Newsletter

Wielcy zwycięzcy i przegrani

Weronika Przecherska, 23.09.2013
W obliczu klęski liberałów najbardziej prawdopodobnym powyborczym scenariuszem jest koalicja chadeków i socjaldemokratów

Zaskoczeń nie było. CDU/CSU, tak jak od miesięcy zapowiadały sondaże, są największym zwycięzcą tych wyborów. Unia zdeklasowała rywali, otrzymując łącznie 41,5 proc. głosów. To przede wszystkim sukces bijącej rekordy popularności kanclerz Angeli Merkel – CDU przypadło 34,1 proc. głosów wyborców.

Sporym wsparciem dla partii Merkel okazała się także jej bawarska siostra CSU, zdobywając 7,4 proc. głosów. Co istotne, rządząca już ósmy rok Unia nie tylko osiągnęła fenomenalny wynik. Udało jej się także poprawić wyborczy rezultat z ostatnich wyborów.

Paradoksalnie, choć nie udało im się dostać do Bundestagu, sukces może świętować również eurosceptyczna partia Alternatywa dla Niemiec. Tym politycznym nuworyszom dosłownie w ciągu kilku miesięcy udało się przekonać 4,7 proc. wyborców i o mały włos znaleźć się w niemieckim parlamencie. Wynik, który tak ucieszył eurosceptyków, jest jednak niepokojący. Pokazuje bowiem, jak silne są nastroje zniechęcenia (a także niezrozumienia) sporej części niemieckiego społeczeństwa do idei wspólnej Europy.

Stosunkowo nie najgorzej poradzili sobie Die Linke. Lewica co prawda straciła ponad 3 proc. głosów w porównaniu z poprzednimi wyborami, jednak na ostatniej prostej kampanii zdecydowanie wzmocniła swoje notowania. 8,6 proc. poparcia to wynik szczególnie dobry, gdy wziąć pod uwagę spadające poparcie tego ugrupowania w landach zachodnich. Seria porażek w zachodniej części Niemiec i niezbyt pochlebna łatka tzw. „Ostpartei” („partii landów wschodnich”) nie przeszkodziła Die Linke stać się trzecią siłą w Bundestagu.

Wielcy przegrani

W pozostałych sztabach trudno było się doszukać nastroju powyborczej euforii. Niezwykle gorzką porażkę będą mieli do przełknięcia liberałowie. 4,8 proc. głosów sprawia, że po raz pierwszy od 1949 roku FDP nie dostanie się do Bundestagu. Trudno jednak ten fatalny wyborczy wynik nazwać zaskoczeniem. Od miesięcy prognozy dla partii były kiepskie. Przedsmakiem wczorajszej klęski liberałów było 3,3 proc. w zeszłotygodniowych wyborach do bawarskiego landtagu.

Skąd tak sromotna porażka u liberałów? Jak podkreślał w rozmowie z Instytutem Obywatelskim jeszcze przed wyborami niemiecki politolog, prof. Gerhard Vowe, „FDP od miesięcy nie potrafiła wyjaśnić wyborcom, dlaczego jej udział w rządzeniu i przedłużenie dotychczasowej koalicji z chadekami miałoby być tak ważne. W efekcie chociaż niemieckie społeczeństwo nie jest przeciwne politycznemu sojuszowi chadeków i liberałów, nie potrafi sobie również udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego FDP miałoby nadal współrządzić“.

Partii nie pomógł także jej czołowy kandydat Rainer Brüderle, który w ostatnich miesiącach bardziej niż walką o wyborczy wynik FDP zasłynął seksistowskimi komentarzami wobec dziennikarki tygodnika „Stern”.

Zgodnie z przewidywaniami nie najlepiej poszło także głównym rywalom chadeków, czyli SPD. Co prawda socjaldemokraci poprawili wynik z 2009 roku i uzyskali 25,7 proc. Trudno jednak nazwać to wielkim sukcesem.

Socjaldemokratom nie udało się w tej kampanii zdobyć serc wyborców. Dziwi to tym bardziej, że ich ideały, tj. równość i solidarność, powinny w dobie kryzysu finansowego bardziej przemawiać do społeczeństwa. Jednak w przypadku SPD, paradoksalnie, to poczucie społecznej niesprawiedliwości było jedną z przyczyn słabych notowań tej partii. Kandydat SPD Peer Steinbrück zraził swój elektorat stwierdzeniami, że nie pija wina tańszego niż 5 euro lub postulatami o podwyższeniu pensji kanclerza.

Słaby wyborczy wynik SPD to nie tylko osobista porażka Steinbrücka. To także odzwierciedlenie nie najlepszej kondycji europejskiej lewicy.

Mizernie wypadli również Zieloni. 8,4-proc. wynik na pewno jest daleki od oczekiwań tej partii. W trakcie kampanii wyborczej Zieloni – zamiast skupić się na polityce energetycznej – próbowali osią swojego przekazu uczynić kwestie podatkowe. Pomysły opodatkowania najbogatszych jak widać nie przypadły do gustu, bądź co bądź, dość zamożnej grupie głosującej na tę partię. Zielonym nie pomogło z pewnością także bardzo sceptyczne nastawienie ekspertów do nich i ich pomysłu. Partii bardzo szybko przypięto, mającą wyjątkowo ironiczne zabarwienie, łatkę Robin Hooda.

Krytykę Zielonych poparto bardzo konkretnymi liczbami. Prezydent Niemieckiego Zrzeszenia Izb Przemysłowo-Handlowych Eric Schweitzer w wywiadzie dla tygodnika „Focus” ich plany wyborcze podsumował dobitnym epitetem „Jobkiller”. Czytaj: „pracobójca”. Według obliczeń DIKH, proponowane przez Zielonych rozwiązania mogłyby doprowadzić do zamknięcia aż 450 tys. miejsc pracy.

Swój wyborczy potencjał roztrwonili również Piraci. Od momentu głośnego debiutu partii w wyborach samorządowych w Berlinie w 2011 nie ustawały spekulacje, czy politycznym rewolucjonistom uda się zasiąść w ławach Bundestagu. Jednak entuzjazm i chwytliwe postulaty, które na początku zjednały partii tak wielu wyborców i sympatyków, w zderzeniu z polityczną rzeczywistością po prostu się nie sprawdziły. Piraci nie potrafili udźwignąć własnego sukcesu i z każdym dniem byli coraz bardziej zdezorientowani. Stąd rezultat na poziomie 2,2 proc. przekreśla w najbliższym czasie jakiekolwiek szanse na powrót tego ugrupowania na polityczny firmament.

Powyborcze układanki

W obliczu klęski liberałów najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wyborczy sojusz CDU/CSU i socjaldemokratów, czyli tzw. Wielka Koalicja. Co ciekawe, ten scenariusz cieszy się największym poparciem niemieckiego społeczeństwa. Dużo mniej entuzjazmu wobec tej koncepcji żywią socjaldemokraci. Dla nich koalicja z chadekami w latach 2005-09 przyniosła spory spadek notowań.

Polityczni komentatorzy brali także pod uwagę możliwość zbudowania czarno-zielonej koalicji: CDU/CSU i Zielonych. Jest to jednak scenariusz niezmiernie mało prawdopodobny. Niemniej, historyczne zwycięstwo Unii, klęska liberałów i zniechęcenie SPD wobec czarno-czerwonej koalicji czynią powyborcze spekulacje jeszcze bardziej pasjonującymi.