Newsletter

Ameryka zmęczona światem?

Paulina Biernacka, 27.09.2013
Czy ceną unikania interwencji i wojen na świecie będzie abdykacja USA z roli globalnego lidera

Czy ceną unikania interwencji i wojen na świecie będzie abdykacja USA z roli globalnego lidera? Słowa wygłoszone przez Baracka Obamę na ostatniej sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych zdają się o tym świadczyć. Jeśli to prawda, świat już powinien zacząć się bać

Tegoroczna, 68 sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ, podobnie jak ta sprzed roku, skupia na sobie uwagę mediów z powodu problemów z Iranem. Teraz jesteśmy jednak świadkami zupełnie innego spektaklu niż ten, który obserwowaliśmy w 2012 roku. Ówczesny prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad oraz premier Izraela Benjamin Netanjahu obrzucali się wtedy oskarżeniami i groźbami. A Netanjahu, rysując na tablicy grubą czerwoną linię, wytyczył Teheranowi granicę, po której przekroczeniu miało dojść do ataku Izraela i USA na nielegalne irańskie instalacje nuklearne. Wydawało się, że wojna jest kwestią tygodni.

Gesty Rowhaniego

Tymczasem minął rok, a w państwie rządzonym przez ajatollahów doszło do znaczących zmian, przynajmniej wizerunkowych. Na fotelu prezydenta zasiadł umiarkowany Hassan Rowhani, który otrzymał od ajatollaha Alego Chamenei, duchowego przywódcy kraju, zadanie udobruchania świata, rujnującego sankcjami gospodarkę irańską. Pierwszym krokiem ku temu jest flirt ze Stanami Zjednoczonymi, głównym reżyserem i strategiem sankcji. A pierwszą okazją do polepszenia relacji z USA jest właśnie sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ, o której zanim się jeszcze rozpoczęła mówiono, że będzie miejscem pierwszego od wybuchu rewolucji islamskiej w Iranie spotkania prezydentów USA i Iranu.

Do spotkania nie doszło, bo w Teheranie uznano, że mogłoby być ono źle przyjęte przez irańskich twardogłowych. Niemniej pojednawcze deklaracje Rowhaniego działają na wyobraźnię. W odróżnieniu od swego poprzednika, na sesji nawet nie wymienił on słowa Izrael, nie mówiąc już o grożeniu Żydom zagładą czy negowaniu Holokaustu. Stanowczo zaprzeczył za to, by Iran dążył do posiadania broni masowego rażenia, choć bronił prawa swego kraju do prowadzenia pokojowego programu nuklearnego. Niestety nie zaproponował przy tym żadnego rozwiązania, które mogłoby doprowadzić do zakończenia kryzysu na linii Teheran – Zachód w kwestii nuklearyzacji kraju, a tym samym – do zniesienia sankcji gospodarczych. Skupił się na tłumaczeniu, jak bardzo te sankcje są niesprawiedliwe i niszczące.

Nadzieję na zmiany dała jednak jego deklaracja gotowości do rozmów o różnicach, które dzielą Stany Zjednoczone i Iran. To odpowiedź na apel prezydenta Baracka Obamy o rozwiązanie kwestii nuklearyzacji Iranu w sposób dyplomatyczny.

Nowa doktryna?

Ale wygaszenie tykającej irańskiej bomby to tylko jedno z arcyambitnych zadań, które prezydent Stanów Zjednoczonych postawił sobie w drugiej kadencji. Kolejnym jest znalezienia rozwiązania dla trwającego 66 lat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Występując na forum ONZ Obama dał do zrozumienia, że USA będą broniły interesów swoich oraz swych sojuszników na Bliskim Wschodzie. A także interesów reszty świata, uzależnionej od dostaw ropy z tego ogarniętego konfliktami regionu. Obama zauważył, że USA mają długą tradycję stania na straży ładu światowego i pilnowania, by żadnemu tyranowi nie przyszło do głowy użyć broni masowego rażenia. Sęk jednak w tym, że za tymi deklaracjami nie poszły czyny supermocarstwa. USA właśnie zrezygnowało przecież z karnego ataku na Syrię, odwecie za wymordowanie sarinem przez siły Baszara Assada tysiąca cywilów w Damaszku.

Tyle że bierność USA nie wynika z kunktatorstwa czy strachu, lecz poważnych przewartościowań w ich strategii polityczno-wojskowej.

Najważniejszym stwierdzeniem płynącym z przemówienia prezydenta Obamy w ONZ jest jednak zapowiedź końca mocarstwowości jego państwa. Prezydent oświadczył bowiem, że Stany Zjednoczone dostały gorzką lekcję pokory w kwestii ich możliwości ingerowania w wewnętrzne sprawy innych państw (Irak, Afganistan). Dlatego świat nie powinien obawiać się, że USA będą mieszały się w konflikty w innych państwach czy próbowały budować swoje imperium poza Ameryką.

W rezultacie trzeba liczyć się z tym, że uginając się pod ciężarem własnych problemów wewnętrznych i wrogości świata islamskiego spotęgowanej dekadą wojen, Stany Zjednoczone odetną się od tej części świata – a także od innych, w których sytuacja wymagałaby interwencji międzynarodowej. A wtedy to reszta świata będzie musiała zmierzyć się z niebezpiecznym problemem braku przywództwa… oraz wojsk, które byłyby skłonne nadstawiać za nią karku w rejonach konfliktów. Tego społeczność międzynarodowa powinna obawiać się najbardziej.

Szpagat Obamy

Przeprowadziwszy rewizję swojej doktryny Obama doszedł do wniosku, że USA nie mogą sobie pozwolić na angażowanie wojsk w wieloletnie i skomplikowane konflikty. Zwłaszcza tam, gdzie interes polityczny USA jest znikomy, a wsparcie sojuszników wątpliwe. Jak w Syrii, gdzie według prezydenta USA militarna interwencja wojsk amerykańskich nie przyniosłaby rozwiązania politycznego, którego Syryjczycy oczekują. A Waszyngton nie chce decydować o tym, kto będzie rządził w powojennej Syrii.

Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Trzeba też przecież mieć na względzie to, że po ponad dwóch latach mordowania cywilów reżim w Syrii nie ma już powrotu do stanu sprzed wojny. Nie ma zgody dla kontynuowania przez Assada zbrodniczych praktyk ani w jego kraju, ani na świecie.

Obama, na razie wycofany, może przekonać się do ataku na Syrię w dwóch sytuacjach: jeśliby Assad ponownie użył broni chemicznej i gdyby w sytuacji bezpośredniego zagrożenia znalazł się Izrael, największy sojusznik USA w tej części świata.

Tę stanowczość mogą jednak osłabiać przyjazne gesty Teheranu, choć póki co przyjmowane są one przez świat zachodni z dużą rezerwą. Jeden z ekspertów bliskowschodnich piszących dla poświęconego sprawom bliskowschodnim portalu Al-Monitor, Shahir Shahid Saless, uważa, że kluczową kwestią w dążeniu do porozumienia z Iranem jest unikanie języka gróźb. Zwraca także uwagę na fakt, że bardzo ważną rolę w działaniach politycznych liderów tego państwa odgrywa duma. Rowhani, przejmując prezydenckie obowiązki, podkreślał, iż jedyną drogą do porozumienia jest dialog równego z równym, budowanie wzajemnego zaufania oraz szacunku.

Cena dyplomacji

Obama zdaje się wsłuchiwać w te apele. W jego przemowie można było min. usłyszeć pochwałę wyjątkowego potencjału Irańczyków w dziedzinie kultury i nauki. I choć na 68 sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych zabrakło konkretnych decyzji i gestów, jak choćby uścisku dłoni prezydentów USA i Iranu, można mieć cichą nadzieję, że po latach wojen nadchodzi czas dyplomacji.

Tylko za jaką cenę?

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas