Newsletter

Jak Kościół przebił Hitchcocka

Tomasz Mincer, 09.10.2013
U Hitchcocka najpierw jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. W polskim Kościele najpierw jest trzęsienie ziemi, potem spokój, a potem znów trzęsienie ziemi

U Hitchcocka najpierw jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie

W polskim Kościele najpierw jest trzęsienie ziemi, potem spokój, a potem znów trzęsienie ziemi. Do takich wniosków może dojść postronny obserwator zmagań Kościoła z zagadnieniem pedofilii we własnych szeregach.

Nieustanne napięcie

Wydawało się, że Kościół katolicki wyciągnął już lekcję z wizerunkowych wpadek. A zaliczył ich ostatnio trochę. Gdy tylko jego przedstawiciele zabierali głos w sprawie pedofilii, przetaczała się fala społecznego oburzenia. Potem u hierarchów następowała chwila refleksji, bardziej lub mniej zdecydowana próba potępienia zbrodni popełnianej na najmłodszych. Niestety, wczorajsze słowa abp. Józefa Michalika, przewodniczącego Episkopatu, tylko wydłużają niechlubną listę cytatów „kościelnych”. Oto próbka:

„Wiele tych molestowań by udało się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami (abp wcześniej mówi rozwodach – TM) były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

Dość wspomnieć, że zazwyczaj przychylny arcybiskupowi publicysta katolicki Tomasz Terlikowski na wypowiedzi hierarchy nie pozostawił suchej nitki. Arcybiskup Michalik zdążył już przeprosić za swoje słowa. Ale w całej sprawie nie o słowa jednego z najważniejszych ludzi polskiego Kościoła chodzi.

Koniec tabu

Stwierdzenia szefa Episkopatu to tylko wierzchołek góry lodowej problemu. By go zobrazować, trzeba zacząć od pytań: skąd się ta i inne podobne wypowiedzi w ogóle biorą? Skąd nonszalancja w traktowaniu trudnego tematu pedofilii w Kościele?

Przypomnę, że jeszcze w lutym tego roku biskup Tadeusz Pieronek zderzył się z falą krytyki, gdy orzekł, iż pedofilia „była na świecie, jest i będzie. Żadna siła nie powstrzyma człowieka od tego, żeby korzystać z pewnych możliwości, jakie daje człowiekowi wolna wola i do czego go pchają namiętności. Świata nie zmienimy”.

Otóż wciąż zbyt wielu ludzi Kościoła sądzi, że kwestia pedofilii zniknie, przynajmniej z łam gazet, zanim w Polsce skończy się jesień. Tymczasem tej spirali informacyjnej nie da się już powstrzymać. Paradoks polega na tym, że oliwy do „newsowego ognia” dolewają póki co sami hierarchowie. Ale ich tyradami, często niezbyt wysokiej próby, karmią się przede wszystkim głodne sensacji media. Do czasu.

W kwestii mówienia o pedofilii następuje istotna zmiana. Już wkrótce to nie pełne ignorancji wypowiedzi księży utrzymają ów temat przy życiu. Zrobią to za nich same ofiary. Pedofilia przestaje bowiem być tematem tabu. Jest dyskutowanym problemem społecznym. W tym sensie Kościół nie musi się obawiać jednej rzeczy: że tylko on będzie prześwietlany.

Coraz więcej osób chce podzielić się z opinią publiczną swoimi traumatycznymi historiami. Mimo, że taka postawa oznacza również ryzyko. Zwłaszcza, gdy żyje się w mniejszym mieście czy na wsi. Czyli tam, gdzie głos księdza znaczy więcej. Gdzie ksiądz-pedofil może napiętnować ponownie swoje ofiary.

Mimo to do mediów docierają opowieści nieraz sprzed wielu lat. A każdy taki zgłoszony i następnie nagłośniony przypadek dodaje odwagi wszystkim ofiarom seksualnego wykorzystania przez księży.

Zmiana kontekstu

Mało tego, pojawiają się pierwsze próby pociągnięcia do odpowiedzialności nie tylko pojedynczych sprawców, ale również jednostki organizacyjne Kościoła. Co to oznacza dla Kościoła i debaty o pedofilii? Oprócz tego, że jesteśmy bombardowani kolejnym newsem, otrzymujemy również nowy kontekst. Już nie osobisty dramat jest ważny, ale prawo i relacje państwo-Kościół.

Co się wydarzy później, możemy domniemywać: media przypomną skandale z Irlandii, USA czy Niemiec oraz kwestie miliardowych odszkodowań. Kościół w USA wypłacił aż 2,6 mld dolarów do 2009 r. swoim ofiarom. Fakt, że wspomniana sytuacja stworzyła również pole do nadużyć. I niesłusznych oskarżeń o pedofilię księży całkowicie niewinnych. Ale to tylko powoduje, że temat pozostaje żywy. Za to w tym nowym kontekście biskupi przestają już być potrzebni. Wedle zasady: mieli swoją szansę i ją zmarnowali. Wystarczą głosy ofiar – tych prawdziwych i naciągaczy.

Taka może być przyszłość.

Póki co jednak w Polsce mamy do czynienia z fragmentem wciąż nieodkrytej rzeczywistości. Z tego wycinka powoli zaczyna wyłaniać się skala problemu. A jednak biskupi nadal nie chcą powiedzieć sobie wprost, że właśnie rozpoczęła się walka o ocalenie autorytetu Kościoła. Walka o utrwalenie więzi spajających wspólnotę religijną na każdym poziomie jej funkcjonowania: parafii, diecezji, salki katechetycznej.

Tymczasem arcybiskup Michalik woli „przekierować” społeczną uwagę na rozwody. Rozpad małżeństwa to dla hierarchy cierpienie zadawane dzieciom, o którym powinno się mówić tak samo, jak o pedofilii. Zgoda, nie można zapomnieć i o tym cierpieniu. Warto jednak, aby i sam arcybiskup zdał sobie sprawę, że również pedofilia to wyzwanie dla trwałości rodzin, związków, małżeństw. Rodzin, które często nie były świadome przez wiele lat faktu, że jakiś ksiądz wykorzystywał czyjąś córkę, syna, męża. Czy żonę, gdy ta była jeszcze małą dziewczynką.

Rodzin, które muszą jakoś z tym żyć.

Tomasz Mincer – publicysta