Newsletter

Śląskie światy najmniejsze

Marcin Jarząbek, 07.11.2013
Żyjemy dziś w małych ojczyznach na pozór tych samych co przed wojną, ale już dawno nie takich samych

Żyjemy dziś w małych ojczyznach na pozór tych samych co przed wojną, ale już dawno nie takich samych

Wbrew pozorom Górnoślązakowi wcale niełatwo pisać o swojej małej ojczyźnie. Trudno „z zewnątrz” spojrzeć na coś, w czym się tkwi od środka. W końcu myślenie o małych ojczyznach bierze swój początek na Górnym Śląsku, ale wcale nie od Ślązaków: pojęcia „więzi regionalnej” i „ojczyzny prywatnej” (która szybko w potocznym użyciu stała się „małą ojczyzną”) ukuł przecież Stanisław Ossowski po swoich badaniach terenowych w Dobrzeniu Wielkim pod Opolem.

Paradoksy z historii

Ossowski – jako człowiek spoza Śląska – zobaczył i nazwał coś, co rozumieli i czuli mieszkający tu ludzie, lecz nigdy wcześniej nie mieli potrzeby, by to nazwać i opisać. Życie w małej ojczyźnie i życie małą ojczyzną było (jest?) naturalną formą istnienia Górnoślązaków. Wszystko co „powyżej” Heimatu pozostaje sprawą otwartą: kwestią wyboru lub przymusu.

To też zresztą pewien paradoks: region, który nowoczesności i jej skutków doświadczył bardzo wcześnie i bardzo przez nie został przeobrażony, żył jednocześnie trochę w sposób przednowoczesny. Tu horyzonty własnego świata stanowiło parę miejscowości z okolicy, najbliższe duże miasto, zakład przemysłowy, kościół, cmentarz i czasem działka. W tych granicach życie było intensywne i na nowoczesną modłę zorganizowane.

Kiedy przeglądałem różne dokumenty archiwalne dotyczące mojej rodzinnej miejscowości – Kochłowic (dziś dzielnicy Rudy Śląskiej) – uderzyło mnie w nich to,  jak wiele przed 80 czy 100 laty było tutaj organizacji, stowarzyszeń, kółek i kół: kościelnych, sportowych, politycznych, zawodowych, gospodarczych, muzycznych, łącznie z klubem szachowym i ogrodem działkowym.

A wszystko bardzo na serio: regularne spotkania, władze, protokoły, pieczątki…  I myślę, że moje Kochłowice nie były pod tym względem wyjątkiem. Konflikty narodowościowe i polityczne z tamtego czasu pobudzały jeszcze wszystkie strony, by się jakoś organizować. I przeciągać na swoją stronę choć część Ślązaków. W tym tkwiła też mniej przyjemna twarz takiego na pozór idyllicznego życia w śląskich Heimatach: niewiele było trzeba, żeby ktoś stał się „obcym” – Gorolem, Polokiem, Niemcem. Górnoślązacy myślą konkretem, więc „obcy” miał często bardzo konkretną twarz. A XX-wieczne nacjonalizmy i totalitaryzmy umiejętnie to wykorzystywały i z różnym skutkiem zaszczepiały ideologiczne myślenie w „światach najmniejszych” mieszkańców Śląska.

Dylematy współczesności

Dziś jest inaczej. Konflikty są zupełnie inne niż kiedyś (antagonizm polsko-niemiecki istnieje jedynie w głowach kilku starszych historyków, polityków różnych opcji i młodych narodowców). Inna jest też sytuacja samego Śląska. Prawie nikt nie przyjeżdża tu specjalnie za pracą, za to wiele osób stąd decyduje się na wyjazd. W ciągu minionych 20 lat ludność Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego zmniejszyła się o kilkaset tysięcy osób. To samo dotyczy też rolniczych terenów woj. opolskiego.

Problemem przestał być napływ Goroli, a stało się nim pytanie, jak zatrzymać tu Hanysów? Do tego dochodzi wszystko to, co spotkało społeczeństwo polskie od czasu PRL-u, jak komunistyczne próby ograniczania lokalnej podmiotowości (na Śląsku wiele mniejszych miejscowości łączono wtedy w duże miasta i tak powstały m.in. Ruda Śląska, Kędzierzyn-Koźle czy Czerwionka-Leszczyny) czy współczesne nam suburbanizacja i komercjalizacja przestrzeni publicznej.

Żyjemy dziś w małych ojczyznach na pozór tych samych co przed wojną, ale już dawno nie takich samych. W niezbyt dużym centrum Kochłowic zniknęło od powojnia 10 budynków (z tego 5 w ostatnich 20 latach), a i tak na tle okolicznych miejscowości los obszedł się z nimi względnie łagodnie. Inny charakter zaczyna nabierać sama więź między miejscem a ludźmi, którzy w nim mieszkają: mała ojczyzna jest coraz bardziej kwestią osobistego wyboru, a coraz mniej – społecznej konieczności. Renesans, jaki śląskość i śląski lokalizm przeżywają w ostatnich latach, ma jeszcze ograniczony zasięg, ale jego cechą jest to, że coraz mniej liczy się po prostu pochodzenie, a coraz bardziej – świadome utożsamienie się z jakimś miejscem.

Wizja przyszłości

Obok tego wspomnianego na początku odwiecznego bezrefleksyjnego życia w swoim małym świecie, wyróżnić dziś można jeszcze przynajmniej trzy inne typy górnośląskich postaw wobec małej ojczyzny: (1) nostalgiczną, (2) utylitarną i (3) organiczną. Ta pierwsza żyje głównie wspomnieniem przeszłości (ech, jak tukej pierwy było fajnie i co ‚ôni’ sam zrobili!) i iluzją, że da się do niej wrócić. Ta druga traktuje własną relację ze „światem najmniejszym” jako funkcję swoich interesów: skoro tu mieszkam, to chcę mieć dobry dojazd i plac zabaw w okolicy (to też postawa najczęściej podzielana przez działaczy politycznych, którzy „dbają o swój okręg wyborczy”). Wreszcie trzecia najbliższa jest wizji „pracy organicznej”: powolnego budowania na tym, co z przeszłości zostało. Z tej perspektywy więź z małą ojczyzną to wartość sama w sobie, niezależnie od jej mniejszej czy większej przekładalności na użyteczny w danej chwili konkret.

Nie muszę pewnie dodawać, że mi najbliższa jest ta ostatnia. Im bardziej oddalam się od aktywnego udziału w codzienności mojej małej ojczyzny (od kilku lat dzielę swój czas na ten spędzany na Śląsku oraz coraz częściej poza nim), tym bardziej jestem przekonany, że rekonstrukcja górnośląskiej więzi i postawy obywatelskiej to praca na dziesięciolecia. I że niestety po drodze sporo ważnych elementów śląskiego „świata najmniejszego” bezpowrotnie przeminie mimo naszych działań.

Gdy w 2010 r. w kochłowickim Stowarzyszeniu Genius Loci – Duch Miejsca (nazwa nieprzypadkowa) organizowaliśmy jubileusz 650-lecia pierwszej źródłowej wzmianki o tej miejscowości, otrzymaliśmy mail od jednej z działaczek społecznych starszego pokolenia, która z dużą goryczą pisała:

Wcześniej popatrzcie dookoła, czy czegoś ważniejszego nie należy zrobić dla tego upokorzonego kochłowickiego społeczeństwa: wyburzone wszystkie znaczące budynki, zniszczone Planty, zawłaszczony Dom Powstańca (przez stow. z Warszawy) itd. Tak, to są poważne sprawy i wymagają bardzo dużego społeczno-politycznego zaangażowania, a nie tylko świetlicowo- imprezowych „programów”.

Odpisaliśmy wtedy m.in. tak: nasze stowarzyszenie nie zajmuje się „bardzo dużym społeczno-politycznym zaangażowaniem” [...] Nasze cele od początku były skromne i długofalowe – zapewne jedna wystawa czy wycieczka (owe „świetlicowo-imprezowe programy”) nie przywróci dawnego uroku i blasku nieistniejącej szkoły czy kamienicy, ale może konsekwentne działania po dłuższym czasie będą dla kogoś inspiracją do mądrych decyzji budowlanych, inwestycyjnych czy tych dotyczących przestrzeni publicznej.

Wierzę wciąż, że to właściwa droga i że najlepsze czasy górnośląskie małe ojczyzny mają dopiero przed sobą. W końcu po raz pierwszy zauważyli je i zrozumieli także sami Górnoślązacy – my, którzy tu mieszkamy. Przestają być dla nas oczywistym tłem życia, a stać się mogą wcale nieoczywistym wyzwaniem.

*Marcin Jarząbek – kochłowiczanin, historyk, współtwórca i pierwszy prezes Stowarzyszenia „Genius Loci – Duch Miejsca” z Rudy Śląskiej – Kochłowic, odpowiedzialny m.in. za organizację w 2010 r. jubileuszu 650-lecia Kochłowic. Obecnie mieszka i pracuje w Krakowie.