Newsletter

Mała ojczyzna rodzi się w podróży

Piotr Brysacz, 07.11.2013
Człowiek wraz z życiem dostaje kontekst, w którym istnieje – rzeczywistość, w której wzrasta. To, jaki krajobraz wyniesiemy z dzieciństwa, ma wartość w naszym życiu podstawową

Pochodzę z Zambrowa, niewielkiego miasteczka położonego na styku Mazowsza i Podlasia. Miastem, które mnie ukształtowało i z którym związałem swoje życie jest Białystok. Od siedmiu lat mieszkam jednak w Kielcach. To znaczy krążę na linii Kielce – Białystok, wychylam się jak wahadło, próbuję nitką drogi krajowej numer 7 i 8 połączyć te dwa miasta… Gdy jestem na Podlasiu, w Białymstoku, nie mam wątpliwości, że jestem u siebie. Oddycham szerzej, głębiej, inaczej… Ale wiem też, że gdybym nie wyjechał, Podlasie nie cieszyło by mnie tak bardzo…

Fotografia: M.Haponiuk

Dobre powieści i dobre opowieści rodzą się z tęsknoty. Mój Wschód bądź – jak Państwo chcecie – moja mała ojczyzna „urodziła się” w podróży. Trzeba wyjechać, by dostrzec, że to, co za plecami, ma nie jakąkolwiek wartość, lecz że ma wartość podstawową.

Człowiek, wraz z życiem, dostaje kontekst, w którym istnieje – rzeczywistość, w której wzrasta. Jeśli istotne jest to, czego się w dzieciństwie uczy, to równie istotne, a kto wie, czy nawet nie bardziej, jest to, na co od dziecka patrzy. To, jaki krajobraz wyniesiemy z dzieciństwa, ma wartość w naszym życiu podstawową. Określa to, kim i jak jesteśmy. Ale wiedza o tym przychodzi późno, czasami zbyt późno, bo życie układa się gdzie indziej, a tęskni się do tego, co nas ukształtowało. I z tej tęsknoty umiera się, usycha, gorzknieje…

Moja babka, wychowana na Augustowszczyźnie, nigdy nie polubiła mojego rodzinnego Zambrowa. Dla niej to były zawsze „suche strony”, nie było jezior w okolicy, więc nie było nawet o czym mówić, Zambrów to nie było miasto… Dlatego kilka razy w roku jeździliśmy na Augustowszczyznę, by babka nasyciła oczy tym, za czym tak tęskniła, a i my z bratem nasiąkaliśmy w dzieciństwie tym krajobrazem: niezmierzonym lustrem wody Jeziora Rajgrodzkiego, otwierającym widok na przestrzeń po horyzont, przepastnymi gęstymi lasami Puszczy Augustowskiej…

Jeśli ktoś pyta, czym jest dla mnie moja „mała ojczyzna”, to właśnie tym: tą wschodnią, ciągnącą się kilometrami, niezabudowaną przestrzenią, która zaczyna się gdzieś na Podlasiu, a kończy dopiero w okolicach Japonii. Tym krajobrazem smętkiem podszytym, tym nieprzebranym bogactwem przyrody i melancholijną pustką, bo ludzi mało.

To krajobraz tak człowieka kształtuje, że ma duszę, która ciągle się wzrusza? Z całą pewnością – tak. Gdybym nie patrzył w dzieciństwie na bezkresne lustro wody, gdybym nie poczuł smaku podsiedleckiej wsi, gdybym nie patrzył na bezkres biebrzańskich turzycowisk, byłbym innym człowiekiem. Jakim? Nie wiem, wiem, że innym, „nastrojonym” na zupełnie inną nutę…

Ów wschodni kontekst, w jakim się wzrasta, ma posmak szczególny. To przestrzeń magiczna, przyciągająca, pochłaniająca… To przestrzeń, od której uwolnić się nie sposób. Ba! Tą przestrzenią zarażamy innych. To jak misja. W pewnym momencie człowiek łapie się na tym, że nic innego w życiu nie robi, tylko powtarza napotkanym wokół: „przyjedź, zobacz, przyjedź, zobacz”. I przyjeżdżają, i wsiąkają…

Zazwyczaj wyjeżdżamy nie oglądając się za siebie, tęsknota przychodzi później, tęsknimy za tym, co straciliśmy. Ale to odwieczny paradoks: żeby wiedzieć, co straciłeś, trzeba udać się w podróż, trzeba „to” porzucić, w pewnym sensie wyrzec się tego. Gdy jest się „u siebie”, jest się za blisko. To tak jakbyś stał przy kamiennym parkanie: gdy jesteś blisko parkanu, wspinasz się na palce i widzisz tylko fragment: jakieś czubki drzew, sad, kawałek domu. A gdy odsuniesz się od muru na sporą odległość, widzisz nie tylko mur, ale – w pełnej krasie – to, co za nim jest ukryte.

Co zobaczyłem, gdy wyjechałem do Kielc? Za czym tęskniłem? Za krajobrazem, za ludźmi, za miastem, które zmieniało się beze mnie. Białystok zmieniał się, lecz nie na moich oczach i tego żal mi było najbardziej: że uczestniczę w innym życiu, gdzie indziej, a nie we własnym, tu, gdzie tyle się dzieje…

Czy żałuję? Nie, nadal jeżdżę, mam rodzinę i dom w Kielcach. Mam też dom w Białymstoku, bo swoje życie zawodowe na powrót związałem z tym miastem. Moja „mała ojczyzna” ciągle rodzi się w podróży. Gdy przekraczam Bug w okolicach Wyszkowa, oddycham głęboko, bo wiem, że jestem u siebie. Ale jaki smak miałoby to „u siebie”, gdybym się nie ruszył? Gdybym tkwił? Gdybym nie spotkał w Kielcach tych, z którymi mi najbliżej i po drodze? Komu objaśniałbym świat? Za czym bym tęsknił?

Gdyby nie nieustanne napięcie, które rodzi odległość, gdyby nie odległość, dystans, który wyostrza uwagę, kim byłbym? Może nadal stałbym przy parkanie i widział tylko czubki drzew? Czy takiego „mnie” chciałoby Podlasie? Czy ja bym chciał takiego Podlasia? Nie, na pewno nie…

*Piotr Brysacz – dziennikarz i redaktor. Autor książki „Patrząc na Wschód. Przestrzeń. Człowiek. Mistycyzm” – zbioru rozmów z pisarzami, podróżnikami i reporterami (m.in. z Andrzejem Stasiukiem, Jackiem Hugo-Baderem, Mariuszem Wilkiem, Wacławem Radziwinowiczem, Wojciechem Góreckim). Związany z białostocką Fundacją Sąsiedzi. Był redaktorem naczelnym Wydawnictwa Książkowego Charaktery oraz szefem magazynu humanistyczno-literackiego „Charaktery Pisma”. Współpracował z pismami literackimi („Kartki”, „Kultura” oraz „Nowe Kartki”), obecnie współpracuje z „Notesem Wydawniczym”.

Tekst ukazał się w listopadzie 2013 roku.