Newsletter

Nauczyciel: entuzjasta czy leniwy męczennik?

Zofia Grudzińska, 10.10.2013
Szkoła jest żywym organizmem i musi być świadoma swojej misji. Dobry nauczyciel również

Strona 1

Szkoła jest żywym organizmem i musi być świadoma swojej misji. Dobry nauczyciel również

Od lat w debacie społecznej dotyczącej oświaty coraz częściej pojawiają się akcenty dotyczące „jakości nauczycieli”. Celowo nie użyłam określenia bardziej, wydawałoby się, konkretnego: „jakość pracy nauczycieli”, bo zakres tej wypowiedzi jest szerszy. Obejmuje nie tylko wykonywanie samego zawodu, ale też kwestie osobowości i moralności oraz specjalnych warunków wykonywania tego zawodu (ten ostatni punkt stanowi wyłącznie argument krytyczny wobec środowiska). Gdyby więc wierzyć powszechnie głoszonym poglądom, należałoby przyjąć, że mamy w szkołach nauczycieli leniwych, niekompetentnych, a w najlepszym przypadku obojętnych wobec problemów ucznia (i rodzica).

Jednocześnie nie można powiedzieć, że dzieci i młodzież stykają się w szkołach wyłącznie z nauczycielami wypalonymi, znudzonymi czy też cynicznie wykorzystującymi przywileje zawodowe. Nadal nie brak pasjonatów, zaangażowanych dydaktyków i pedagogów. Zaryzykowałabym nawet opinię, że „pozytywnie zakręconych” jest więcej niż nieprofesjonalnie wykonujących zawód.

Tymczasem krytyka społeczna dotyka niestety wszystkich i paradoksalnie więcej przynosi szkód niż pożytku. Na razie bowiem jedynym zauważalnym jej owocem jest dalszy spadek prestiżu nauczycielskiego zawodu. Przynosi to dwojakie skutki, oba negatywne. Po pierwsze, uczniowie lekceważą nawet te zalecenia nauczycieli, które są konieczne, by się rozwijali i zdobywali wiedzę. Po drugie, wyborem tak kiepskiej w społecznej ocenie ścieżki zawodowej coraz rzadziej są zainteresowane osoby o dużym potencjalne twórczym.

Chciałoby się rzec: coraz gorsi uczniowie, coraz gorsi nauczyciele.

Czyli wart Pac pałaca…

Co szwankuje?

Wśród rozmaitych pytań dotyczących poziomu wypełniania przez nauczycieli ich obowiązków zawodowych powinno pojawić się dość podstawowe: o warunki, które przyczyniają się do obecności w szkołach dobrych i złych przedstawicieli tego zawodu.

Pasjonaci są często młodzi, dopiero co wchodzący do zawodu. Prawdziwa próba nadchodzi po roku, dwóch latach. Niektórzy wtedy albo rezygnują z pracy (chwała im, że opuszczają pole bitwy, która ich nie wciąga!), albo obniżają loty. Czemu? W rozmowach przeprowadzonych z młodszymi kolegami i koleżankami z trzy-, pięcioletnim stażem otrzymałam m.in. takie odpowiedzi:

1) „Przytłacza mnie zmęczenie wypełnianiem niepotrzebnych papierów” – rozmówcy w tym punkcie chętnie i rzeczowo uzasadniali absurdalność wymaganych od nich raportów, kwestionariuszy oraz analiz. Okazuje się też, że często nauczyciele muszą je produkować wyłącznie na życzenie władz samorządowych. W związku z tym nasuwa się pytanie, czy w scentralizowanym systemie edukacji (bo taki na razie posiadamy) nie powinien na szczeblu centralnym zaistnieć jakiś „pakiet obowiązujący”, który pomagałby ukrócić biurokratyczne zapędy samowładców niższego szczebla.

2) „Wciąż muszę coś zmieniać pod kolejne reformy” – tyle że, wbrew pozorom, tych reform nie było aż tak dużo. W rzeczywistości przypadało ich mniej więcej po jednej na ministra. O czym jednak świadczy to, skądinąd błędne, przekonanie? O tym, że szeregowy pracownik systemu ma poczucie, iż stoi nie na solidnej bazie fundującej zasady wykonywania zawodu, ale na powierzchni falującej, chwiejnej.

Warunkiem produktywnego wykonywania każdego zawodu jest umożliwienie jego przedstawicielom stosowania indywidualnych rozwiązań. W odniesieniu do polskiego systemu oświaty jest niestety inaczej – ramy, w obrębie których działa nauczyciel, wciąż pozostają sztywne, jakby wszystkie szkoły skrojone były według jednego wzoru. Jakby wszystkie funkcjonowały w tych samych warunkach społecznych.

Bardziej sprawczy i motywujący byłby model o strukturze elastycznej – czyli dopuszczającej „reformy” w skali mikro. Czyli takie, których autorami byliby sami nauczyciele (a raczej wspólnoty szkolne).

Z drugiej strony są osoby, które po kilku latach w zawodzie nadal tryskają energią i nie tracą pozytywnego nastawienia. Niektóre z nich mają szczęście pracować w szkołach, gdzie dyrekcje umiejętnie dawkują biurokratyczne obciążenia. Inne wykorzystały swoją inteligencję, tworząc na przykład „zespoły samopomocy”.

W każdym przypadku okazywało się, że entuzjastycznie usposobiony i  energiczny belfer funkcjonuje w dobrze zorganizowanej placówce, zarządzanej przez dyrektora o wyrazistej osobowości – przy czym nie oznacza to porządków autorytarnych, ale umiejętność uzyskiwania opinii zespołu przed sformułowaniem zalecenia (które potem jest konsekwentnie egzekwowane).