Newsletter

Dobra i zła migracja

Aleksandra Kaniewska, 16.10.2013
Brytyjscy politycy są w impasie – jak zreformować politykę imigracyjną, żeby nie wylać (chińskiego) dziecka z kąpielą?

Brytyjscy politycy są w impasie – jak zreformować politykę imigracyjną, żeby nie wylać (chińskiego) dziecka z kąpielą?

Ostatni tydzień upłynął w mediach pod znakiem imigracji. Z przerażeniem oglądaliśmy skutki katastrofy statku z afrykańskimi uchodźcami w okolicach włoskiej wyspy Lampedusa oraz podobnego, choć mniej tragicznego w skutkach, wypadku łodzi u wybrzeży Sycylii. Obnażyły one wyzwania stojące przed europejską polityką imigracyjnej.

Aktywni czy bezrobotni

W tym samym czasie Komisja Europejska opublikowała raport, według którego imigranci z innych krajów UE nie pobierają w swoich nowych ojczyznach więcej zasiłków niż rdzenni obywatele danego państwa. Z badania wynika również, że na Wyspach Brytyjskich żyje ponad pół miliona ‘nieaktywnych’ obywateli krajów UE, co kosztuje służbę zdrowia ponad 1,5 mld funtów.

Jak bardzo temat imigracji dzieli debatę publiczną pokazał dopiero sposób analizy tych danych. Według Laszlo Andora, komisarza UE ds. zatrudnienia, raport udowadnia, że w Europie nie ma problemu turystyki zasiłkowej, a w większości krajów, włącznie z Wielką Brytanią, obywatele UE płacą więcej w podatkach i ubezpieczeniach socjalnych niż dostają zasiłków. Z kolei dla Brytyjczyków, ‘nieaktywni’ oznacza tyle samo, co ‘bezrobotni’. Rzecznik Davida Camerona szybko zakomunikował, że raport to kolejny dowód zbyt wysokich kosztów imigracji. I że rząd zamierza coś z tym zrobić.

Vany rasizmu

Jednym z pomysłów jest ogłoszony w ubiegły czwartek projekt ustawy imigracyjnej, której celem jest uniemożliwienie nielegalnym imigrantom korzystania ze świadczeń socjalnych oraz zmniejszenie migracji netto do 100 tys. osób rocznie (dziś jest to nieco powyżej 170 tys.). Ogromny, ponad 175-stronicowy dokument zawiera szereg propozycji zaostrzających brytyjskie prawo, m.in. kary dla właścicieli lokali, którzy wynajmują mieszkania nielegalnym imigrantom, uniemożliwienie im otwierania kont bankowych i darmowego korzystania z opieki zdrowotnej. Zagranicznych przestępców będzie można najpierw deportować, a dopiero potem rozpatrywać ich odwołania (tu wciąż mocno rezonujący na Wyspach casus radykalnego muzułmańskiego duchownego Abu Katady, którego dopiero niedawno, po 10 latach, udało się deportować do Jordanii). W ramach nowej ustawy planowane jest także wprowadzenie opłaty (w wysokości około 200 funtów) za korzystanie z usług National Health Service (NHS) dla imigrantów tymczasowych, czyli studentów.

Dość poprawności politycznej

Twarzą tej kampanii jest Mark Harper, minister stanu ds. imigracji, pomysłodawca wypuszczenia na ulice brytyjskich miast samochodów z hasłami „Wracaj do domu albo zostaniesz aresztowany”, które Brytyjczycy szybko ochrzcili „vanami rasizmu”.

Harper to zresztą, obok szefowej MSW Theresy May, największy jastrząb wśród konserwatystów. Nie dalej jak przedwczoraj oburzył widownię emitowanego przez BBC programu publicystycznego „Sunday Politics West” – powiedział Irakijczykowi, którego wnioski o azyl zostały odrzucone pięć razy (a mieszka na Wyspach od sześciu), żeby nie był śmieszny i wracał do siebie do kraju. Oczywiście, jego występ mógł zbulwersować inteligencką publiczność i czytelników lewicowego „Guardiana”, ale nastrój w społeczeństwie najlepiej obrazują komentarze, które pojawiły pod artykułem na ten temat w internetowej wersji tabloidu „The Daily Mail”. Wśród kilku tysięcy głosów dominował komunikat: „Dość poprawności politycznej. Wyrzućmy z Wielkiej Brytanii darmozjadów”.

Kiedy dla jednych drzwi się zamykają, dla innych rozkłada się czerwony dywan. Minister finansów George Osborne i burmistrz Londynu Boris Johnson podczas wizyty w Chinach podkreślali unisono, że Wielka Brytania pozostaje otwarta jest dla turystów i studentów z Chin (media szybko skomentowały: „Osborne otwiera drzwi dla bogatych Chińczyków”). Kilka miesięcy wcześniej, podczas ważnej strategicznie wizyty w Indiach, w podobnym tonie wypowiadał się premier David Cameron.

Pogodzić jastrzębi z gołębiami

Jak w kwestii imigracji pogodzić politykę jastrzębi (Harper, May) z gołębiami (Cameron, Osborne, Johnson)? Czy da się zjeść ciastko i wciąż je mieć?

Nie da się. Ale politycy wciąż próbują. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: czego innego oczekują od nich Brytyjczycy, a czego innego zagranica. Wyborcy chcą ostrego kursu i komunikatów pokroju: „brytyjska praca dla Brytyjczyków”. Przyznało to w niedawnym sondażu telewizji Sky News dwie trzecie uczestników badania. Ich lęk o przyszłość Wielkiej Brytanii wykorzystują populiści, głoszący, że na Wyspach jest już zbyt ciasno. A liczby nie kłamią. Między 2001 a 2011 rokiem populacja Anglii i Walii wzrosła o prawie 4 miliony. To największy skok od 200 lat, a dwie trzecie tej liczby stanowili obywatele napływowi – czyli migranci. Do 2035 populacja Wlk. Brytanii ma wzrosnąć z 62 do 73 milionów.

Z drugiej strony, Wielka Brytania, mimo że jest wyspą, od lat dumna jest z otwartości na zagranicznych inwestorów, turystów i studentów. Nie bez kozery. To migranci wypełnili luki na rynku pracy, zapełnili londyński sektor finansowy, dzięki nim Wielka Brytania cieszy się z niskich podatków, relatywnie wysokiej konsumpcji, a także rosnącego przyrostu naturalnego (ponad 20 tys. polskich dzieci rodzi się co roku na Wyspach). W dyskusji o migracji (i to zarówno brytyjskiej, jak i np. francuskiej) już przebijają się głosy, że to dzieci dzisiejszych migrantów będą utrzymywać starsze pokolenia Europejczyków.

Konsensus jest więc jeden – jest dobra migracja, i jest zła migracja. Dla tej, która nam się opłaca, warto jest rozłożyć czerwony dywan. A ta, która tylko nas kosztuje, powinna zostać zahamowana. Pytanie tylko, czy w tych migracyjnych meandrach odnajduje się przeciętny Mr. Smith, dla którego w życiu najważniejsza jest dobra praca, znośna płaca i cotygodniowy kufel piwa ale?

Tym bardziej, że – jak śmieją się czasem Wyspiarze – „Co to znaczy być dziś Brytyjczykiem? To znaczy nosić chińskie ubrania, pić niemieckie piwo, jeść włoską pizzę lub turecki kebab, korzystać z usług polskiego budowlańca i jeździć japońskim samochodem”.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim