Newsletter

Janukowycza przeciąganie liny

Jacek Saryusz-Wolski, 20.11.2013
Nieustające przeciąganie liny i pokerowa gra w sprawie Ukrainy będzie trwać do samego szczytu w Wilnie

Ostatnie dni przed szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie coraz bardziej przypominają dramat w mnożących się odsłonach. Na wzór filmów Hitchcocka napięcie ciągle rośnie. Tylko akcja jakoś nie posuwa się do przodu.

Wierchowna Rada wciąż nie przyjęła ustaw, które są gwarantem zgody Unii na podpisanie umowy stowarzyszeniowej podczas szczytu, odkładając decyzję z tygodnia na tydzień. Dziś, gdy czas się kończy, odkłada ją z dnia na dzień. Rada Ministrów Spraw Zagranicznych UE, która w miniony poniedziałek miała przesądzić stanowisko Unii w sprawie Ukrainy (za lub przeciwko podpisaniu), ponownie pogroziła Ukrainie palcem, ale nie przyjęła wiążącego stanowiska. Rzuciła tym samym wschodniemu partnerowi kolejne koło ratunkowe.

Można przypuszczać, iż nieustające przeciąganie liny i pokerowa gra, w której czekamy, komu pierwszemu drgnie brew, kto pierwszy skapituluje i krzyknie „sprawdzam”, będzie trwać do samego szczytu. Pozostało jeszcze dziesięć dni, a to dużo czasu, aby zwoływać specjalne sesje parlamentu ukraińskiego i planować nadzwyczajne posiedzenia Rady Ministrów UE. Widzów o słabych nerwach prosimy o odejście od odbiorników…

Żarty jednak na bok. Formuła trzymania w napięciu do ostatniej chwili być może sprawdza się w filmach grozy, ale nie powinna mieć miejsca w przypadku tak ważnych międzynarodowych rozstrzygnięć politycznych. Należy pamiętać, że na szali leży los umowy stowarzyszeniowej UE-Ukraina, która w nowej, zmienionej formule oferuje dużo więcej niż tylko preferencyjne warunki handlowe z niewielkim dodatkiem „spraw różnych”.

Mówimy o możliwości „półczłonkostwa”, a co za tym idzie, ogromnej cywilizacyjnej szansie dla przyszłych pokoleń. Tym bardziej smutne i niepokojące jest to, co następuje. Myślę o Polsce lat 90-tych XX w., która mozolnie, ale twardo i z determinacją dążyła do integracji ze Wspólnotami Europejskimi, spełniając stawiane warunki i walcząc o ustępstwa w ważkich dla nas kwestiach. Scenariusz „ukraiński” był wówczas nie do pomyślenia. Gdybyśmy pozwolili sobie na takie podejście do europejskich partnerów, ci ze wzruszeniem ramion odsunęliby nas do integracyjnego przedsionka, w którym być może trwalibyśmy do dziś. Najważniejsze było to, że Polsce zależało na zbliżeniu ze strukturami europejskimi, integracji, powrotu do europejskich korzeni. Negocjowaliśmy twardo, gdy była taka konieczność, jednak w dobrej wierze.

Wydarzenia na Ukrainie umacniają u mnie przekonanie, że tamtejsze władze nie podzielają do końca tak silnej, jak deklarowana, woli stowarzyszania z Unią. Zaś dotychczasowe kroki miały służyć tylko maskowaniu prawdziwej intencji prezydenta Janukowycza – zwodzenia Unii i gry na czas. Głównie po to, aby nie denerwować rosyjskiego Wielkiego Brata. Prezydent Janukowycz od jakiegoś czasu stara się wysondować, jak bardzo poważnie Unia podchodzi do własnych warunków (postawionych w grudniu 2012 r.) i postulatów, wierząc że w ostatniej chwili odpuści ona kwestię więzionej byłej premier Julii Tymoszenko. I że przestanie wymagać rozwiązania problemu wybiórczej sprawiedliwości wobec oponentów politycznych.

Prezydent Janukowycz, o czym nie dość często się przypomina, miał w ręku wszystkie instrumenty, aby wykazać dobrą wolę w rozwiązaniu sprawy i ułaskawić Tymoszenko. Zasłonił się jednak koniecznością stosownej ustawy. Wiedział, że podlegająca mu Partia Regionów, mająca większość w Wierchownej Radzie, będzie mogła temat dalej przeciągać, umywając tym samym ręce od odpowiedzialności.

Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Prezydent Janukowycz jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Państwo to stoi na skraju przepaści finansowej i potrzebuje silnego wsparcia, bez którego szanse na osiągnięcie zbilansowanego budżetu maleją z każdym dniem. Prezydent zdaje sobie przy tym sprawę, że leżąca na stole oferta rosyjskiego wsparcia oznacza nieuchronną i długotrwałą zależność od Kremla, czego chciałby uniknąć. Negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, w ramach których Ukraina ma nadzieję uzyskać dodatkowe wsparcie finansowe w postaci do 15 mld dolarów, póki co nie zostały zakończone. MFW żąda bowiem m.in. podniesienia cen energii na Ukrainie, co stanowiłoby mało popularną decyzję.

Pamiętajmy, że kampania prezydencka już za pasem. Istnieje więc obawa, że prezydent Janukowycz może wykorzystać chęć Unii do podpisania umowy jako argument przetargowy w negocjacjach finansowych. Czyli: wypuści Julię, jeśli Unia pomoże otrzymać nieobwarowaną żadnymi warunkami pożyczkę.

Unijna cierpliwość się kończy, ale też nie powinna trwać w nieskończoność. Nikogo nie można uszczęśliwiać na siłę. Jeśli Ukraina nie podziela – w silny i bezkompromisowy sposób – europejskich aspiracji krajów Partnerstwa Wschodniego, to może nie powinna teraz stowarzyszać się z Unią. Julia Tymoszenko nie jest bohaterką sagi o wolność jednej osoby, ale stanowi symbol tego, co dysfunkcjonalne w ukraińskim systemie politycznym.

Jako orędownicy demokracji i rządów prawa nie możemy pozwalać na to, aby ważni i bliscy nam partnerzy dopuszczali się jawnego łamania zasad demokracji. Jeśli natomiast względy osobiste i personalna niechęć prezydenta Janukowycza do byłej premier są wystarczającym powodem, aby blokować Ukrainie ścieżkę europejską, to może trzeba poczekać, aż naród ukraiński wybierze innego lidera. Lidera, który pokieruje się dobrem całego społeczeństwa.

Na szczycie w Wilnie Mołdawia i Gruzja parafują swoje umowy stowarzyszeniowe. Następny krok, czyli podpisanie umów, a następnie ich ratyfikacja i implementacja, będą kluczowe dla sukcesu obydwu krajów. Sprawę ukraińską już teraz należy potraktować jako ważną lekcję na przyszłość. Unia także wobec Mołdawii i Gruzji będzie egzekwować wywiązywanie się ze zobowiązań i jasno określonych warunków. Dlatego też to, co wydarzy się na Ukrainie, będzie kluczowe dla innych krajów regionu. Powinniśmy w Unii o tym pamiętać.