Newsletter

Bliżej do euro?

Jan Gmurczyk, 31.12.2013
Dołączenie do strefy euro wydaje się w przypadku Polski korzystne, lecz ani nie zastąpi, ani nie powinno wyprzedzać reform koniecznych do stworzenia silnych fundamentów wysoko wydajnej gospodarki

Dołączenie do strefy euro wydaje się w przypadku Polski korzystne, lecz ani nie zastąpi, ani nie powinno wyprzedzać reform koniecznych do stworzenia silnych fundamentów wysoko wydajnej gospodarki

Pod koniec 2012 roku, po dłuższym okresie „przygaszenia”, temat przystąpienia Polski do strefy euro ponownie stał się jednym z głośniejszych w polskiej debacie publicznej. Czy dziś, gdy rok 2013 przechodzi już do historii, nasz kraj jest bliżej eurolandu niż 12 miesięcy temu?

To pytanie wydaje się szczególnie interesujące w płaszczyźnie społecznego poparcia dla wymiany waluty. Można byłoby bowiem oczekiwać, że euro, które w dobie kryzysu zaczęło wielu obywateli wręcz odstraszać, po wspomnianym okresie intensyfikacji debaty znów zyska na atrakcyjności. Przecież impuls do ożywienia dyskusji nad członkostwem Polski w eurolandzie pojawił się w świetle nowych argumentów na rzecz przyjęcia euro. Na ile jednak były one w stanie przełamać obawy przed integracją walutową?

Polacy wciąż zdystansowani

Jak informuje piąty numer „Monitora opinii publicznej” Ministerstwa Finansów, stosunek „raczej negatywny” lub „zdecydowanie negatywny” do wprowadzenia w Polsce euro zadeklarowało w maju 2013 roku łącznie 58 proc. badanych. Z każdą edycją „Monitora” ten odsetek stopniowo rośnie. Co więcej, w sprawach związanych z wprowadzeniem euro w Polsce w stopniu „raczej dobrym” czuło się poinformowanych 18 proc. respondentów, zaś w stopniu „bardzo dobrym” – tylko 1 proc. Poziom tych wskazań pozostaje od kilku lat podobny. Warto także odnotować, że między październikiem 2012 roku a majem 2013 roku nasiliły się wszystkie badane w „Monitorze” obawy związane z przyjęciem euro.

Sugerowałoby to, że rozważania o eurolandzie w mijającym roku być może zelektryzowały środowiska ekonomistów i polityków, ale nie przebiły się szerzej do społeczeństwa. Co gorsza, na wiosnę, gdy debata o euro w Polsce zaczynała powoli cichnąć, powszechną uwagę przykuła nowa odsłona europejskiego kryzysu – tym razem na Cyprze. Trudno uznać to za okoliczności budujące pozytywny wizerunek strefy euro, zwłaszcza że w toku negocjacji nad planem ratunkowym dla śródziemnomorskiej wyspy pojawił się kontrowersyjny pomysł opodatkowania depozytów bankowych.

Dyskusje eksperckie nie zastąpią kampanii

Tym samym w 2013 roku przekonaliśmy się, że nawet dynamiczne ożywienie dyskusji eksperckich to zbyt mało, by obywatele poczuli się lepiej zorientowani w sprawie tak poważnej i złożonej jak wymiana waluty. Aby w tej kwestii można było zanotować widoczną poprawę, konieczna wydaje się rozłożona nawet na kilka lat, szeroko zakrojona kampania informacyjna. Jej podstawą powinno być rzetelne wykładanie obiektywnych argumentów językiem prostym i konkretnym, także podczas bezpośrednich rozmów z obywatelami.

Taka kampania powinna rozpocząć się z dużym wyprzedzeniem w stosunku do planowanej daty wprowadzenia euro. Wyprzedzeniem tym większym, że bez poparcia społecznego zapewne trudniej będzie o szeroki konsensus polityczny, który w tym przypadku ma przecież podstawowe znaczenie. Co więcej, brak wiedzy o euro zwiększa ryzyko wystąpienia nieuzasadnionego wrażenia wzrostu cen (tzw. iluzji euro), co jest zjawiskiem niekorzystnym dla gospodarki.

Euro wymaga konkurencyjności

Ktoś mógłby wysnuć wniosek, że głośna debata w 2013 r. nad wprowadzeniem euro w Polsce pozostała bez echa. Takie postawienie sprawy byłoby jednak błędne, bo to właśnie słowa, które padły w ostatnich miesiącach, świadczą o największym postępie na drodze Polski do eurolandu.

Dyskusje eksperckie sprzyjały konfrontowaniu najróżniejszych argumentów, dlatego dziś rozumiemy lepiej, jakich przygotowań wymaga od Polski przyjęcie euro. Doświadczenia kryzysowe eurolandu sugerują, iż spełnienie samych tylko kryteriów konwergencji nominalnej nie wystarcza, by gospodarka mogła czerpać korzyści z integracji walutowej bez obaw o zagrożenia takie jak spadek konkurencyjności czy destabilizacja rynku nieruchomości.

W przypadku Polski przyjęcie wspólnej waluty musi być poprzedzone przede wszystkim wzrostem innowacyjności sektora prywatnego, ułatwieniami w prowadzeniu działalności gospodarczej, rozwiązaniem najważniejszych problemów na rynku pracy, wzrostem jakości nauczania na wszystkich szczeblach systemu edukacji (zwłaszcza na poziomie średnim i wyższym) oraz trwałym zrównoważeniem finansów publicznych.

Nawiasem mówiąc, te kroki są potrzebne polskiej gospodarce niezależnie od przyjęcia euro. A skoro tak, to z ekonomicznego punktu widzenia pytanie o datę wprowadzenia wspólnej waluty ma w dużej mierze charakter wtórny. Dołączenie do strefy euro wydaje się w przypadku Polski korzystne, lecz ani nie zastąpi, ani nie powinno wyprzedzać reform koniecznych do stworzenia silnych fundamentów wysoko wydajnej gospodarki i postępu cywilizacyjnego. W długim okresie wspólna waluta ma w stosunku do konkurencyjności charakter komplementarny, a nie substytucyjny.

Kierunek dla Polski

Zauważmy też na koniec, że strefa euro w ostatnich latach jasno dowiodła swej stabilności. Każdy organizm gospodarczy przeżywa czasem kryzysy, zwłaszcza jeśli jest tak młody jak europejski projekt integracji walutowej. Ale to właśnie w ogniu próby ujawnia się jego prawdziwy charakter.

Wbrew fali obserwowanego w ostatnich latach pesymizmu, euroland nie rozpadł się i wcale się na to nie zanosi. Wprost przeciwnie: strefa euro stopniowo zacieśnia więzy integracji, a od 1 stycznia 2014 roku powiększy się o Łotwę.

Biorąc więc pod uwagę wspomniane względy, jak również fakt, że polityczna i gospodarcza współpraca ogniskuje się w Unii Europejskiej właśnie w strefie euro, trzeba przyznać, że rok 2013 dał nam wyraźne wskazówki, w którą stronę i jakim tempem powinna zmierzać Polska.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego