Newsletter

Mona Lisa z pralką

Aleksandra Kaniewska, 05.12.2013
Tak jak pierścionek zaręczynowy zamknął część kobiet w domach, pralka wypuściła je na wolność

Tak jak pierścionek zaręczynowy zamknął część kobiet w domach, pralka wypuściła je na wolność

Film „Uśmiech Mona Lisy” z amerykańską „pretty woman” Julią Roberts w roli nauczycielki-feministki pokazuje życiowe wybory uczennic prestiżowego Wellesley College, do którego absolwentek należy m.in. Hillary Clinton i Madeleine Albright. O czym marzą zdolne dziewczęta z bogatych domów, które wybrały naukę w college’u założonym w XIX wieku dla upowszechnienia edukacyjnych szans kobiet? Otóż, marzą o mężu. W końcu jest koniec lat 50. XX wieku. „Pierścionek zaręczynowy to najlepszy symbol sukcesu kobiety”, mówi jedna z bohaterek. Nawet dziś, wiele pań musiałoby się z nią zgodzić.

W tym samym filmie jest jednak scena, której większość współczesnych kobiet – nieważne, czy liberalnych, czy konserwatywnych – nie zrozumie. Podczas odwiedzin w domu młodej, świeżo upieczonej mężatki, grupka inteligentnych niewiast rozpływa się w zachwycie… nie, wcale nie nad nowym małżonkiem swojej koleżanki ani nad bogatą biblioteczką. Nad pralką, która ułatwi jej życie. Czy słusznie?

„Rozwój technologii więcej zrobił dla wyzwolenia kobiet niż niejedna feministyczna teoria czy internet”, taką tezę głosi Ha-Joon Chang, południowokoreański ekonomista związany z University of Cambridge, w swojej książce „23 Things They Don’t Tell You About Capitalism”. To pozycja bestsellerowa, która na całym świecie sprzedała się w nakładzie ponad 650 tys. sztuk i została przetłumaczona na 32 języki.

Chang nie ukrywa, że lubi być kontrowersyjny – uważa na przykład, że wolny rynek nie istnieje. Ale najciekawsze są jego obserwacje na temat technologii domowych, które zmieniły społeczeństwa. „Pralka, gaz do gotowania, bieżąca woda – te wszystkie mało dziś ekscytujące udogodnienia codziennego życia, wyzwoliły kobiety. Dzięki nim miały więcej wolnego czasu i mogły wejść szturmem na rynek pracy. To z kolei zmieniło ich pozycję przetargową – i w domu, i w państwie – dając w dłuższej perspektywie prawa głosu i niezliczone możliwości rozwoju”, tłumaczy Koreańczyk.

Można powiedzieć, że XX wiek to rzeczywiście czas emancypacji w duchu technologii. 1913 roku wynaleziono odkurzacz, trzy lata później pralkę, w 1918 na rynku pojawiły się pierwsze lodówki, w 1947 zamrażarki, a w 1973 – kuchenki mikrofalowe (rok później, padł ostatni bastion dyskryminacji płciowej – kobiety w Portugalii dostały prawo głosu). Ekonomizacja produkcji obniżyła też ceny, przez co nowoczesne gospodarstwo domowe przestało być wyłącznie symbolem wyższej klasy średniej. W 1910 roku za lodówkę trzeba było zapłacić 1600 dolarów. 26 lat później jej cena spadła dziesięć razy, do 170 dolarów.

Ale najcenniejszy był czas, który zyskaliśmy dzięki technologii. Sto lat temu na samo pranie dla małej rodziny kobieta musiała poświęcić większą część dnia, do tego piorąc w zimnej wodzie na drewnianej tarze. Pierwsza mechaniczna pralka powstała około 1900 roku, ale dopiero automatyczne maszyny z lat 50. ubiegłego wieku weszły do masowej produkcji i sprzedaży.

Według badań kanadyjskiej ekonomistki, prof. Emanueli Cardia z Uniwersytetu w Montrealu, w oparciu o dane z ponad 3 tysięcy amerykańskich gospodarstw domowych, między 1940 a 1950 rokiem kobiety odzyskały średnio od dwóch do czterech godzin tylko dla siebie. W latach 40. prasowanie zajmowało im około 4 godzin, dzisiaj z taką samą liczbą koszul można poradzić sobie w 41 minut. Z kolei dzięki elektrycznemu żelazku cztery i pół godziny żmudnego prasowania zamieniło się na mniej niż dwie.

„Wyliczyliśmy też, że kobiety, które wcześniej gotowały na węglowych kuchenkach, dzięki piecykom elektrycznym oszczędziły 30 minut ciężkiej, fizycznej pracy. Na początku XX wieku kobieta spędzała średnio 58 godzin w tygodniu na nieodpłatne wykonywanie domowych zadań, w 1975 było to już 18 godzin“, tłumaczy kanadyjska ekonomistka.

Pytanie jednak, co kobiety zaczęły robić z tak odzyskanym czasem?

Tak jak pierścionek zaręczynowy zamknął część kobiet w domach, pralka wypuściła je na wolność. Zaczęły czytać książki, wróciły do szkół. Wreszcie mogły pozwolić sobie na próby pogodzenia życia rodzinnego i zawodowego. Rynek pracy zalała żeńska siła robocza. To była zmiana na miarę rewolucji. Bo w 1900 roku, tylko pięć procent zamężnych kobiet miało pracę, a w 1980 r. pracowało już 51 procent mężatek.

Co ciekawe, ekonomiści i socjologowie coraz pilniej przyglądają się wpływowi technologii na funkcjonowanie społeczeństw. Hans Rosling, szwedzki statystyk i specjalista od zdrowia publicznego, stworzył nawet określenie „ekonomia pralki”.

W jego rozumieniu nie odnosi się ona jedynie do kwestii równouprawnienia płci, ale do mierzenia stanu globalnych nierówności. Okazuje się bowiem, że aby gospodarstwu domowemu opłacało się posiadanie pralki, musi osiągać dochód minimalny w wysokości 40 dolarów dziennie. Tyle bowiem kosztuje korzystanie z urządzenia – biorąc pod uwagę ceny elektryczności, detergentów i bieżącej wody. W Indiach, na przykład, domowa rewolucja technologiczna omija szerokim łukiem prawie 400 milionów osób, które nie mają dostępu do elektryczności. Ze swoich badań Rosling wywodzi zaskakujący wniosek – pralka to wciąż globalny towar luksusowy. Na 7 miliardów ludzi zamieszkujących nasz glob, tylko 2 miliardy w ten sposób robi pranie!

Zdaje się więc, że w naszym postnowoczesnym, szerokopasmowym świecie łatwo zapominamy, że dla wielu ludzi cywilizacyjna rewolucja dopiero się zaczyna.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim