Newsletter

Mała, duchowa ojczyzna

Tomasz Mincer, 07.11.2013
Małą, duchową ojczyzną, osadzoną i w historii, i w topografii miasta, a jednocześnie otwartą na przybyszów, jest dla mnie moja parafia

Strona 1

Małą, duchową ojczyzną, osadzoną i w historii, i w topografii miasta, a jednocześnie otwartą na przybyszów, jest dla mnie moja parafia

„[P]aryżanin nie musi ciągle na nowo wyprowadzać swego miasta z nicości – pisał Czesław Miłosz w „Rodzinnej Europie” (1). Mieszkaniec Warszawy – wszystko jedno czy z urodzenia, czy z importu – podobnego komfortu znanego nad Sekwaną nie doświadczy.

Historia Warszawy jest obciążona wojenną pamięcią. Jednocześnie to kronika nieskończonego procesu tworzenia się i przekształcania wielkiego organizmu. Czy zatem wspomniana nicość oznacza popowstaniowe gruzy? A może architektoniczne transformacje ocalałych resztek?

Niezależnie od tego, jaka padnie odpowiedź, wrażenie braku ciągłości w porównaniu chociażby z Londynem jest oczywiste.

Z wyboru, niekoniecznie z urodzenia

Gdybyśmy mimo to chcieli zapytać o warszawskie „małe ojczyzny”, zapewne usłyszelibyśmy od mieszkańców stolicy konkretne nazwy: ulic i dzielnic. Tych istniejących, jak i spisanych w niegdysiejszych przewodnikach.

Ale możemy też natrafić na małe ojczyzny niekoniecznie na pożółkłych oraz świeżo wydrukowanych planach miasta. Chodziłoby więc raczej o jakąś przestrzeń duchową, symboliczną. Najlepiej taką, która jest otwarta dla wszystkich. W duchu I Rzeczypospolitej, czyli z wyboru, niekoniecznie zaś z urodzenia.

Albo, patrząc dalej, w klimacie Warszawy powojennej, którą zasilił dopływ świeżej krwi. Polki i Polacy tak wówczas, jak i dziś z najrozmaitszych powodów decydowali się opuścić domowe pielesze. I w nowym miejscu szukać „wtórnego zakorzenienia”, „przybranej ojczyzny”.

Jeśli miałbym pokusić się o wskazanie takiej małej, duchowej ojczyzny, która osadzona jest i w historii, i w topografii miasta, a jednocześnie ma charakter otwarty na przybyszów spoza Warszawy, to wskazałbym moją parafię ewangelicko-reformowaną.

Od zawsze na cenzurowanym

„Kalwiniści” – nazwa nie do końca poprawna, za to powszechna w użyciu – mimo ogromnych wojennych zniszczeń mieli odrobinę szczęścia. Kościół parafialny – choć częściowo wypalony w środku i z pokiereszowaną wieżą – ocalał. Tym samym przetrwał jeden z ważniejszych pomników obecności „dysydentów” w stolicy.

Biorąc pod uwagę, jak silna była niegdyś determinacja, by ewangelików z Warszawy i Mazowsza usunąć, można wręcz mówić o rechocie historii. Dekret wydany przez księcia Janusza Mazowieckiego w 1525 r. zabraniał „innowiercom” osiedlać się na Mazowszu i w samej Warszawie pod karą śmierci. Zaś w 1583 r. nakazano ewangelikom opuszczenie miasta. Tego ostatniego zapisu praktycznie jednak nie przestrzegano. W 1776 r. sytuacja umożliwiła powołanie parafii.

Jednak materialny „cud” – ocalenie budynku kościoła – w żaden sposób nie był w stanie zrekompensować kalwinistom strat ludzkich. A tych niestety było sporo. Wierni, często o niemiecko, francusko czy anglosasko brzmiących nazwiskach, jako polscy obywatele w równym stopniu co ich sąsiedzi innego wyznania (albo i bezwyznaniowi) ginęli na ulicach okupowanej i powstańczej Warszawy. Ginęli i jako cywile, i jako żołnierze sił powstańczych.

Dlatego kiedy w powojennej Warszawie parafianie przystąpili do uporządkowania i częściowej odbudowy kościoła przy dzisiejszej al. Solidarności 74, zadanie nie należało do łatwych. Ewangelików była garstka, a ludzie z oczywistych przyczyn musieli zatroszczyć się o sprawy ważniejsze. A jednak się udało. Dziś – przynajmniej według zapisów parafialnych – społeczność ta liczy ponad 400 osób. Ma swoje znaczące zasługi na polu wydawniczym, charytatywnym czy ekumenicznym.

Współ-praca

Warszawska parafia reformowana pozostała niezwykłą, zabytkową enklawą wśród ciekawej skądinąd, lecz powojennej zabudowy Muranowa. Gdy w dodatku uwzględni się fakt, że jedna z najbliższych parafii tego wyznania znajduje się w Łodzi, wszystko to sprawia, że warszawscy kalwiniści przypominają mały stateczek otoczony rzymskokatolicką flotyllą. Co zatem skłania mnie ku twierdzeniu, że mimo tych znaków szczególnych, jest to raczej duchowa, a nie materialna „mała ojczyzna”?

O tym nie decyduje okazała architektura kościoła, z odrestaurowanymi organami i znakomitą akustyką. Nie do końca rzecz tkwi w różnicach teologicznych w zestawieniu z „prawdami wiary” braci i sióstr z Kościoła rzymskiego.

Otóż ów genius loci ujawnia się za każdym razem, gdy warszawska społeczność reformowana wystawiana jest na próby, z wielu względów ją przerastające. Wymienię nietolerancję wyznaniową, niewielką liczebność, słabszą pozycję wobec rządzących w porównaniu do innych wyznań. Ale przede wszystkim coś, co jest i siłą, i słabością tego Kościoła: dobrowolny charakter pracy tzw. „starszych” (zboru, Kościoła). Czyli mówiąc wprost: wolontariat.

I przy tych wszystkich trudnościach udało się jakoś przetrwać. Zapyta ktoś, jak tego dokonano?