Newsletter

Europejski “Paragraf 22”

Piotr Buras, 03.12.2013
Dla dużej części europejskich społeczeństw Europa przestała być obietnicą lepszej przyszłości, stała się zaś źródłem ryzyka

Dla dużej części europejskich społeczeństw Europa przestała być obietnicą lepszej przyszłości, stała się zaś źródłem ryzyka

Optymiści twierdzą zwykle, że kryzysy to nie tylko powód do zmartwienia, lecz także szansa na zmiany na lepsze. Historia nie zawsze potwierdzała ich tezę, ale powraca ona z uporem, służąc za wytęsknione światełko w tunelu wtedy, gdy wokoło panują nieprzeniknione ciemności. Ostatnich kilka lat europejskiego kryzysu po raz kolejny dało okazję do ćwiczenia się w ufności, że rekordy w piętrzeniu długu publicznego, zniecierpliwienie obywateli i dysfunkcjonalność instytucji unijnych złożą się w końcu na masę krytyczną, która wepchnie Unię Europejską na ścieżkę prowadzącą ku naprawie.

Zwierciadło prawdy

Skoro większość ekspertów przewiduje, że kryzys – gospodarczy i zadłużenia – potrwa jeszcze przynajmniej dekadę, niełatwo zweryfikować zasadność tych nadziei. Pesymiści powiedzą, że otaczająca nas rzeczywistość zadaje im kłam. Ale na ostateczną odpowiedź wydaje się być jeszcze za wcześnie. Dlatego tymczasowy bilans europejskiego kryzysu nie powinien sprowadzać się do sądu nad optymistyczną wiarą w jego zbawczą funkcję, lecz pokazać, jak doświadczenie ostatnich lat zmieniło – być może trwale – Europę i nasz sposób myślenia o niej. Na kryzys można patrzeć jak na zwierciadło wydobywające na powierzchnię ukryte wcześniej prawdy o Europie albo jak na siłę, która rozwiała obwiązujące dotąd pewniki i mity. Przyszły kształt UE jest zakładnikiem tych procesów, które w ostatnich latach przeorały europejski krajobraz, oraz lekcji, jakie z nich wyciągniemy. Wiele wskazuje na to, że pod powłoką panującego od kilku miesięcy względnego uspokojenia gruntowna zmiana politycznych i instytucjonalnych fundamentów UE jest w toku.
Być może najciężej waży kryzys zaufania do UE, który w ostatnich latach był widoczny w we wszystkich krajach członkowskich. Dla dużej części europejskich społeczeństw Europa przestała być obietnicą lepszej przyszłości, stała się zaś źródłem ryzyka. Może to być stan przejściowy, ale rzutuje on na decyzje polityczne i wybory, których skutki będziemy odczuwać przez lata. Ten kryzys europejskiej demokracji w najbardziej bodaj sugestywny sposób opisał znany niemiecki socjolog Wolfgang Streeck w wydanej w tym roku książce Gekaufte Zeit (Kupiony czas).

Czyja Unia?

Streeck twierdzi, że zmiany zachodzące dziś w Unii Europejskiej (w strefie euro) oznaczają konstruowanie systemu, który nie służy obywatelom, lecz rynkom i zamieszkującemu je „ludowi”, składającemu się z wierzycieli, inwestorów i posiadaczy kapitału. Torujący sobie drogę eurokapitalizm, posiłkujący się podejmowanymi na szczeblu UE decyzjami dotyczącymi tempa konsolidacji wydatków i reform w państwach członkowskich, służy innemu suwerenowi niż ten, który deleguje władzę na demokratyczne instytucje. Euro staje się zaś niczym innym jak instrumentem dyscyplinowania polityki wewnętrznej w państwach narodowych.

Co więcej, Streeck pokazuje, że dzisiejszy kryzys europejski jest częścią trwającego od dziesięcioleci zmagania między kapitalizmem a demokracją. Napięcie między nimi jest immanentną częścią tej relacji. Okresy prosperity i pokoju społecznego były w europejskiej historii nierozerwalnie związane ze stanami równowagi między nimi, czyli załagodzeniem konfliktu między interesami rynków a dobrem wspólnym społeczeństw. W różnych okresach konflikt ten wymagał różnego rodzaju „formuł pokojowych”: najważniejszą było państwo socjalne, ale przejściowo służyły mu też inflacja czy łatwy dostęp do kredytów, który pozwalał „kupować czas” – gwarantować wzrost gospodarczy i spełniać oczekiwania obywateli odnośnie do bezpieczeństwa socjalnego i ochrony przed swawolą rynków. Ale te podstawy „demokratycznego kapitalizmu” kruszą się i po pęknięciu bańki zadłużenia nie widać na horyzoncie żadnej nowej formuły kompromisu. To, co obserwujemy dzisiaj w strefie euro (forsowanie oszczędności kosztem szans na wzrost, demontaż państwa socjalnego), jest zarówno wynikiem utraty równowagi między kapitalizmem a demokracją, jak i procesem wzmacniającym to rozchwianie.

Analiza Streecka jest bezlitosną krytyką kryzysu demokratycznego kapitalizmu, w którym Unia Europejska odgrywa niechlubną rolę. Nie mniej pesymistyczny jest wniosek, do którego dochodzi autor: powrót do walut narodowych ma być w przypadku przeżywających kłopoty państw jedyną szansą na odwrócenie tego trendu, przywrócenie polityce demokratycznej witalności i odbudowę prymatu interesów suwerena nad interesami rynków. Trwała lekcja kryzysu miałaby polegać na pożegnaniu się z iluzją, że los strefy euro jest równoznaczny z losem całej Europy i że „coraz ściślejsza Unia” (będąca traktatowym celem integracji) jest tym, co najlepiej służy europejskim obywatelom.

Paragraf 22

Streeck, jeden z najwybitniejszych niemieckich specjalistów od ekonomii politycznej, nie jest zatwardziałym eurosceptykiem, przez wiele lat był członkiem SPD i doskonale zna mechanizmy funkcjonowania UE. Dlatego jego głos wywołał, zwłaszcza w intelektualnych kręgach europejskiej lewicy, tyle zamieszania: takie opinie nie są całkiem nowe (krytyka neoliberalnego modelu integracji od dawna jest obecna w tym nurcie politycznym), ale dotychczas najważniejsi przedstawiciele lewicy sprzeciwiali się europejskiemu defetyzmowi i stawiali na dalsze kroki w kierunku integracji, które miałyby usunąć deficyt demokratyczny i budować „Europę socjalną”. To nie przypadek, że książka Streecka spotkała się z ostrą polemiką Jürgena Habermasa, który podobnie jak jego adwersarz piętnował w ubiegłych latach ewolucję UE w kierunku „technokratycznego federalizmu” (antydemokratycznej struktury zarządzanej przez Brukselę), ale postulował zasadniczo odmienne remedium: budowę prawdziwej unii politycznej, z pełnoprawnym parlamentem europejskim i demokratycznie legitymizowaną egzekutywą.

Ta debata świadczy niewątpliwie o pęknięciu tożsamości europejskiej lewicy, ale w istocie odzwierciedla też dylemat, który leży u sedna doświadczeń UE ostatnich lat i tym samym wykracza daleko poza batalie światopoglądowe tego czy innego nurtu politycznego. Polega on na tym, że jakkolwiek dysfunkcjonalność obecnego systemu funkcjonowania UE (analiza Streecka jest przenikliwą, ale tylko jedną z możliwych interpretacji jej przyczyn) jest oczywista, to jednocześnie coraz wyraźniej widać, że brakuje mu możliwości samonaprawy.

To sytuacja przypominająca słynny „paragraf 22”: głęboka przebudowa konstrukcji UE jest konieczna dla jej przetrwania, ale nie ma pewności, czy UE przetrwałaby taki proces. Nawet jeśli recepta Streecka (wyjście części krajów z unii walutowej) jest trafna, to obciążona takim ryzykiem rozpadu całej wspólnoty, że nikt nie jest gotów go podjąć. Ale to samo dotyczy dalekosiężnych wizji europejskiej federacji snutych przez Habermasa i wielu europejskich przywódców jeszcze w ubiegłym roku, zmierzających do określenia docelowego kształtu projektu europejskiego, w unijnym slangu nazwanego „prawdziwą unią gospodarczą i walutową”. Taka unia redukowałaby najważniejsze deficyty obecnego porządku, które wystawiają go na miażdżącą krytykę Streecka i wielu innych: deficyt demokracji prowadzący do erozji legitymizacji systemu, a także deficyt koordynacji gospodarczej oraz deficyt solidarności, które podkopują jego ekonomiczny fundament.

(…)

Tekst jest fragmentem dłuższego eseju, który pochodzi z kwartalnika Instytutu Obywatelskiego “Instytut Idei” zatytułowanego “Lekcje z kryzysu” – do pobrania tutaj

*Piotr Buras – od stycznia 2013 roku dyrektor warszawskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR), wcześniej publicysta „Gazety Wyborczej”. Ekspert ds. niemieckich. Autor m.in. „Muzułmanie i inni Niemcy. Republika berlińska wymyśla się na nowo”.