Newsletter

Atak samotnych wilków

Matthew Goodwin, 26.07.2011
Podczas gdy ludzie pokroju Breivika działają w izolacji, ich poglądy podziela wiele osób. To dlatego norweska tragedia nie jest tylko i wyłącznie sprawą Norwegii

Ostatni weekend w Norwegii z pewnością stanie się punktem zwrotnym w naszym podejściu do skrajnej prawicy i jej ideologii. Zbyt długo bowiem zagrożenie ze strony prawicowego ekstremizmu było bagatelizowane jako nieistotne, a alternatywne formy ekstremizmu, m.in. fundamentalizm religijny, przedstawiane jako główny problem współczesnych społeczeństw. „Aktywiści ze skrajnej prawicy nigdy się nie zorganizują. Są zbyt rozproszeni, poza tym brakuje im środków na popełnienie masowej zbrodni” – głosi powszechna opinia. W skrócie, idea „samotnego wilka” przeprowadzającego zamach na dużą skalę wydawała się bliższa światu fikcji niż politycznej rzeczywistości.

Piątkowe wydarzenia w Norwegii zmieniły wszystko.

W sekundę podważone zostały obiegowe opinie na temat skrajnej prawicy. Wiele prawicowych grup rzeczywiście jest zdezorganizowanych, fragmentarycznych i niespójnych ideologicznie. Ale okazało się, że do przeprowadzenia masowej zbrodni wystarczy pojedynczy zagorzały aktywista, który wymknął się uwadze ogółu.

Amerykanin Timothy McVeigh był prekursorem takich działań, a jego atak – w którym zginęło 168 osób, w tym dziewiętnaścioro dzieci – był przykładem najgorszego bestialstwa w powojennej Ameryce. Oczywiście do czasu 9/11. Podobnie działał David Copeland w Londynie, który w ataku na dzielnice zamieszkiwane przez mniejszości bengalskie, afrykańskie oraz homoseksualistów zabił trzy osoby, a ranił ponad 120. Andersowi Behring Breivikowi udało się w ostatni weekend zamordować prawie 80 młodych Norwegów.

Z jednej strony zamachy „samotnych wilków” są zaskakujące. W ostatnich latach cała uwaga europejskich służb specjalnych skierowana była na przeciwdziałanie atakom terrorystycznym. Rozmawiałem niedawno z pracownikiem brytyjskiego wywiadu, który twierdził, że zagrożenie ze strony ultraprawicowych grup jest znikome. Zwłaszcza jeśli porówna się je do działań Al-Kaidy lub ekstremistów z Irlandii Północnej. I pewnie dlatego pierwsze komentarze po atakach w Oslo sugerowały, że mamy do czynienia z fundamentalizmem islamskim.

Patrząc z innej perspektywy, ten podwójny atak wcale nie dziwi. Po pierwsze, zarówno w Norwegii, jak i Szwecji, neonaziści są aktywni od lat. I tak naprawdę to nie pierwszy przykład przemocy w wykonaniu prawicy w Oslo.

Po drugie, w całej Skandynawii zauważalny jest wzrost poparcia dla ruchów prawicowych i ich ideologii. W Szwecji, na przykład, doprowadziło to wyraźnie antyimigracyjną i antymuzułmańską partię Szwedzkich Demokratów (SD) prosto do parlamentu.

Po trzecie, poparcie dla skrajnej prawicy rośnie w całej Europie, tworząc przyjazny klimat dla pro-prawicowej ideologii. A skoro cała uwaga społeczności koncentruje się na alternatywnych formach ekstremizmu (m.in. fundamentalizmie islamskim), ta wolna przestrzeń do działania może zostać niepostrzeżenie wypełniona przez działaczy mniej znanych i słabiej zbadanych odłamów skrajnej prawicy.

Analitycy już od dawna przepowiadali, że członkowie różnych ultraprawicowych grup mogą uciec się do taktyki „bezpośredniego uderzenia”. W książce o ekstremizmie, której jestem współautorem („The New Extremism in 21st Century Britain”, 2010, Routledge), razem z kilkorgiem badaczy ostrzegaliśmy przed zagrożeniami ze strony tzw. „skumulowanego ekstremizmu”. To zjawisko działa na zasadzie odpowiedzi jednego skrajnie zaangażowanego ruchu (np. ultraprawicy) na wzrost aktywności drugiego (np. agresywnego fundamentalizmu islamskiego). Przykładem może być atak bombowy na meczet, dokonany przez ekstremistów przekonanych o rosnącej dominacji muzułmanów w ich kraju i następujące w odwecie zamachy grup powiązanych z Al-Kaidą. W Wielkiej Brytanii podobne zamachy nie miały miejsca od czasu konfliktów w Irlandii Północnej.

