Newsletter

W Czechach jak w Niemczech

Aleksander Kaczorowski, 25.09.2013
Na miesiąc przed wyborami w Czechach prowadzący w rankingach socjaldemokraci z każdym tygodniem tracą kolejne kilka punktów procentowych

Bardzo ciekawe wyniki przynosi najnowszy sondaż CVVM (Centrum pro výzkum veřejného mínění). Na miesiąc przed wyborami w Czechach prowadzący w rankingach socjaldemokraci z każdym tygodniem tracą  kolejne kilka punktów procentowych i obecnie mają już tylko 30,5 proc. poparcia. Za to komuniści prą do góry i mogą liczyć na prawie 20 proc. Zatrzymajmy się tu na chwilę. Czeska lewica razem ma więcej niż połowę głosów wyborców, zwłaszcza jeśli doliczyć jeszcze ugrupowanie prezydenta Miloša Zemana SPOZ, które przekroczyło właśnie 5-procentowy próg wyborczy. Ale nic z tego nie wynika, ponieważ komuniści nie mają zdolności koalicyjnej. Całkiem jak Niemczech.

Dlatego lider socjaldemokratów Bohuslav Sobotka ma podobny problem, co kanclerz Angela Merkel. Z kim wejść w koalicję. Na tym nie koniec podobieństw. W gruncie rzeczy mógłby ją utworzyć z każdym (z wyjątkiem komunistów). Na przykład z centroprawicą.

Problem w tym, że czeska centroprawica po siedmiu latach nieudolnych rządów i aferach korupcyjnych dogorywa na oczach gwiżdżącej gawiedzi. Liberałowie z TOP09 księcia Schwarzenberga mają już tylko ledwie 12,5 proc. głosów (gdzie się podział jego wielkomiejski elektorat z drugiej tury wyborów prezydenckich?). Rządzący do niedawna ODS ma już tylko 7 proc. poparcia i wszelkie szanse, by spaść poniżej 5-procentowego progu wyborczego (Alleluja!). Ludowcy, czyli  kanapowa partia praktykujących katolików z Moraw, nie są w stanie przekroczyć nawet tego progu. Jak widać, Czesi przejrzeli wreszcie na oczy. Tylko co dalej?

Gdyby socjaldemokraci wzięli tyle głosów, co chadecja w Niemczech, najpewniej skleciliby „wielką” koalicję z TOP09. I pewnie na tym się skończy, nawet jeśli wykręcą najwyżej te 30 proc. Będzie to poniekąd koalicja „havlovska” (bo tylko w tych dwóch partiach są jeszcze politycy, którzy nie odżegnują się od byłego prezydenta), proeuropejska (raczej w mowie, niż w czynie), antykomunistyczna i antypopulistyczna. W roli czarnego luda wystąpią dyżurni komuniści, a także niedefiniowalny ruch ANO (TAK).

Partia multimiliardera Andreja Babiša ma już 14 proc. poparcia i wyrasta na trzecią siłę w parlamencie. To klasyczny ruch protestu, tyle że nie z lewa, lecz z prawa. Skupia sponiewierany elektorat centroprawicy, a reprezentuje wpływowe grupy rodzimego biznesu. Jego lidera nazywa się czeskim Berlusconim, bo kupił ostatnio dwie największe gazety, ale bardziej przypomina (nawet zewnętrznie) premiera Gruzji, multimiliardera Bidzinę Iwaniszwilego.

Wokół Babiša zebrało się trochę znanych ludzi, którzy uwiarygodniają go w oczach opinii publicznej i suflują mu niezłe pomysły. Zaczął od nakręcenia przed rokiem medialnej  kampanii przeciwko polskiej żywności. Był to strzał w dziesiątkę, ponieważ znakomicie wpisał się w czeskie uprzedzenia wobec Polaków. Sprzedaż polskiej żywności do Czech zaczęła spadać, czeskie żołądki uratowane, więc teraz można się zabrać za ratowanie tamtejszej demokracji. Zabawne? Tylko pod warunkiem, że TOP09 wykręci jednak te swoje paręnaście procent. Inaczej w następnym rządzie możemy zobaczyć pana Babiša.