Newsletter

Demokratura po czesku?

Aleksander Kaczorowski, 28.10.2013
Nowy rząd powstanie, jeśli dogadają się dwaj najważniejsi dziś politycy w tym kraju: prezydent Milos Zeman i miliarder Andrej Babis

Niewiele można dodać do kompetentnych analiz wyników przedterminowych wyborów w Czechach, jakie pojawiły się w polskich mediach. Chyba tylko tyle, że nowy rząd powstanie, jeśli dogadają się dwaj najważniejsi dziś politycy w tym kraju: prezydent Milos Zeman i „czarny koń” wyborów, „czeski Berlusconi”, miliarder Andrej Babis.

Zeman przed piętnastu laty zaszokował wszystkich, zawiązując tzw. umowę opozycyjną z Vaclavem Klausem. Ówczesny lider Obywatelskiej Partii Demokratycznej zgodził się tolerować mniejszościowy rząd socjaldemokratów, w zamian za koncesje polityczne i puszczenie w niepamięć afer korupcyjnych z okresu tzw. kuponowej prywatyzacji. Zeman ma więc doświadczenie w tworzeniu politycznych karteli.

Dziś jego celem jest, tak jak w 1998 roku, lewicowy rząd, wspierany przez najsilniejszą partię opozycyjną. Za takim rozwiązaniem de facto opowiedzieli się wyborcy, oddając 35 proc. głosów na lewicę i 19 proc. na antysystemową partię Babisa, a tylko niespełna 27 proc. na tradycyjne partie centroprawicowe: narodowych konserwatystów, proeuropejskich liberałów i katolickich chadeków (ludowców).

Czesi chcą realnych zmian, zarazem jednak trochę się ich boją. Stąd sukces Babisa, który miałby odgrywać rolę bezpiecznika antyliberalnego, lewicowego układu, tworzonego przez Zemana, socjaldemokratów i komunistów. Jeśli lewica zagrozi interesom finansjery i zamożnej klasy średniej, Babis wykręci korki i doprowadzi do wcześniejszych wyborów parlamentarnych.

Problem polega na tym, że może to zrobić już teraz. Prawie wygrał te wybory i jest ich faktycznym zwycięzcą. Mój znajomy, który miał okazję go poznać, twierdzi, że ten drugi najbogatszy Czech dzieli ludzi na dwie kategorie: użytecznych i bezużytecznych.

Andrej Babis to klasyczny przedstawiciel uwłaszczonej, komunistycznej nomenklatury (przed 1989 rokiem pracował w czechosłowackich centralach handlu zagranicznego, jest posądzany o współpracę z komunistyczną bezpieką). Nie po to za grube miliony kupił największe gazety w kraju i wynajął amerykańską firmę PR, która zorganizowała mu bardzo dobrą kampanię wyborczą, żeby teraz dzielić się władzą z ludźmi, którymi pogardza. Już teraz nieformalnie postawił socjaldemokratom zaporowy warunek: chce dla siebie stanowiska ministra finansów. To oznacza, że lewica miałaby żyrować jego liberalną politykę: utrzymanie niskich podatków, ulgi dla biznesu i banków itp. Można to sobie wyobrazić: socjaldemokraci nie mogą spędzić kolejnych czterech lat w opozycji. Przełkną wszystko.

Przywódca ANO 2011 prawdopodobnie zastanawia się teraz, czy nie lepiej jednak doprowadzić do kolejnych wyborów na wiosnę 2014 roku. Być może wtedy zgarnąłby całą pulę (a to rekiny biznesu lubią najbardziej). Inne partie nie mają już pieniędzy na kampanię, lewica i Milos Zeman przez pół roku bezskutecznych prób utworzenia rządu skompromitują się doszczętnie w oczach wyborców. Tak czy owak, nad Wełtawą rzeczywiście – jak to ujął Tomasz Maćkowiak w „Gazecie Wyborczej” – krąży dziś widmo demokratury.