Newsletter

Z Kijowa: Majdanowi aktywiści

Konstanty Chodkowski, 29.11.2013
Na Majdanie jest więcej demokracji niż widziałem w całym swoim życiu

Na Majdanie jest więcej demokracji niż widziałem w całym swoim życiu

Byłem na kijowskim Majdanie. Widziałem zgromadzonych tam ludzi. Czasem, ja za dnia, dziesiątki. Kiedy indziej setki i tysiące – wieczorami. Widziałem, jak dyskutują, spierają się, kłócą i godzą. Dostrzegłem, jak bardzo zależy im na losie swojej ojczyzny, i jak są zdeterminowani, by dopiąć swego. A jeszcze tydzień temu znajomi Rosjanie przekonywali mnie, że Ukraina nie dorosła do demokracji.

Przyszedłem na Majdan w sobotę 23 listopada około godziny 13. Na miejscu zastałem ledwie kilkadziesiąt osób zgromadzonych wokół zaimprowizowanego podestu z nagłośnieniem i mikrofonem. Muzyki nikt nie puszczał, bo trwał narodowy dzień pamięci ofiar Wielkiego Głodu (1932-33). Ale ludzie się zbierali. Jeden po drugim podchodzili do mikrofonu, by zabrać głos w jakiejś sprawie. Wypowiedzieć się mógł de facto każdy. Proponowano i mi, znajomym, a także losowo wybranym przechodniom czy gapiom.

Do tego przecież służy i zawsze służył „majdan”. Siedemnastowieczne kozactwo ukraińskie nie miało stolicy, granic ani podziału administracyjnego. Kozacy żyli w dziczy, za porohami Dniepru. Osadzali się w obozach zwanych siczami – bez placów, ulic, skrzyżowań ani rynków głównych. Spotykali się właśnie na majdanach, które były raczej zjawiskami społecznymi niż architektonicznymi. Fizycznie majdanem mógł być większy kawałek wydeptanej ziemi w obozie, wykarczowana powierzchnia w środku lasu lub po prostu polanka nad rzeką. Majdanem było więc nie tyle miejsce, co spotkanie, rada kozacka, której postanowienia natychmiastowo nabierały mocy prawnej.

O godzinie 23. kijowski Majdan zapełniony był Kozakami XXI wieku. Skrzyknięty przez Twittera i Facebooka, bez przerwy obradował nad przyszłością swojego kraju. Przechadzałem się wokół Kolumny Niezależności Ukrainy. Słyszałem, jak ludzie dyskutują między sobą, wymieniają poglądy i argumenty. Nie jest prawdą, że każdy protestujący był jednoznacznie ZA podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z UE. Niektórzy byli przeciw, inni nie mieli zdania. Jednak bez względu na to postanowili przyjść i posłuchać argumentów drugiej strony. Sytuacja w Polsce niewyobrażalna, pomyślałem. Oni na tym Majdanie mają więcej demokracji niż ja widziałem w całym swoim życiu…

Spytałem się jednego z obradujących studentów, po co tu przyszedł. Odparł, że chce porozmawiać z innymi Ukraińcami o sprawach państwa. „Codziennie jest na to mało czasu. To przykre, że trzeba nam rewolucji, żebyśmy zaczęli ze sobą rozmawiać”, odparł. Mijający nas Ukraińcy przysłuchiwali się rozmowie i z chęcią się do niej przyłączali. Głos zabrał trzydziestolatek z Kijowa: „Mam dwójkę małych dzieci, w tym piękną córeczkę. Przyszedłem tu głównie dla nich, gra toczy się o ich przyszłość. Nie wiem, czy coś tym zmienię, ale jak takich jak ja znajdzie się więcej, to na pewno nasze szanse wzrosną” – przekonywał. I dodał: „trzeba tylko wyjść zza telewizora i przyjść tutaj. To chyba lepsze, niż oglądanie telewizji”.

Tuż za moim ramieniem rozgrywa się jeszcze inna scena. Starszy pan z długimi, siwymi wąsami żali się studentce z Tarnopola na niewygody życia. „Nic nie zmienimy, czas tracicie”. A ona, zamiast udzielić wyczerpującej odpowiedzi, po prostu go przytuliła.

Tak właśnie było na Majdanie w nocy z soboty na niedzielę.

Na podeście przemawiał kto chciał i jak chciał. Po północy z głośników popłynęła muzyka. Nie tylko puszczana z odtwarzacza, ale też grana, śpiewana na żywo. I nie przez wielkie grupy rockowe, lecz przez tych, którzy tylko chcieli i umieli coś zaśpiewać. Ktoś wystąpił z gitarą, ktoś z kobzą i bandurą (tradycyjne instrumenty ukraińskiej kozaczyzny). Ktoś jeszcze zaproponował odśpiewanie hymnu narodowego Ukrainy.

Po godzinie pierwszej w nocy do zgromadzonych przyjechał Jurij Łucenko. W emocjonalnym przemówieniu zachęcał zebranych, aby nie odpuszczali. „Czuję, że coś może się jeszcze zmienić w Ukrainie” – zapewniał. Jeden z „majdanowych aktywistów” podszedł do mnie i powiedział, że spodziewał się, że Łucenko dziś do nas przyjdzie. Gdy zapytałem, skąd o tym wiedział, odparł: „Dziewięć lat temu stał dokładnie w tym samym miejscu razem z Wiktorem Juszczenko i Julią Tymoszenko. Dziś został już tylko on, który jeszcze ma po co tu wrócić”.

Po powrocie do domu sprawdziłem dokładnie tę informację. Zgadzało się co do dnia. Łucenko był na Majdanie 23 listopada 2004 roku, śpiewał hymn.

Spotkałem tej nocy wielu Polaków. Z łatwością się rozpoznawaliśmy – wielu z nich (podobnie i ja) odziani byli w polskie barwy narodowe. Większość stanowili dziennikarze, choć zdarzali się i tacy, co przyjechali tak po prostu okazać swoje poparcie dla słusznej sprawy. Przechodzący Ukraińcy pozdrawiali nas często w języku polskim. „Jeszcze Polska nie zginęła!”, krzyczeli z uśmiechem. Odpowiadaliśmy po ukraińsku „Szcze ne wmerła Ukraina!”. Niektórzy podchodzili, przynosili gorącą herbatę i suchy chleb, czasem proponowali gorzałkę. Sami z siebie, spontanicznie. Pytali, dlaczego przyjechaliśmy?

Kilka powodów znałem już przed wyjazdem. Ciągle w pamięci miałem wykłady Zbigniewa Bujaka na Uniwersytecie Warszawskim. Opowiadał nam, jak to było za Pomarańczowej Rewolucji. Krytycznym momentem jest chwila podjęcia decyzji: „Tak, idę na Majdan. Mam wiele innych spraw na głowie, ale idę”. Raz powzięta, jest nieodwołalna. To właśnie ten moment sprawia, że decyzje zawiązane na „majdanie” powinny być natychmiast egzekwowane. Nie po to ruszyliśmy z domów, aby wrócić do nich z pustymi rękami. Nie po to się spotykamy, by nic się nie zmieniło.

Stąd wysnuwam generalny wniosek o geopolitycznej przyszłości Ukrainy. Na Radzie Perejesławskiej decyzję podjęła kozacka starszyzna. Konsekwencją było wejście Kozaków w objęcia Rosji. Jednak powstanie Chmielnickiego, ruch pospolity, szedł – jakby nie patrzeć – na Zachód. Dziś będzie podobnie. Jeśli Ukraina ucieknie do Moskwy, będzie to efekt jedynie prywatnej umowy zawartej gdzieś tam, na górze, między wysokimi.

Jeśli zaś zawita do europejskiego domu – to tylko dzięki własnemu narodowi.

*Konstanty Chodkowski – analityk, student Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych, specjalizuje się w polityce Europy Wschodniej, a zwłaszcza Ukrainy