Newsletter

Polityczne 24 godziny

Rasmus Nielsen, 05.12.2013
Nowoczesne technologie nie przezwyciężą olbrzymiego kryzysu zaufania obywateli wobec polityki

Strona 1

Nowoczesne technologie nie przezwyciężą olbrzymiego kryzysu zaufania obywateli wobec polityki – mówi prof. Rasmus Kleis Nielsen w rozmowie z Weroniką Przecherską

Weronika Przecherska: Badacze z amerykańskiego Pew Research Journalism Project podkreślają, jak często kluczem do sukcesu w polityce jest wyprzedzenie przeciwników w trendach komunikacyjnych. Franklin Roosevelt wykorzystał potencjał radia, John F. Kennedy telewizji, Ronald Reagan zaś medialnej organizacji wyborczych eventów. Czy w dobie internetu umiejętność ta staje się jeszcze ważniejsza?

Prof. Rasmus Kleis Nielsen: Jestem w tym względzie romantykiem. Najistotniejsze jest zbudowanie wizji, która urzeka społeczeństwo. Wizji, która przemawia do ideałów oraz interesów wyborców. Jednak żadna historia bez odpowiedniej komunikacji ich nie przekona. Umiejętne przedstawianie politycznych przekonań jest zaś kluczowe, gdy na arenie politycznej konkurują ze sobą partie mające podobną ilość zwolenników.

Oczywiście budowanie politycznego przekazu wymaga ciężkiej pracy oraz odpowiednich umiejętności i środków. W polityce jednak, podobnie zresztą jak w innych dziedzinach, kluczem do sukcesu jest również innowacyjne podejście. Wystarczy przyjrzeć się historii. Przykładowo, w Europie Zachodniej to ugrupowania centrolewicowe stawiały początkowo na bardzo rozbudowane struktury partyjne, co z pewnością ułatwiło im wygrywanie wyborów. Partie prawicowe zaczęły budować podobną infrastrukturę dopiero po dwudziestu, trzydziestu latach. Centroprawicowe ugrupowania przodowały jednak w komunikacji politycznej. Brytyjscy labourzyści potrzebowali aż 15 lat, by nadążyć za torysami w nowoczesnych metodach komunikowania swoich wizji.

Czyli, jak podkreślają obserwatorzy nowoczesnych mediów, kampanii nie wygrywa się w internecie, można ją jednak w internecie przegrać?

Internet z pewnością zmienił sposób, w jaki politycy rozmawiają z opinią publiczną. Z czasem znaczenie zmieni też charakter działalności politycznej. Wraz z rozwojem sieci komunikacja polityczna bardzo przyspieszyła. Dialog rozgrywa się na różnych platformach. Kiedyś, by wiedzieć, co się dzieje – wystarczyło przeczytać gazetę. Dziś, by być na bieżąco z polityczną codziennością, trzeba nie tylko śledzić wiadomości w tradycyjnych mediach, lecz także obserwować media społecznościowe oraz reakcje obywateli.

Te procesy mają oczywiście swoje konsekwencje. Przede wszystkim zwiększają dystans pomiędzy głównymi aktorami sceny politycznej i jej stałymi obserwatorami a osobami przeciętnie zainteresowanymi wydarzeniami politycznymi. Paradoksalnie, przyczyniają się także do coraz większych dysproporcji w debacie publicznej. Zainteresowanie opinii publicznej skupia się na kilku politykach, reszta nie może liczyć na tak dużą uwagę wyborców.

To chyba naturalny proces? W czasach, gdy królowały radio i telewizja, było przecież podobnie.

Oczywiście, różnice te nie powstały w dobie internetu i mediów społecznościowych. Jednak dziś są one szczególnie widoczne. Papierkiem lakmusowym popularności polityków może być choćby liczba obserwujących dany profil na Facebooku czy Twitterze. Przyglądałem się tym procesom w wielu krajach i w większości z nich schemat jest podobny: uwaga wyborców skupia się na dwóch, trzech politykach. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest bardzo prosta. Internet daje nieograniczone możliwości wyboru. Polityka zaś nie wytrzymuje konkurencji i przegrywa w tej grze. Stąd uwagę internautów są w stanie przyciągnąć tylko najważniejsi politycy.

Oraz ci najbardziej kontrowersyjni lub polaryzujący. Czy skrajność poglądów coraz częściej będzie kluczem do powodzenia w politycznych projektach internetowych, jak choćby w przypadku republikanki Sarah Palin?

Spierałbym się ze stwierdzeniem, że polaryzowanie czy stronniczość w debacie są warunkiem popularności w internecie. Oczywiście Palin jest takim przykładem. Kluczem do jej popularności było jednak umiejętne połączenie działań w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Zainteresowanie tych pierwszych automatycznie zaś pociągnęło za sobą uwagę w tych drugich.

Republikankę z Alaski można już właściwie uważać za celebrytkę. Jednak to wyjątek potwierdzający regułę. Z badań, które przeprowadziłem w Stanach Zjednoczonych wśród wszystkich kandydatów Izby Reprezentantów bardzo jasno wynika, że stronniczość kandydata nie wpływa na jego popularność w sieci. Oczywiście, czasem przy pomocy bardzo polaryzującego przekazu udaje się zdobyć uwagę internautów. Z reguły na krótko.

Internet jednak coraz bardziej polaryzuje polityczną debatę. Bułgarski politolog Ivan Krastev idzie nawet o krok dalej, mówiąc, że „sieć zamyka nas w politycznych gettach i sprawia, że coraz trudniej będzie nam zrozumieć ludzi, którzy nie myślą tak jak my”.

Internet rzeczywiście w pewnym stopniu przyczynia się do rozwarstwienia się politycznej debaty. Nie obwiniałbym jednak tylko i wyłącznie technologii. Oczywiście przyglądając się tak zinformatyzowanym państwom jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, gdzie polityczne podziały są bardzo widoczne, można odnieść takie wrażenie. Co jednak z krajami typu Niemcy, Holandia czy Dania? Dostęp do szerokopasmowego internetu wcale nie jest tam równoznaczny z podziałami w społeczeństwie i na scenie politycznej. Co więcej polityczna dyskusja nie tylko się nie polaryzuje, lecz coraz częściej opiera się na konsensusie. Doskonale było to widać chociażby w ostatnich wyborach do Bundestagu.