna Grochocka: Nie wiem, czy da się tego uniknąć.

Zapewne nie. W urbanistyce kategoryzowanie jest potrzebne, ponieważ za podejmowanymi przez nas decyzjami stoją pewne standardy. Przykładem takich standardów dla modernistów był dostęp do naturalnego światła, terenów zielonych, infrastruktury społecznej. Przez wiele lat stanowiły one zasadnicze kierunki w planowaniu przestrzeni w Polsce, choć często pozostawały na papierze. Niestety obecnie nie ma ich już nawet w teorii.

Wydaje mi się, że w tle pytania o „miasta dla młodych” kryje się właśnie pytanie o współczesne standardy pozwalające na zaspokajanie potrzeb tej grupy. Co do zasady uważam, że lepiej jest operować kategoriami potrzeb, a nie użytkowników (np. potrzeba fizycznej dostępności, a nie np. potrzeby osób niepełnosprawnych). Podział na grupy użytkowników może mieć znaczenie dla skonstruowania trafnego zbioru różnych potrzeb, z których część może znakomicie się dopełniać (np. potrzeba fizycznej dostępności infrastruktury publicznej dla osób na wózkach, osób z wózkami albo bagażem). Niektóre potrzeby mogą wymagać zupełnie różnych warunków przestrzennych. Przykładowo potrzeba relaksu w przypadku np. młodych, którzy częściej chcą się intensywnie bawić wiąże się z hałasem. Większość osób starszych oczekuje natomiast ciszy, dlatego odpowiednie przestrzenne rozdzielenie tych dwóch grup wydaje się sensowne.

Mimo to istnieją przecież miasta znane z jakiejś jednej, charakterystycznej rzeczy. Na przykład Toruń jest uznawany za miasto studenckie, w którym życie trwa od października do czerwca.

Z tego, co słyszałem w Lublinie jest podobnie, ale warto zadać sobie pytanie: czy to dobrze? Czy duże miasto powinno pustoszeć po wyjeździe studentów? Jak ma funkcjonować lokalna przedsiębiorczość, gdy większość klientów wyjeżdża na kilka miesięcy w roku? To problemy różnych monofunkcyjnych miast, dawniej np. miasta przemysłowego. Gdy utrzymująca miasto fabryka upada, wraz z nią upada cała okolica. Nakładanie metki na miasto jest niebezpieczne i zawsze ogranicza horyzont myślowy. Najczęściej „metkowanie” miasta ma znaczenie wyłącznie marketingowe, jako sposób wyróżnienia się na tle pozostałych.

Jednak miasto dla młodych nie musi oznaczać miasta studenckiego. Nie musi nawet oznaczać miasta imprezowego.

Faktycznie, to taki stereotyp, że młodzi potrzebują tylko klubów. Wynika on być może z tego, że nie ma dokładnej analizy potrzeb tej grupy ludzi. Jednak najpierw trzeba zdefiniować, o jakich młodych mówimy. Jeżeli spojrzymy na młodych dorosłych tzn. w wieku 20 -35 to szybko zauważymy jak zróżnicowana jest ta grupa: studenci, rodzice, bezrobotni, single. Na przykład wiele osób z tej grupy ma małe dzieci, więc miasto musi być dla nich przede wszystkim dostępne fizycznie i ekonomicznie. Miejsca do przewijania dzieci w toaletach, park, plac zabaw, wolne miejsce w żłobku lub przedszkolu w pobliżu miejsca zamieszkania, winda w budynku okazują się podstawowym standardem dla tych osób. Ponadto potrzebne są miejsca, gdzie tacy młodzi rodzice mogą spędzić czas, odpowiednie kluby czy kawiarnie, ale także minimum przeszkód po drodze, aby do tych miejsc wygodnie dojść, a więc np. równe chodniki i brak schodów. Niedostępność fizyczna wywołuje dystans psychiczny. Ludzie niechętnie będą korzystać z miasta, po którym z trudem się poruszają. Niestety popularną alternatywą stają się wówczas centra handlowe. Poza tym dla osób młodych, często buntowniczych, ważny jest poziom ograniczeń i kontroli społecznej. Spójrzmy np. na zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych: w naszej kulturze alkohol jest naturalnym elementem spotkania ze znajomymi (oczywiście, w rozsądnych granicach), tymczasem w Polsce alkohol w miejscach publicznych jest zakazany prawnie, a z drugiej strony króluje kultura sklepów monopolowych czynnych non-stop.

W Madrycie nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, więc młodzi ludzie często chodzą do parku, żeby wypić piwo ze znajomymi. Ponieważ jest to legalne, piją w zupełnie inny sposób, a do tego wydają na alkohol trzy razy mniej pieniędzy niż my.

To sprzyja relacjom społecznym. Ludzie przebywają razem w przestrzeni publicznej i to nie w homogenicznych grupach, tylko w miejscu, w którym mogą poznać kogoś innego. Penalizowanie kulturalnego picia alkoholu w miejscach publicznych wywołuje stres, generuje koszty dla mieszkańców, a przede wszystkim nie pomaga budować kultury picia, której nam bardzo brakuje. Ludzie bywają agresywni także bez alkoholu. Na Zachodzie w wielu krajach alkohol jest tolerowany w miejscach publicznych. Czy to naprawdę aż taki problem?

Młodzi ludzie zwykle mają bardzo mało pieniędzy, bo nie mieli jeszcze czasu albo możliwości ich zarobić. To odbija się m.in. na ich sytuacji mieszkaniowej. W Warszawie jest dużo mieszkań pod wynajem, ale ich ceny są często dla młodych ludzi zaporowe.

Faktycznie, mówi się, że np. w Warszawie nie ma deficytu mieszkań, choć też nie ma nadmiaru. Problemem jest dostępność finansowa. Po co wynajmować 2-pokojowe mieszkania i żyć w nich np. w cztery osoby? Dla młodych ludzi, często studentów, to jedyna możliwość.

Praktycznie nie ma tu wsparcia państwa, buduje się zbyt mało mieszkań komunalnych i za mało jest programów pomocy, by sytuacja mogła się zmienić. Wdrażane programy są zazwyczaj przeznaczone dla osób, które mają zdolność kredytową. Na samym starcie wyklucza to ogromną liczbę młodych ludzi. Ponadto programy pomocy wiążą się z zaciągnięciem kredytu komercyjnego, którego koszty są ogromne, a udzielona pomoc publiczna tylko ogranicza wysokość rat kredytu. Co więcej, programy te wprowadzają ograniczenia związane z wysokością cen mieszkań, więc bardziej się opłaca budować, a więc i kupować na obrzeżach miast, gdzie grunty są dużo tańsze. Młodzi ludzie, którzy potrzebują dostępu do infrastruktury miejskiej, do kultury, ochrony zdrowia, edukacji, na sklepach kończąc oddalają się od niej. W efekcie z kredytem na szyi tkwią w korkach pomiędzy domem, pracą, sklepami, szkołą.

Mam wrażenie, że w Warszawie powstaje coraz więcej typowo amerykańskich przedmieść, gdzie są jedynie domy, mieszkania i nic więcej. Tak było na Kabatach, gdzie lokale pomyślane jako przyszłe kawiarnie, puby i knajpy stały się aptekami i bankami. Nagle nie ma gdzie miło spędzić czasu.

Mieszkanie warto widzieć nie tylko, jako sam lokal – pokój, kuchnię, łazienkę, ale tzw. środowisko mieszkaniowe. To czy jest ono dobre czy złe zależy od wielu czynników, ale przede wszystkim dobre środowisko mieszkaniowe to dostępność infrastruktury zarówno technicznej (np. wygodna komunikacja publiczna) jak i społecznej (np. dobra szkoła) i to na ile ono sprzyja nawiązywaniu kontaktów społecznych. Ważne jest również to abym nie potrzebował samochodu, ilekroć robię zakupy. A tak niestety dzieje się coraz częściej.
Ze społeczno-ekonomicznego punktu widzenia nie ma zgody, co do tego, czy dom, mieszkanie to towar, czy dobro, bez którego jest się „bezdomnym”, upośledzonym społecznie. Ale załóżmy, że jest to towar, to wciąż jest to towar jedyny w swoim rodzaju – finansujemy go ze swoich wieloletnich dochodów. Z punktu widzenia jednorazowego zakupu nie ma niczego równie kosztownego. Musimy znaleźć jakieś dobre mechanizmy wsparcia dla tworzenia dostępnego i dobrego środowiska mieszkaniowego, a więc i mieszkań. Tego dziś bardzo w Polsce brakuje. Efektem niskiego standardu mieszkaniowego nie jest bezdomność, ale ogromne przegęszczenie.

Ciekawe rozwiązanie znalazł Wiedeń, który 80 lat temu miał pod tym względem najgorszą sytuację w Europie, a teraz ma jedną z najlepszych. Tam większość lokali to mieszkania komunalne zarządzane przez specjalne spółki dostępne również dla zamożniejszych mieszkańców. Poza tym z urbanistycznego punktu widzenia miasto jest planowane kompaktowo obok nowego osiedla budowana jest szkoła i park. Gdy szkoła jest niedaleko, rodzice mogą odprowadzać dzieci na piechotę, znika, więc problem dowożenia, parkowania itp.
Wszystko, o czym mówimy, to tak naprawdę uniwersalne potrzeby. Dostępność fizyczna jest też ważna dla osób starszych czy niepełnosprawnych, a tanie mieszkania – dla ubogich.

Jak wspomniałem młodzi dorośli to grupa bardzo zróżnicowana, od studentów poprzez robiących karierę młodych rodziców aż po wiecznych singli. Uważam, że w urbanistyce trzeba trzymać się zasady uniwersalności, by nie tworzyć gett i sztucznie nie oddzielać ludzi od siebie, a jednocześnie tworzyć przestrzenie możliwe inkluzywne i odporne na zmiany.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie nie mają jakichś szczególnych wymagań wobec miasta. Potrzebują tego, co większość: wygodnego mieszkania, fajnych ludzi wokół, sprawnej komunikacji, miejsc do rozrywki i wypoczynku. Żeby sprostać tym w sumie skromnym wymaganiom potrzeba jednak całościowego, kompleksowego podejścia tak, aby w miastach przyjaznym młodym było też lepiej i starszym, którymi ci młodzi prędzej czy później się staną.

*Maciej Czeredys – architekt, urbanista, dawniej pracownik Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Warszawie, przez kilka lat zastępca Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, zwolennik strategii niskobudżetowej rewitalizacji i ograniczania polityki rozrostu miasta na rzecz wzmacniania istniejących zasobów miejskich.