Newsletter

Za a nawet przeciw referendom

Weronika Przecherska, 20.11.2013
Zmęczona i rozczarowana kryzysem Europa coraz częściej szans na jego rozwiązanie upatruje w obywatelskiej partycypacji

„Największą porażką przywództwa jest fakt, że wyłączyliśmy was z tego procesu. (…) Polityka zmierza w ślepy zaułek” – podsumował gorzko były już premier Grecji Giorgos Papandreou podczas swojego wystąpienia na konferencji TEDGlobal 2013.

Papandreou z wyraźnym smutkiem w oczach opowiadał zgromadzonej publiczności i tysiącom internautów o swoich politycznych marzeniach z dzieciństwa. Tłumaczył europejski kryzys finansowy kryzysem demokracji. Wreszcie, jako jeden z ratunków na tę wszechobecną polityczną degrengoladę wymienił referendum.

Były premier Grecji nie był w swoich receptach osamotniony. W ostatnim czasie wielu europejskich decydentów chce przy pomocy tego instrumentu przekonać i zachęcić wyborców do polityki. Im częściej jednak traktuje się referenda jako magiczny sposób na zwiększenie współudziału obywateli we władzy i rozwiązywanie społecznych problemów, tym bardziej palące staje się inne pytanie. Mianowicie, na jakich zasadach z nich korzystać?

Całkiem niedawno – choćby przy okazji warszawskiego referendum i debaty o sześciolatkach – spierali się o nie Polacy. W ostatnich tygodniach kwestia wprowadzenia ogólnokrajowych referendów stała się zapalnym punktem w trakcie negocjacji koalicyjnych pomiędzy niemieckimi CDU, CSU i SPD.

Niemcy mogą brać udział w referendach na szczeblu lokalnym (na poziomie landów i gmin). Nie mają takiej możliwości na szczeblu ogólnokrajowym. Jednak zarówno obywatele, jak i przedstawiciele lewej strony politycznej od lat skłaniają się ku wprowadzeniu referendów ogólnokrajowych.

Pomysł ten forsował już czerwono-zielony rząd Gerharda Schroedera. W toczących się w Niemczech negocjacjach koalicyjnych podejmuje go SPD i CSU. Według przedstawionych planów do przeprowadzenia referendum potrzebne byłoby milion podpisów lub zgoda 2/3 składu Bundestagu. Idei referendum nie popiera CDU oraz jego przewodnicząca Angela Merkel, co przekreśla tę inicjatywę. Warto się jednak przyjrzeć niemieckiej dyskusji na ten temat.

Argumenty za i przeciw wprowadzeniu w Niemczech ogólnokrajowych referendów, jak w soczewce skupiają się na portalu www.wen-waehlen.de. Zwolennicy uparcie powtarzają, że referenda zmniejszą rozczarowanie i podniosą zainteresowanie polityką. To nieodłączny element demokracji i szansa na poszerzenie społecznej partycypacji. Przytaczają też argument, że obywatele nie mają prawa głosu w kluczowych momentach pomiędzy wyborami. Ich zdaniem system, który sprawdza się w Niemczech na poziomie lokalnym, powinien też działać na szczeblu federalnym. Postulują politykę, w której więcej do powiedzenia mają zwykli obywatele niż lobbyści i grupy interesów. Zaznaczają jednocześnie, że podstawowym warunkiem takiej polityki jest dostęp do informacji i budowanie w społeczeństwie wiedzy na jej temat.

To właśnie ostatnie z przytoczonych racji są solą w oku przeciwników ogólnokrajowych referendów. Ich zdaniem wynik plebiscytu w dużej mierze zależy od środków wydanych na kampanię informacyjną. Tym samym narzędzie społecznej partycypacji może się stać zabawką w rękach grup interesów, posiadających i chcących takie środki wydawać.

Mechanizm ten może też przypominać system kar i nagród dla rządzących. To tym bardziej kłopotliwe, że nie wszystkie decyzje da się sprowadzić do prostej opozycji: „tak” lub „nie”. A referenda właśnie w takim świetle stawiają skomplikowane i wielowątkowe problemy. Życie polityczne z referendami w tle mogłoby znacznie spowolnić procesy decyzyjne i zmienić politykę w nieustającą kampanię na rzecz zmian. A przecież w końcu – dodają przeciwnicy rozwiązania – częścią pracy polityka jest ponoszenie odpowiedzialności za podjęte decyzje.

Trudno odmówić racji tak zwolennikom, jak i przeciwnikom tego rozwiązania. Podobnie jednak jak pytania stawiane obywatelom w referendach nie sprowadzają się do prostej opozycji „tak” lub „nie”, również sama idea wprowadzenia ogólnokrajowych referendów pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Referenda nie sprowadzają się przecież tylko do kwestii merytorycznych, ale (przede wszystkim!) społecznych emocji. A te z reguły nie biorą pod uwagę konsekwencji podejmowanych decyzji.

Pomimo społecznego entuzjazmu dla referendów Niemcy nie zapomnieli, że mechanizm ten zapisał się na najczarniejszych kartach historii ich kraju. W końcu to właśnie referendum pozwoliło Adolfowi Hitlerowi dojść do władzy. Czy idea ogólnokrajowego referendum wprowadzona w stosunkowo dobrych dla Niemców czasach nie stałaby się narzędziem niebezpiecznym w razie zmiany politycznej i załamania gospodarczej koniunktury? Czy aby niemieckie społeczeństwo zapytane o wyrażenie swojego zdania, skłaniałoby się ku większej integracji europejskiej? A może zechciałoby porzucić euro i wrócić do ukochanej marki, pogrążając tym samym gospodarkę UE?

Jeszcze więcej pytań wywołuje kwestia tworzenia społecznej wiedzy oraz komunikowania zmian i ich konsekwencji. Powszechne jest przekonanie, że wraz z rozwojem internetu będzie to coraz prostsze. Jednak sieć tylko pozornie ułatwia mechanizmy partycypacyjne. Raczej, jak podkreślał bułgarski politolog Ivan Krastev, „zamyka nas w politycznych gettach i sprawia, że coraz trudniej będzie nam zrozumieć ludzi, którzy nie myślą tak jak my”. Jednocześnie – w dużej części dzięki mediom społecznościowym – sprawnie przeprowadzona kampania informacyjna jest w stanie przekonać i zmobilizować rzesze ludzi. Otwarte pozostaje więc pytanie, jak wypracować model komunikacji społecznej, odporny na działanie marketingowych sztuczek, negatywnych stereotypów oraz skrajnych grup interesu?

Niemiecka dyskusja jest ciekawa przede wszystkim ze względu na jej uniwersalny kontekst. Pytanie o ogólnokrajowe referenda w Niemczech jest przecież w gruncie rzeczy pytaniem o zasady i granice społecznej partycypacji. Wobec coraz gorszych relacji pomiędzy przedstawicielami świata polityki a obywatelami, zarówno jedni jak i drudzy muszą zacząć wychodzić sobie naprzeciw. I ten trend jest coraz częściej widoczny.

Europejskie ugrupowania zachęcają obywateli do współtworzenia partyjnych programów wyborczych. Przybliżają procesy rządzące światem polityki czy coraz intensywniej promują rozwiązania zakładające współudział wyborców we władzy (np. w ramach konsultacji społecznych czy wprowadzania budżetów obywatelskich). Trudno jednak zaprzeczyć, że jesteśmy dopiero na początku tej drogi. Tymczasem liczne wątpliwości pojawiają się nie tylko co do zasad wprowadzania mechanizmów społecznej partycypacji, lecz także względem zaufania obywateli do świata polityki (i vice versa). Nie trzeba nawet czytać przygnębiających rankingów zaufania społecznego do liderów politycznych, żeby zrozumieć, jak wiele pracy jest jeszcze przed nami.