Newsletter

Ogrodnik w fabryce wiedzy

Aleksandra Kaniewska, 10.10.2013
W szkołach powinniśmy pielęgnować w dzieciach wyobraźnię, innowacyjność i kreatywność. I wychowywać je w poczuciu, że nic nie ogranicza ich możliwości

W szkołach powinniśmy pielęgnować w dzieciach wyobraźnię, innowacyjność i kreatywność. I wychowywać je w poczuciu, że nic nie ogranicza ich możliwości

Poranna rutyna: wstajesz z łóżka, toaleta, śniadanie, wyprawianie dzieci do szkoły, a siebie samego do pracy. W pracy – godziny kolejnych obrządków: maile, telefony, robota papierkowa i twórcza, kawa, lancz. Po tym wszystkim powrót do domu.
Życie rozpisane na takiej prostej linii czasu wydaje się linearne.

Ale przecież przez ten czas, a tak naprawdę przez całe życie, funkcjonujemy naraz w kilku wymiarach: ciągłych interakcji, nauki, obserwacji, uczestnictwa w życiu rodziny, firmy i państwa, w konsumpcji i aktywności obywatelskiej. Potrafimy jednocześnie być rodzicami, przyjaciółmi, obywatelami, pracownikami i pracodawcami. Wygrywamy jedne walki, by przegrać inne.

„Najważniejszą cechą ludzkości jest różnorodność” – powtarza Sir Ken Robinson, brytyjski pedagog, mówca i jeden z bardziej błyskotliwych rzeczników zmian w świecie edukacji. Dodaje też, że każdy z nas już jako dziecko jest naturalnie ciekawy świata, kreatywny i chętny do nauki. To dopiero szkoła, z jej mechanicznymi metodami nauczania i centralnie sterowanym systemem ocen i egzaminów, zabija w młodym człowieku entuzjazm i pasję poznawania świata.

„W szkołach powinniśmy przede wszystkim uczyć rozwijania wyobraźni, kreatywności i innowacyjności, a dopiero później matematyki czy chemii. Musimy wrócić do wychowywania młodego pokolenia w klimacie nieograniczonych możliwości” – podkreśla Robinson w jednym ze swoich najsłynniejszych wystąpień podczas konferencji TED. I ostrzega, że jeśli nie określimy na nowo celów, którym edukacja powinna służyć, wylądujemy w „edukacyjnej dolinie śmierci”.

Prosto z taśmy Forda

Edukacja jest jak stół – opiera się na czterech podporach, które jednocześnie są jej celami. Pierwszą jest ekonomia. Systemy edukacyjne zawsze miały „tworzyć” społeczeństwa, które byłyby w stanie się utrzymać. Więcej – takie, które „wytwarzałyby” pewną wartość ekonomiczną dla swojego kraju. Edukacja masowa w jej dzisiejszym, sprofesjonalizowanym i scentralizowanym kształcie powstała przecież na potrzeby rewolucji przemysłowej. I przez lata działała sprawnie na rzecz ekonomicznego sukcesu.

Dzisiaj żyjemy w świecie postindustrialnym, w systemie gospodarek opartych na usługach i cyfrowych technologiach, w rzeczywistości szybko zmieniającej się i mocno zglobalizowanej. Jednak pakiet narzędzi mentalnych, w który wyposaża nas szkoła, byśmy radzili sobie z tym światem, zdaje się pasować do XIX-wiecznej fabryki. Bo czy rutynowe, ustandaryzowane testy sprawdzające, co zapamiętaliśmy, nie przypominają taśmy Forda? Czy siedzenie przez osiem godzin w ławkach, gdzie każdy uczeń przypisany jest do swojego miejsca, to nie odpowiednik dziennej zmiany robotników w maszynowni?
Od odpowiedzi, dla Robinsona oczywistej, ważniejsze jest pytanie, czy w XXI wieku możemy sobie pozwolić na szkołę z czasów rewolucji przemysłowej?

Pytanie to tym bardziej istotne, że firmy – te mniejsze, większe i potężne korporacje – nie szukają już pracowników jak z chińskiej fabryki tekstyliów: tanich, identycznych i miernej jakości. W niedawnym badaniu gigant przemysłu komputerowego, firma IBM, zapytał blisko 2 tysiące liderów firm z różnych branż o ich priorytety biznesowe. Wszyscy odpowiedzieli podobnie: żeby osiągać sukcesy, i oni, i ich przedsiębiorstwa muszą mieć dwie cechy – kreatywność i elastyczność/adaptacyjność. Firmy, które nie są kreatywne i nie umieją mądrze dopasować się do zmiennych realiów, upadają. Nawet jeśli wcześniej odnosiły sukcesy. Za przykład mogą posłużyć problemy Canona, Blackberry czy Nokii.

Jeśli więc chcemy, żeby edukacja spełniała swój „ekonomiczny” cel, uczenie od najmłodszych lat odnajdywania się w środowisku zmiany i stymulowanie kreatywności powinny stać się jej priorytetami.

Skąd przybywamy

Drugim filarem edukacji musi być kultura. Dlaczego? Bo świat jest wielowymiarowy, skomplikowany i pełen wyzwań. Większość współczesnych konfliktów może mieć tło ekonomiczne, ale ich źródło tkwi w kulturze: odmiennych ideologiach, systemach wartości i przekonaniach. Nie można być pełnowartościowym człowiekiem – w tym najszerszym, arystotelesowskim sensie – jeśli nie ma się zainteresowania dla świata i wydarzeń wokół nas.

Szkoła nie jest po to, by wpajać młodym ludziom określone systemy wartości, ale by uczyć zrozumienia, jak one powstają i dlaczego tak bardzo od siebie się różnią. Człowiek musi zrozumieć własną tożsamość kulturową, jeśli chce rozumieć inne. Musi wiedzieć, skąd przybywa i dokąd idzie.

Ale jak uczyć kultury? Na pewno nie poprzez rywalizację, kumulowanie ocen czy punktów. Kultura to wiedza ogólna, którą najlepiej zdobywa się dzięki kontaktowi z literaturą, filmem, za sprawą podróży czy dyskusji filozoficznych, obcowania ze sztuką czy jej tworzenia.

Nikt nie jest wyspą

Trzeci filar edukacji jest oczywisty – to wymiar społeczny. Warto powtórzyć ten truizm: żaden człowiek nie jest wyspą, jesteśmy częścią sieci relacji tworzących społeczeństwo. Im więcej o tych związkach wiemy, im bardziej świadomymi ich uczestnikami jesteśmy, tym lepszym możemy być społeczeństwem. W katalogu koniecznych do zinternalizowania społecznych wartości znajdziemy przecież i demokrację (z jej naciskiem na równość i partycypację), i sprawiedliwość (oraz jej instytucjonalny odpowiednik: prawo i system sądowy). Znajdziemy tu politykę i rodzinę, prawa i obowiązki obywatela, ale też wartości miękkie, takie jak zaufanie do drugiego człowieka, empatię i współpracę.

Amerykański filozof i pedagog John Dewey powiedział kiedyś, że każde pokolenie musi na nowo odkryć dla siebie demokrację. To prawda tyleż ważna, co nieoczywista, bo najmłodsze pokolenia nie musiały o nią walczyć. A demokracja nie jest supermarketem idei, z których wybieramy tylko to, co dla nas wygodne. To ciągły, organiczny proces, w którym uczestniczymy, nawet jeśli czasem tylko in absentia. Sto lat temu aktywistka polityczna Emily Davison, walcząc o prawa wyborcze dla kobiet, rzuciła się pod konia króla Jerzego V i kilka dni później zmarła. Dzisiaj w wyborach lokalnych frekwencja często nie przekracza 15 procent, mimo że jedyna aktywność, do której trzeba się zmobilizować, to krótki spacer do lokalu wyborczego i zakreślenie kilku miejsc na kartce.

Uprawa uczniów

Łącznikiem dla trzech filarów edukacji – ekonomii, kultury i społeczeństwa – a jednocześnie jej najważniejszym, czwartym elementem, powinien być nauczyciel. Ken Robinson apeluje, byśmy wrócili do myślenia o nauczaniu jak o rolnictwie (albo uprawie), zamiast traktować je jak produkcję przemysłową: „Dobry nauczyciel jest jak ogrodnik lub farmer. Rośliny mają rosnąć pod jego opieką. Jeśli więdną, jego praca nie ma sensu”.

Ta botaniczna metafora ma głęboki sens – ponieważ nawet najbardziej utalentowany ogrodnik nie może zmusić roślin do wzrostu. One rosną same, organicznie, ale pod warunkiem, że zapewni im się odpowiednie warunki.

Podobnie jest z edukacją. Dobry nauczyciel pomaga odkrywać naturalne talenty dziecka, wspiera je i sprawia, że rozkwitają. Jest jednocześnie mentorem, coachem, wychowawcą, motywatorem i kontrolerem postępów.

Ale nawet najlepszy nauczyciel nie uzdrowi systemu, który opiera się na niewłaściwych filarach. Tak jak najlepszy nawet ogrodnik nie utrzyma bujnej zieleni w miejscu jałowym, pozbawionym słońca i wody.

Korzystałam z wystąpień Sir Kena Robinsona podczas konferencji TED (m.in. wykładu o tym, jak szkoła zabija kreatywność, który na całym świecie obejrzano już 19 milionów razy), fragmentów jego książek „Out of Our Minds: Learning to Be Creative” (2009), „Finding Your Element: How To Discover Your Talents and Passions and Transform Your Life” (2013), a także z materiałów z oficjalnego bloga.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim