Newsletter

Liberalnie w islamie? Czasem

Aleksandra Łojek, 11.12.2013
Iran zajmuje dziś drugie miejsce na świecie, zaraz po Tajlandii, pod względem ilości przeprowadzanych operacji korekty płci

Iran zajmuje dziś drugie miejsce na świecie, zaraz po Tajlandii, pod względem ilości przeprowadzanych operacji korekty płci

Pewien znany w świecie islamu szejch i prawnik muzułmański Jusuf Al-Qaradawi, który wśród wiernych sunnickich ma wielki posłuch, wydał fatwę (orzeczenie prawne, nie klątwę), w której omówił kwestię seksu oralnego – i zaakceptował go jako jeden ze sposobów obcowania seksualnego w małżeństwie.

Irański Ajatollah Chomeini, architekt Rewolucji Islamskiej, ten sam, który nakazał, również przy pomocy fatwy, zabicie Salmana Rushdiego za popełnienie apostazji i bluźnierstwo (ich dowodem była książka „Szatańskie wersety”), zaakceptował operacyjną korektę płci i usankcjonował prawnie w 1987 roku.

Leczenie homoseksualizmu zmianą płci

W Islamskiej Republice Iranu operacyjna zmiana płci jest w połowie refundowana przez państwo i nie stanowi grzechu. Co więcej, uważa się ją za terapię leczącą z… homoseksualizmu. Bo ten jest karany śmiercią, jak przewiduje kodeks karny Iranu z 1996 roku (do którego poprawki wprowadzono w 2012 r.), a dokładnie art. 109, sekcja 1, rozdz. 2.

Zatem uznanie, że homoseksualista jest transgender może uratować mu życie,  jeśli diagnozę tę potwierdzi sześciu niezależnych seksuologów. Muhammad Mehdi Karminia, który napisał pracę doktorską na temat irańskich transseksualistów (jest jednocześnie klerykiem w mieście Qom – ośrodku akademickim i centrum myśli szyickiej, uważanym przez szyitów za święte), tak wyjaśnia irańską percepcję transgender: „transseksualiści cierpią, ponieważ seksualność ich nie raduje i powinni być leczeni operacyjnie”, podczas gdy „homoseksualizm jest dewiacją” (więcej w książce „Sexual Politics in Modern Iran”, Janet Afary, 2009).

„Możliwość zamiany płci należy do kanonu praw człowieka” twierdzi też Karminia, który nosi tytuł hodżat-al-islam, czyli osoby, która może dokonywać interpretacji Koranu i prawa islamskiego.

Dlatego zdarza się, że w Iranie homoseksualiści, by uniknąć prześladowań, starają się o otrzymanie certyfikatu medycznego, potwierdzającego ich rzekomy transseksualizm. Mogą wówczas mówić, że wciąż czekają na operację.

Dusze w niewłaściwych ciałach

W latach 80. ubiegłego wieku Chomeini wyszedł z założenia, że transseksualiści to ludzie, którzy cierpią. Innymi słowy, to dusze w niewłaściwych ciałach. Dlatego przywódca rewolucji islamskiej – ten sam, który zasłonił twarze i ciała kobiet i wprowadził w Iranie instytucję Strażników Rewolucji, pilnujących moralności obywateli – postanowił pomóc duszom osób transpłciowych.

Stało się to możliwe dzięki młodemu mężczyźnie, który czuł się kobietą. Mariam Molkara zdecydowała się odwiedzić ajatollaha. Na początku lat siedemdziesiątych pisała do niego listy, nakreślając sytuację osób transgender, aż w końcu postanowiła do niego pojechać. Najpierw pobili ją strażnicy – została uznana za zamachowca, mimo że krzyczała, iż jest kobietą. Chciała wyjaśnić Chomeiniemu, na czym polega różnica między obojnactwem a transseksualizmem (bo tego Chomeini nie wiedział). Chciała też uzyskać od niego religijną autoryzację zmiany płci.

Chomeini skonsultował rzecz z lekarzami i fatwę wydał. Fatwa ta sprawiła, że Iran zajmuje dziś drugie miejsce na świecie, zaraz po Tajlandii, pod względem ilości przeprowadzanych operacji korekty płci.

Jak widać, gender nie jest kwestią, którą straszy się dzieci w kostycznym obyczajowo Iranie.

Małżeństwo na chwilę kontra konkubinat

Podobnie jest z antykoncepcją. Pigułki antykoncepcyjne, stosunek przerywany czy podwiązanie nasieniowodów (o ile jest odwracalne), nie są w Iranie – czy szerzej: w islamie, i to zarówno sunnickim, jak i szyickim – zabronione. Prawodawcy muzułmańscy wychodzą z założenia, że stosunek seksualny NIE musi prowadzić do zapłodnienia. W irańskiej literaturze uznaje się prawo do seksualnej przyjemności, zarówno kobiety, jak i mężczyzny. Tyle, że w małżeństwie.

Ale i instytucja małżeństwa nie jest taką oczywistą sprawą. Poza koncepcją tradycyjną, jaka panuje we wszystkich wielkich religiach, islam szyicki uznaje tzw. małżeństwa czasowe, sighe. Sunnicki Egipt z kolei dopuszcza małżeństwa nieoficjalne, `urfi, które są właściwie odpowiednikiem zachodniej koncepcji „chodzenia ze sobą”.

Sighe może być zawarte od godziny do 99 lat. Z tej formy związku szczególnie chętnie korzystają mężczyźni wybierający się na pielgrzymkę czy dłuższe wyjazdy służbowe – ich partnerka otrzymuje wynagrodzenie i nie rości sobie żadnych praw do mężczyzny, gdy kontrakt wygaśnie. Szyickie sighe stało się instytucją religijną. Jak twierdzą Irańczycy, jest to bardziej kulturalna i cywilizowana forma konkubinatu – bo jeśli kobieta zajdzie w ciążę w czasie trwania sighe, mężczyzna ma obowiązek uznać jej dziecko, a także łożyć na nie finansowo nawet po rozwiązaniu małżeństwa. Irańczycy lubią o tym przypominać, by zilustrować nieszczególnie uprzywilejowaną pozycję kobiety-kochanki na Zachodzie.

Kreśląc te słowa, nie szukam na siłę ludzkiej twarzy teokratycznego Iranu. Zauważam jednak rzecz istotną – fakt, że konserwatyzm nie wszędzie oznacza to samo. Zaskakujące są niektóre rozwiązania irańskie, zaskakująca jest ich egzegeza, nie do końca zresztą pozbawiona logiki (konkubiny w krajach Zachodu w świetle prawa stoją zawsze na przegranej pozycji). Ale najbardziej zaskakuje chyba to, że w kraju słynącym z łamania praw człowieka, gdzie szafuje się karą śmierci, jedno prawo jest chronione, i to na poziomie religijnym. To prawo do operacyjnej korekty płci.

W Polsce na ludzi transgender mówi się wciąż „dziwadła”. To, zresztą, najłagodniejsze określenie.

*Aleksandra Łojek – iranistka, socjolog kultury, publicystka – pisała m.in. dla „The Guardian”, mieszka w Belfaście