Skończyłem niedawno recenzowanie pracy naukowej, która badała terroryzm islamistyczny powiązany z Al-Kaidą. Autor przewidywał, że źródłem kolejnej fali terroryzmu w Europie nie będą wcale fundamentaliści muzułmańscy, ale agresywni i nietolerancyjni skrajni prawicowcy. Ataki w Oslo miały przecież wyraźnie polityczną motywację: zostały skierowane przeciw młodym reprezentantom politycznego mainstreamu. Prawdopodobnie oprawca uznał, że partia rządząca nie reaguje adekwatnie do istniejących rzekomych zagrożeń.

Ostatnie cztery lata spędziłem na rozmowach z aktywistami skrajnej prawicy. Wielu z nich nigdy nie miało styczności z przemocą. Jednak nie da się ukryć, że ultraprawica posiada swoistą „kulturę przemocy”, która najlepiej ujawnia się we wspólnej narracji. Ta narracja to m.in. wiara, że członkowie tej grupy zaangażowani są w „walkę o przetrwanie” oraz że ich etniczna lub religijna jedność jest zagrożona, a główni winowajcy to imigracja i idąca za nią kulturowa różnorodność. Świadomość, że jedynie szybkie działania w obronie tożsamości grupy chronią ją przed zagrożeniami, a także poczucie moralnego obowiązku, który nakazuje podjąć się tych działań na rzecz własnych dzieci i wnuków. Te kwestie inspirują działaczy nie tylko do wstępowania w szeregi fundamentalistycznych organizacji, ale także do podejmowania bezpośrednich działań w ich imieniu.

Podejrzewam więc, że kiedy Breivik oficjalnie ujawni powody, dla których dokonał swej masakry, usłyszymy wiele argumentów na temat niebezpieczeństw multikulturalizmu oraz rosnącego zagrożenia ze strony społeczności muzułmańskich. Usłyszymy też wezwanie do podjęcia radykalnych działań przeciwko nieefektywnym partiom mainstreamu (głównie Partii Pracy).

Dokładnie tak jak w przypadku ekstremistów, z którymi rozmawiałem podczas pracy nad książką, internetowe wpisy Breivika pokazują obsesję na punkcie danych statystycznych i demografii, dotyczących zwłaszcza mniejszości etnicznych i religijnych oraz zróżnicowanego przyrostu naturalnego w obrębie różnych warstw społecznych. Tych wskaźników ekstremalna prawica często używa jako wytłumaczenia dla swoich działań.

Ważne, żebyśmy zrozumieli, że podczas gdy ludzie pokroju Breivika działają w izolacji, ich poglądy podziela wiele osób (mimo że pewnie nie popierają oni używania przemocy). To dlatego norweska tragedia nie jest tylko i wyłącznie sprawą Norwegii. Wcześniejsze przykłady pokazują, że metoda działania na „samotnego wilka” pojawiła się już w różnych innych krajach i układach politycznych. Wiele osób słyszało o Davidzie Copelandzie. A czy ktoś słyszał takie nazwiska, jak: Paul Sargent, Robert Cottage, Martin Cross, Tony Lecomber, Terence Gavan, Mark Bulman, Martyn Gilleard, David Tovey czy Ian i Nicky Davison?

To nazwiska Brytyjczyków, które pojawiły się w niedawnym badaniu antynazistowskiej organizacji Searchlight zatytułowanym „Samotne wilki: mit czy rzeczywistość”. Zbyt mało jest danych, które pozwalałyby przekonująco dyskutować o działalności samotników-ekstremistów, ale wszystko wskazuje na to, że jest ich coraz więcej. Stworzenie bazy danych aktywistów skrajnej prawicy w Europie powinno więc być koniecznym, pierwszym krokiem do zbadania skali zjawiska. Głównie dlatego, że nikt obecnie nie ma pojęcia, ilu przyszłych Breivików kryje się w naszych społeczeństwach.